Nie napisałam już dawno nic nowego. Nie piszę, bo częściej niż zwykle jest mi smutno. Nie potrafię wyjaśnić dlaczego, po prostu tak jest. Może to lato, którego nie ma? Może nastroje wokół? Nie wiem. 

Nie piszę, bo ostatnie cztery miesiące przejechały po mnie emocjonalnym walcem. Nie mam siły. Nie mam energii, jestem wypruta z wszelkich emocji. Ogromny strach o zdrowie i życie własne i bliskich, ciągła niepewność, problemy gospodarczo-finansowe, przymusowa izolacja, frustracja, zdalna praca, zdalna szkoła, brak bliskich relacji, samotność. 

Są takie chwile, że mi się odechciewa. Nie chce mi się już z nikim dyskutować na jakiekolwiek tematy. Nie mam ochoty nikogo pocieszać, robić dobrej miny do złej gry, udawać, że jest dobrze, kiedy nie jest. 

Są takie chwile, kiedy jako matka czuję się pokonana. Nie mam siły ani pomysłu. Nie wiem co będzie od września, kiedy przyjdzie nam znowu łatać kilka etatów w naszym małym rodzinnym więzieniu. Nie wiem jak potoczy się 9 tygodni wakacji, które nie są w całości zaplanowane. Nie wiem jakie decyzje podjąć w temacie dodatkowych zajęć dla dzieci. Nie wiem co robić z rehabilitacją, logopedią, aparatem na zęby i innymi palącymi kwestiami. 

Wkurza mnie lato. Gdzie ono jest? Ciągle pada, jest szaro, buro. A tymczasem wszyscy potrzebujemy słońca i kilku dobrych dni, w których powieje optymizmem. 

Dlaczego to piszę? 

Bo mam wrażenie, że w idealnym świecie blogów, Instagrama i życia pokazywanego na Fejsie w najlepszym momencie, wstyd się przyznać, że nie jest dobrze. Jakbyśmy co najmniej mieli monopol na szczęście, powodzenie, zdrowie i miłość. Jakby problemy z dziećmi, w związkach, rodzinne, pracownicze, nie istniały. Jakby powiedzenie nie jest dobrze oznaczało jakieś zawieszenie broni, porażkę i koniec świata. Bo przecież zewsząd otacza nas zajebistość tłumu. Jedni chudną, inni awansują, ktoś się żeni, zachodzi w ciążę, kupuje nowy dom, spełnia wielkie marzenie, wyjeżdża na wypasione wakacje. A my wiecznie czarna dupa i z każdej strony pech. 

Stoję rozkrokiem nad kolejną przepaścią. Niby wiem, że żeby było lepiej, musi być gorzej, a jednak. Zawsze tak samo zaskakuje mnie dół, w który daję się zassać własnym oczekiwaniom, permanentnemu deficytowi czasu, trójce dzieci, które są nadpobudliwe i niepokorne oraz próbom ambitnej pracy. Zawsze. 

Z czasem jednak nauczyłam się szybciej z tego dołka wydobywać i nie płaczę już po nocach nad własnym losem, a macham ręką święcie przekonana, że tak już jest. Wszystkiego się nie da, a walca, którym po matkach przejeżdża macierzyństwo, czasami nie da się zastopować.

Koronawirus, wszyscy na kupie w domu od czterech już miesięcy, praca zdalna, wieczny głód, frustracja i stres, do dupy pogoda mnie do tego dołka tym razem wkopały. A teraz jeszcze wakacje. Czyli poza dwoma tygodniami urlopu mamo co robimy, mamo gdzie idziemy, mamo co na obiad od rana do wieczora. 

Mam już taką małą listę rzeczy, które zawsze pomagają. Ona jest tak banalnie prosta. A jednak pomaga. Powtarzam ją sobie, jak modlitwę, wieszam na lodówce, żeby mi się nie zapomniało. 

Nuda jest fajna.

Nuda jest fajna, nuda jest kreatywna, nuda jest potrzebna, z nudy rodzą się pomysły, nuda pomaga odpocząć. Nie wszystko musi być zaplanowane! Dzieci, które się nudzą, wpadają na doskonałe rozwiązania i świetnie zwykle się bawią bez asysty dorosłych. 

Przegrywać trzeba umieć. 

Nie każdy dzień będzie domknięty z przytupem, nie każdy będzie wyjątkowy, nie każdy produktywny. Tak już po prostu jest, nie ma co się spinać. Wybaczaj sobie szybko i bezboleśnie. Nie jesteś robocikiem. 

Ruch to zdrowie. 

Działa lepiej niż trzy kawy, pomaga i dorosłym i dzieciom w redukowaniu napięcia i przewietrzeniu głowy. No dobra, i wielkiego od lodów tyłka, też. Każdego dnia zaplanuj czynność w ruchu. Spacer, rower, piłka, siatkówka plażowa, taniec brzucha. Cokolwiek. 

Dbaj o siebie. 

Nie tylko o dzieci, męża, babcię, wszystkie kąty, porządek w szafkach i światełko w lodówce. O siebie też, choćby się waliło i paliło. Pół godzinki z kawą i książką domowemu burdelowi raczej nie zrobi różnicy, ale Tobie zrobi i to jaką! 

Balans jest najważniejszy.

Raz wstaję wcześniej, żeby popracować, innym razem później kładę się spać, żeby poćwiczyć. Bywa, że puszczam dzieciom film, żeby coś ogarnąć. Nikt jeszcze od tego nie umarł. 

Jakość, nie ilość. 

Lepiej spędzić z dziećmi aktywnie i obecnie 30 minut, niż tylko obok cały dzień. Lepiej przez pół godziny tylko sprzątać, niż przez kilka godzin próbować sprzątać, gotować, bawić się z dziećmi i pracować. 

Perfekcja jest szkodliwa. 

Lepiej zrobić choć nie idealnie, niż czekać w nieskończoność, aż będziesz mieć czas na perfekcyjność. Kiedy nie mam czasu sprzątam tylko rynek. Kiedy nie mam czasu obiad gotuję z rodzaju tych na szybko i na dwa dni. Jest? No jest, szczegółów się nie czepiajmy. 

Zosia Samosia to relikt przeszłości, a pomoc to nie ujma. 

Nikt nie zakłada rodziny w pojedynkę. Tak więc i dzieci i partner mają w tym projekcie brać udział. Na jasno określonych zasadach i w sposób akceptowany przez wszystkich. Samej się niczego nie da na dłuższą metę. Jak ktoś pyta, czy pomóc, bierz, co dają. A jak nie pyta, a toniesz, poproś. To, że chwilowo nie ogarniasz, nie oznacza nic więcej jak to, że chwilowo nie ogarniasz. 

Priorytet to ładne słowo. 

Wszyscy zdrowi? Z mężem chemia? Dzieci zadowolone? Praca jest? No to w sumie najważniejsze jest. Czasami warto sobie przypomnieć jak kruche są te najważniejsze rzeczy i trochę się nimi pocieszyć, zamiast ciągle pruć do przodu. Wszystkiego się nie da. Przecież nie jesteś pendolino. Nie musisz na czas dojechać do każdej stacji. 

Dystans. 

Potrzebny do wszystkiego. Przede wszystkim jednak do siebie. Czasami trzeba umieć zachować się jak pies. Problem obwąchać, obejść, obsikać, zakopać, iść dalej. 

Coś jeszcze chcemy dodać do tej listy, czy raczej keep it simple? 🙂 

Powodzenia baby. Jeszcze 42 dni i może uda się wszystkich w końcu wypchnąć z domu, może wszystko jakoś w końcu powoli wróci do normy? Howgh! 

Photo by Zhang Kenny on Unsplash

Written by calareszta.pl