Napisała mi ostatnio jedna osoba, że ciężko się ze mną identyfikować, bo wiecznie u mnie idylla. Przenalizowałam to, co pokazuję innym. Rzeczywiście, można pewnie odnieść takie wrażenie.

Nie uprawiam blogowego porno. Nie płaczę do kamery, bo mnie dzieci nie słuchają. Nie rozwiodłam się publicznie. Nie robię filmów ze wszystkich rodzinnych uroczystości, na których nie da się uniknąć garów w zlewie. Nie pokazuję każdego swojego posiłku, zakupu, kroku, długu, kawałka skóry. I moje życie w mediach społecznościowych może komuś zepsuć dzień.

Abstrahując od tego, że instagram to nie jest prawdziwe życie, bo choćbyśmy się zapierali, że lubimy naturalne kobiety, normalne domy i czasami nieznośne dzieci, nikt w to nie klika. Bo nadal najbardziej podoba nam się ułuda i obrazki jak namalowane. Nawet jeśli pojawia się na nich czasami szarość, ta szarość jest modna, skandynawska, z odrobiną brokatu i cienia ledowej lampki.

Ale jest jeszcze coś. Ja w swoim życiu szukam pozytywu i to na nim się skupiam. Czasami jest to ta jedna dobra chwila, pośród morza tych beznadziejnych. Bo tak naprawdę, czasami ten jeden moment wart jest zapamiętania. I pewnie większość internetowych panienek ma dokładnie tak samo. W końcu nawet ocean gówna ma gdzieś swój brzeg, po zimie zawsze przychodzi wiosna, a po najczarniejszej nocy wstaje dzień.

I niestety, albo może i na szczęście raczej, wiem, że to, że jest mi źle, jestem zazdrosna o sukcesy innych, jestem leniwa i rozmemłana, to moja wina. To, że mnie jest źle, nie jest wynikiem kumulacji złej energii, negatywnych wibracji, niedobrych ludzi, pecha, niesprzyjającego układu gwiazd, wzdęcia, atakujących mnie na każdym kroku nieszczęść, niehandlowej niedzieli i nie-wiadomo-jeszcze-czego.

To, że jest mi źle, to moja wina. Chociaż, nie, inaczej. Nie jestem w stanie mieć wpływu na czynniki zewnętrzne, więc oczywiście, że mogę mieć beznadziejny nasrój, bo znowu złapałam kumpelkę na kłamstwie, bo ktoś mi wjechał w tyłek samochodu, bo zepsuł mi się komputer i jest buro i zimno. Nie da się, wiadomo. Nie jestem robocikiem, więc te rzeczy mnie bolą, denerwują, wkurwiają, irytują, doprowadzają do furii. Normalka. Nie jestem w stanie mieć wpływu na wszystko i izolować się w swojej banieczce mydlanej, chować się w piwnicy, żeby czasem nic mnie nie dorwało, a otaczały same pachnące kwiatki i bańki mydlane.

Jestem za to w stanie absolutnie i w 100% skontrolować to, jak bardzo na moje samopoczucie wpływa głupia koleżanka, za oknem barometr, pani w okienku na poczcie i fochy małej armii. Mogę się przejmować i pozwalać sobie włazić na głowę i całe życie czekać, aż będzie lepiej, a mogę to olać, obwąchać, zakopać i pójść dalej. Coś, co dziś mnie gnębi, a za miesiąc nie będzie miało znaczenia, naprawdę nie warte jest ani minuty więcej niż wzruszenie ramionami. Życie nie jest kolorowanką, ale możemy sobie własne myśli wytapetować na różowo, a nasza szklanka może być zawsze do połowy pełna. Naprawdę da się tego nauczyć. Mój każdy dzień zaczyna się od wmawiania sobie, że jestem szczęśliwa. I zwykle udaje mi się w to uwierzyć. I jeśli chcę coś zmienić, wszystkie narzędzia mam zawsze przy sobie. Piewszy krok to nastawienie i potrzeba tej zmiany. A nie tylko w kółko gadanie o tym.

Jak każdy, mam nie tylko takie problemy jak brudny samochód, dodatkowe kilogramy, czy debet na koncie. I nawet te idealne rodzinki z Instagrama je mają. Ale jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że ja gówno wiem o problemach. Moje dzieci są zdrowe. Mam kochanego męża, z którym idę przez życie. Mogę pracować. Mam swój dom. Omijają mnie wielkie nieszczęścia. Nie musiałam oglądać przegranej walki z rakiem kogoś, kto był całym moim światem. Nie musiałam nigdy słyszeć w radiu o tragicznym wypadku, a potem dowiadywać się, że brała w nim udział moja rodzina. Nie musiałam jako dziecko marzyć o butach na zimę, bo było mi zimno. Nigdy nie byłam głodna. Mam nadal rodziców. Moja babcia bawiła się na moich 40 urodzinach. Nie przeżyłam wojny.

Może rzeczywiście takie życie jest idyllą. A może po prostu wiem, że to byłoby bezczelne z mojej strony, żeby narzekać i chcieć jeszcze więcej, podczas gdy tyle już mam. Tak wiele ludzi ma naprawdę ogromne problemy, znajduje się w sytuacji bez wyjścia, stają się ofiarami wypadków, tragicznych i potwornych zbiegów okoliczności i wielkich tragedii. Wszystko inne w życiu jakoś zawsze jest, wszystko jakoś się układa. A jak się nie układa, to pora ruszyć tyłek i samemu zrobić porządek. Kiedyś będzie za późno. Ale dopóki nie jest – ja tam czerpię. I to jest ta moja idylla. Polecam każdemu. W ramach terapii polecam sobie poczytać marzenia dzieci ujęte w projekcie Szlachetnej Paczki choćby. Można też sobie odpalić stronkę ze zbiórkami na leczenie. Tak na dobry początek dnia, zamiast Instagrama. Foszki przechodzą. Warto się czasami rozejrzeć poza swoją własną kuwetę i zobaczyć jak bardzo jest nam dobrze.

Zdjęcie: Photo by Danielle MacInnes on Unsplash

    • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
    • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
    • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
    • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
    • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl