Przypomniałam kilka dni temu tekst o tym, jak od 6 ponad lat moje dzieci chodzą spać pomiędzy 19-20, a ja błogosławię sobie wieczory dla siebie, dla nas, rodziców. Jest to całkowicie normalne i zdrowe podejście do rodzicielstwa, według zaleceń WHO dziecko w wieku 6-13 lat powinno spać 10-11 godzin. OlaBoga! Co to się nie działo!

Rozstąpiło się niebo i wyszyły z niego obrończynie bliskości (której moje dzieci nie mają, bo śpią od 20 w swoim pokoju, a nie wiszą na mnie z bacikiem wrzeszcząc do ucha „baw mnie”), te wiecznie żyjące na spontanie (którego my przecież nie znamy, bo mamy regularny tryb życia), imprezowiczki (jak chcę się zabawić, to przecież do domu nie pójdę o 19, gości też nie wyrzucę, dzieci balują z nami, super jest, mogą po fajki skoczyć w razie w), dbające o rozrywkę (my wiedziemy skrajnie nudne życie, bo codziennie wstajemy na czas i bez wkur…u do szkoły i pracy), w końcu matki męczennice (czas dla siebie niepotrzebny, bombelek tak szybko rośnie, chlip chlip) i te niepotrafiące odciąć pępowiny (chcesz mieć wolne wieczory i swoje dorosłe życie, a potem jak Ci 16 latek powie, że on chce mieć swoje sprawy, to co zrobisz? Wtedy już będzie za późno na wszystko, będziesz żałować!).

A ja powiem tak. Rutyna i samodyscyplina zaprowadziły mnie tutaj, gdzie jestem teraz. Wierzę w samodyscyplinę. Bo nawet najlepsza motywacja nie działa, kiedy nie potrafisz się kopnąć w tyłek. I to właśnie dzięki rutynie, w moim domu wszyscy mogą żyć tak, jak chcą! Mąż, mimo intensywnej pracy, która zabiera mu blisko 60h w tygodniu, ma codziennie czas dla dzieci, a dodatkowo na grę w tenisa i surfing, a ja na codzienne ćwiczenia i czas dla siebie. Codziennie jemy całą rodziną wspólne śniadanie i 5 razy w tygodniu wspólną kolację.

Bardzo dużo czasu spędzamy też razem, tylko ja i mąż, nie dlatego, że nie kochamy naszych dzieci, są nam one ciężarem i cały dzień marzymy, aby poszły w końcu spać i dały nam spokój, a dlatego, że kochamy też siebie. Tak wiele par oddala się od bycia razem, kiedy pojawią się dzieci, że jesteśmy tym przerażeni i nie chcemy być jedną z nich. Z naszych obserwacji innych par wniosek wysuwa się jeden – zabija ich nadmiar obowiązków, trudności wychowawcze, brak wspólnych zainteresowań, zero bliskości i wspólnego spędzania czasu. No ale skąd brać czas dla nas, skoro cały czas jesteśmy albo w pracy, albo z dziećmi? I praca i dzieci stają się priorytetem, bo dzieci same się sobą nie zaopiekują, a do pracy każdy chodzić musi. Związek więc czeka na lepsze czasy. A wtedy przepaść pomiędzy dwojgiem ludzi staje się czasami tak wielka, że żadna kładka, ani nawet most, jej już nie połączy. Wyczerpanie, wypalenie, wieczne pretensje i problemy i mamy receptę na kolejny tragiczny związek. Życie obok, razem tylko dla dzieci, nas nie satysfakcjonuje.

Ja po prostu tak nie chcę. Dla mnie mąż jest najważniejszy. Tak, mówię to głośno. Bez męża nie byłoby moich świetnych dzieci i ja o tym nie zapominam. To normalne, że dziecko będzie miało w pewnym momencie swoje życie. I dlatego teraz musimy zadbać też o nasze, rodziców, życie, po pierwsze po to, aby kiedyś nie być dla naszych dzieci ciężarem i po drugie po to, aby nie czuć, że swoje życie przegraliśmy, a ze związku nic nie zostało. W życiu najbardziej liczy się rozsądek i równowaga.

Kiedy zadaję kobietom jedno bardzo proste pytanie, nie potrafią na nie odpowiedzieć, choć ja doskonale tę odpowiedz znam. Jeśli spędzasz cały dzień z dzieckiem, a wieczorem pozwalasz mu buszować po domu do 23, ewentualnie spędzasz cały dzień w pracy, a wieczorem pozwalasz dziecku buszować po domu do 23, to kiedy masz czas dla siebie i kiedy masz czas dla Was?

Kiedy macie czas na wspólną rozmowę, ustalenie ważnych dla Was rzeczy, podzielenie się zmartwieniami, anegdotkami, opowiedzenie sobie dnia, wspólne pobycie razem, kiedy macie czas na zjedzenie wspólnego posiłku, na sex? Ja wiem jaka jest odpowiedz – czasu dla siebie nie potrzebuję, a mąż musi zrozumieć. Nie chcę, aby wychodziło, że to facet jest tym, który ma potrzeby, bo tak nie jest, ale kobiety sobie to codziennie wmawiają, a potem święcie w to wierzą. Jeśli kobieta z przyjściem na świat dzieci przestaje być kobietą, żoną, córką, przyjaciółką, sobą, a staje się tylko matką, coś jest w tym obrazie nie tak i nie znam kobiet, u których ten scenariusz długoterminowo dał dobre, szczęśliwe i spełnione życie. Każda z nas ma takie okresy, kiedy jest to niezbędne, kiedy jest to prawdziwa potrzeba i cudne doświadczenie, to jednak mija. I jest to jak najbardziej normalne. Bo macierzyństwo to tylko jeden z wielu obszarów naszego życia. Z tych kobiet, u których to wraz z kolejnym rokiem życia dzieci nie mija, robią się zaniedbane dzikuski, które o niczym, poza kolkami, nie potrafią porozmawiać, a na starość wmawiają swoim dzieciom poczucie winy, że jak ich nie odwiedzą, to pęknie im serce. I tak się zatacza krąg wiecznego niezadowolenia i poświęcenia, za które Nobla ani Oskara nie dają. 

Zarzucano mi, że odbieram dzieciom bliskość, bo supermarket z napisem „mama”, powinien być całą dobę otwarty. Bliskość to nie jest dla mnie 8h bite spędzone przy potomku. Bliskość to nie jest dla mnie wyrabianie normy i odhaczanie listy dla idealnej matki, na której są pozycje: 2h poświęcania się przy garach, 3h czytania malowania rysowania, 1h usypiania za rączkę, aż matce nie ścierpnie. Nie. Bliskość to dla mnie coś zupełnie innego, nie równa się z usługiwaniem komuś. Bliskość to też szacunek dla drugiej osoby, a w tym dla siebie! Bliskość to dla mnie jakość, nie ilość. Każdy człowiek potrzebuje czasu dla siebie, jedni po to, żeby w tym czasie malować czy ćwiczyć jogę, inni, żeby czytać książki i oglądać 596 odcinek serialu, który ich relaksuje. Nikt mi nie wmówi, że tak nie jest. I nie jest tak, że jak dzieci podrosną, to sobie „odbijemy”. To jest trochę tak, jak z tym małoletnim macierzyństwem. Wielu rzeczy na starość już się nie da zrobić. Młodość i życie mijają bezpowrotnie. Podobnie jak wiele szalonych pomysłów, z których realizacją nie ma co czekać na to, aż dzieci się wyprowadzą z domu. Bo co jak się wyprowadzą, a wprowadzą się wnuki? 😊

Dziecko od początku, od pierwszych dni życia, potrzebuje swojej przestrzeni, a do wyciszenia się CISZY! Nie wiecznego szumu, dudrania i bujania. To dlatego warto używać łóżeczka, warto w pewnym momencie, dogodnym i dla dziecka i karmiącej go mamy i doglądającego taty, wyprowadzić dziecko z sypialni rodziców. To nie oznacza, że jesteś złą matką, wyrodną, że zabierasz dziecku bliskość. To jest normalne. Dziecko to osobny byt. A Ty potrzebujesz kilku minut, żeby sobie w spokoju umyć włosy i żeby nikt na Tobie wtedy nie wisiał.

Moje dzieci nie mają żelaznej dyscypliny. Mają zwyczaje, na których wypracowanie pracowaliśmy z mężem w pocie czoła latami. Mają też obowiązki, jak każdy człowiek, dostosowane do wieku i umiejętności. Myją, wycierają i odkładają garnki, odkurzają swoje pokoje, ścielą łóżka, wieszają i składają pranie, potrafią umyć zachlapane lustro i podłogę w łazience po tym, jak zrobiła się powódź, potrafią podlać ogródek, nakryć stół, zrobić sobie herbatę, kakao, kanapkę i spakować plecak do szkoły, a po powrocie do domu go rozpakować i odłożyć na miejsce, nikt sobie zębów nie musi wybijać na porozwalanych butach i rozbebeszonych tornistrach. Moje dzieci mają prawie 8 lat i ja nie uważam tych czynności za męczące, nie jest to też żaden wyczyn. Jako matka przygotowuję nasze dzieci do samodzielnego życia. Jako kobieta nie daję się też wtłoczyć do roli niewolnika. Wszyscy mieszkamy w tym domu, więc nie tylko ja muszę dbać o jego czystość.

Kiedy patrzę na życie moich dzieci, to sobie myślę, że to pokolenie ma ogromne szczęście! Pierwszy raz w samolocie siedziałam na studiach, nie chodziło się regularnie do restauracji serwujących międzynarodowe menu, do kina, do parków rozrywki, nie uczyło się od drugiego roku życia języka obcego, nikt nam nie mówił o tolerancji i wielkim, pięknym świecie, bo to w moich czasach młodości było nieosiągalne. Mają naprawdę wiele rozrywek, udogodnień, przeżyć, które ciężko porównać z dzieciństwem w latach 80-tych, choć i nasi rodzice stawali na głowie i robili, co i ile mogli, żeby było pięknie, nie było jednak wielu możliwości, jakie stwarza dzisiaj świat.

Ja dzieciom plecaków do szkoły nie noszę. Jak miałabym to robić, skoro ja jestem jedna, a ich trójka i mają siły i energii dużo więcej niż ja? Dla mnie ten temat jest prosty i nie trzeba go interpretować brakiem bliskości, wykorzystywaniem czy zabieraniem dzieciństwa. SERIO??? Tym, że dziecko jest zaradne i samodzielne ja zabieram mu dzieciństwo? Mam ochotę napisać, że jeśli ktoś tak nie robi, to z dwóch powodów – uważa swoje dziecko za fajtłapę albo nie może pogodzić się z jego nieuchronnym dorastaniem. I, po raz kolejny, nie jest to dla mnie powód do żadnej dumy, raczej do zmian.

Nie wiem jak ktoś, kto pracuje, a jego dziecko lub dzieci chodzą do różnych placówek, może w tygodniu pozwolić sobie na wielkie spontaniczne szaleństwa. Nam się zdarza spontanicznie w tygodniu wyskoczyć w piżamach na zachód słońca, obejrzeć film przy gorącej czekoladzie, choć w inne tygodnie od poniedziałku do piątku w naszym domu telewizor jest wyłączony, czy wyjść na kolację, bo akurat nie chce się nam gotować (czytaj: mnie się nie chce). Ale, jednak, w większość dni, nasza rutyna to misternie utkany plan, który musimy (i bardzo chcemy) realizować, żeby wszyscy mogli robić to, co chcą. I jak się wykaże odrobinę wytrwałości i konsekwencji, to wchodzi w krew tak bardzo, że samemu zaczyna się robić pewne rzeczy, bez myślenia o nich. W moim domu od dwóch lat przed wyjściem do szkoły mamy powieszone pranie, umyte gary i zrobione zadanie domowe. Dzięki temu ja potem mogę skupić się na pracy, a dzieci po szkole mogą się bawić i leniuchować. Super, nie? Dla nas bombowo.

Moje dzieci kochają jeść powolne śniadanie, więc nie wrzeszczę na nie codziennie rano, bo znowu zaspaliśmy. Wstajemy wcześniej, a one jedzą śniadanie z tatą, którego potem nie widzą cały dzień. Jest mnóstwo czasu na opowiadanie o wczorajszym dniu i wygłupy. Wieczorami moje dzieci są zmęczone, więc zadanie domowe robimy rano. Na razie, bo w klasach 1-3 są to zadania, które można wykonać o dowolnej porze, nie na jutro, bo polegają na codziennym czytaniu, pisaniu i liczeniu. Uwaga. Dzieci sięgają po to same, nikt ich nie zmusza. Nie dlatego, że są dziećmi wybitnymi, bynajmniej, są normalne, gdybym im pozwoliła, cały dzień i noc oglądaliby bajki. Powtarzaliśmy te czynności codziennie, o określonych porach i po prostu, jak wszystko, weszło nam to w krew.

Jeździmy codziennie do szkoły na rowerze. Do teraz wiele osób mi nie wierzy, kiedy pokazuję nasze trasy. Dzieci potrafią przejechać 20km. Czemu? Bo ich tak przyzwyczailiśmy, daliśmy czas na naukę, zwiększaliśmy dystanse, wymyślaliśmy fajne trasy, rozrywkę na koniec przejażdżki, na przykład plac zabaw czy park i udało się. O rany, muszą być padnięte, bidusie – pada. No ale jak nie są, to co? A nawet jakby były, to takie zmęczenie jest milion razy lepsze, niż zmęczenie grą komputerową. A jaki doskonały nawyk na całe życie. Są osoby, które do późnej starości są w dobrej formie i takie, które po pięćdziesiątce nie potrafią sobie zawiązać buta. Co ja mówię o 50-tce, jak na mojej siłce wielu czterdziestolatków nie potrafi rękami sięgnąć podłogi. Oprócz genów, to właśnie tryb życia ma ogromny wpływ na kondycję. Brakiem aktywności fizycznej nie ma się co za bardzo chwalić.

Ja żyję tak. Potencjalnie mogłabym oszaleć, mając trojaczki i nikogo od początku do pomocy. A jednak nie oszalałam. Moje życie jest stabilne, jestem szczęśliwa, mam na wszystko czas. Pracuję na swój rachunek wtedy, kiedy mi to odpowiada. Zarabiam na pisaniu głupot w Internecie, pada komentarz. Też sobie zacznij pisać blog i zacznij zarabiać na pisaniu głupot, które każdego miesiąca będzie czytało ponad 150 tysięcy ludzi. Kto Ci broni? No chyba, że dalej siedzisz w mentalności bardzo słynnej w Polsce. Bezsensownego, po pachy zapier…alania. Żeby było widać, że ktoś szczerze swojej roboty nienawidzi, żeby było słychać, jak się musi umęczyć. Inaczej – to głupoty.

Nie jest to kwestia tego, że coś mi się udało, spadło mi z nieba, mam wyjątkowe szczęście. To kwestia ORGANIZACJI i planowania. Nauczyłam się wstawać o 5 rano, choć całe życie wydawało mi się to abstrakcją. A teraz uważam, że to najlepszy moment mojego dnia i błogosławię ten dzień, kiedy wykształciłam w sobie ten nawyk. Nie było prosto, szczególnie w zimie, kiedy wychodzę z domu i wracam po ciemku! Nauczyłam się czerpać przyjemność z biegania, choć całe życie wydawało mi się, że jest to absolutna katorga. A teraz mam na koncie maraton i kilka połówek w roku. Nauczyłam się jeść zdrowo i trzymać dyscyplinę żywieniową, rezygnując z rzeczy, które szkodzą. Zapewniam – można żyć bez czipsów. I jakie wspaniałe jest to życie! Nie pamiętam, kiedy byłam ostatnio chora! Kiedy chcę schudnąć lub oczyścić swój organizm – potrafię się zmobilizować. Przez ostatnie dwa miesiące schudłam ponad 6 kilo. Kiedyś mi się wydawało, że osoby nakazujące sobie taką lub inna dyscyplinę i świadomie rezygnujące z pewnych rzeczy tak naprawdę się katują i męczą. Teraz wiem, że grubo się myliłam. Nie rezygnuję z czegoś za karę, a ze względu na świadomy wybór, wcześniej mi tej świadomości brakowało.

W pewnym momencie zauważyłam, że to, co odróżnia ludzi sukcesu, żyjących pełnią życia, od tych jedynie egzystujących pod dyktando zmiennego farta, to właśnie ta zakichana dyscyplina i głęboka wiara we własne możliwości. Pewien młody miliarder na pytanie, co wyróżnia go od konkurencji i co sprawiło, że odniósł tak niebywały sukces, odpowiedział, że rzeczy, których inni nie znoszą robić i spychają na koniec swojej listy, on robi jako pierwsze. Proste, prawda?

Dzięki temu, że żyję po swojemu, nie muszę podglądać innych osób i im zazdrościć. Jeśli chcę coś zmienić w moim życiu to wiem, że muszę sama kopnąć się w tyłek i zakasać rękawy. Samo nic się nie robi. Jadę trzeci raz w tym roku na wakacje. Znowu, zapytało x osób. Znowu, a czemu nie? To, że mam takie, a nie inne życie, to efekt PRACY, nie ślepego losu i farta. Chciałabym, żeby mi z nieba spadało. Nie spada. Na wszystko w życiu trzeba pracować i wszystko ma swoją cenę. 

To, co opisuję, to nie są przypadkowe dywagacje, czy złote rady. Nie chcę obrażać niczyjej inteligencji i na końcu każdej wypowiedzi dodawać – ale Ty rób, jak uważasz. Dla mnie, osoby pewnej siebie, jest to oczywiste. Wszyscy jesteśmy inni, wszyscy mamy prawo do życia po swojemu. Ja piszę tylko jedno – naprawdę w życiu wielokrotnie przekonałam się, że DA SIĘ. I na swoim przykładzie próbuję pokazać, jak można tego dokonać. Po prostu, zwyczajnie, da się. Wiele, a może nawet prawie wszystko. Prawie, bo jak nie masz głosu, to raczej Beyonce nie zostaniesz. Ale możesz zawsze próbować. Sławomir nie jest ani wyględny, ani też nie umie przecież śpiewać! Bądź jak Sławomir!

I nie piszę tego, aby tłumaczyć się komukolwiek, bo na szczęście mam w życiu ten luksus, że nikomu nie muszę się tłumaczyć, oprócz odbicia w lustrze, a zdanie Halinek, które pokuszą się na jakiś błyskotliwy komentarz, którego przy pierwszej próbie dyskusji nie potrafią obronić, mam w głębokim poważaniu. Mnie to nawet nie denerwuje, a spływa po mnie, jak mżawka po sierści mojego królika. Pieniaczki mnie radują. Pienią się w obronie swoich poglądów, zupełnie nie rozumiejąc, że to jest nikomu niepotrzebne. Gdybyś wierzyła w to, co robisz, nie musiałabyś nikomu swoich racji udowadniać, bo zwyczajnie wzruszyłabyś ramionami i poszła dalej żyć swoim życiem. A tak pieniaczka, a potem jeden dosadny komentarz i już „o rany, ależ jesteś”. Jestem. W nadstawianie drugiego policzka nie wierzę, podobnie jak robienie komuś kupy na wycieraczkę, po czym oczekiwanie, że zaprosi nas na kawę i ciasteczka. Nie zapraszam. 

Piszę to do tych wojowniczek, które codziennie zakładają zbroję i idą na wojnę. Na wojnę ze sobą, ze swoim lenistwem i słabościami, obiegową opinią, dobrymi radami i życzliwymi ludżmi, często rodziną, która wie lepiej, jak masz żyć. To, że wszyscy wokół pragną ustawić Twoje życie, niech nic dla Ciebie nie znaczy. Jeśli chcesz coś zmienić, zrób to, nawet wtedy, jeśli inni tego zupełnie nie potrafią pojąć. Jeśli coś Cię gryzie, też to ugryź! Dosłownie. Trzeba pot z tyłka litrami wycierać i gryźć ziemię, aby osiągnąć swój cel. Idź swoją drogą, oby nigdy nie zabrakło Ci siły i wiary w to, że możesz. Kochaj, pracuj, wychowuj, żyj tak, jak chcesz, jak umiesz najlepiej. A jak nie możesz, to i tak uśmiechnij się do lustra. Przynajmniej próbowałaś. Każde podejście to doskonała lekcja. Możesz być gruba, możesz mieć rozmiar 0, możesz kochać kobiety, albo dwóch panów (jak kraść to miliony!), możesz nie mieć dzieci (Ty bezdzietna leniwa niespełniona lambadziaro), a możesz mieć ich szóstkę (choć wiadomo, patologia), nie mieć męża, choć wszyscy mają!  Ja będę trzymała za Ciebie kciuki. Kto nie walczy, szampana nie pije. Na zdrowie.

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl