Niech już otworzą te szkoły, mam ochotę skandować. A potem ze zdumieniem czytam hejty na matki, które pragną powrotu dzieci do przedszkoli i szkół. Słucham wyrzutów, jakby to były wyrodne, leniwe, pozbawione wszelkich uczuć, jakby co najmniej chciały rzucić swoje dzieci na pożarcie lwom, podczas gdy same pójdą zrobić hybrydy. 

Nie ma to jak niezrozumienie i ciągła krytyka. Co dziwne, ale i normalne, to zazwyczaj krytyka matek na temat innych matek. No więc cóż, ja też jestem za powrotem dzieci do szkoły. I możecie sobie nazywać to jak chcecie, nie zmieni to faktu, że jeśli szkoły zostaną otwarte, poślę dzieci do szkoły. I nie dam się mobbingowi ze strony dyrekcji, czy naciskom innych rodziców. Nie jestem wyrodna, a te praktyki uważam za obrzydliwe. Przecież każdy ma swoje powody, zobowiązania, kredyty, wątłe zdrowie psychiczne, cokolwiek. 

Moje dzieci mi nie przeszkadzają. Bardzo lubię spędzać z nimi czas, coraz bardziej, bo rosną i znienawidzone przeze mnie zabawy w picie kawki z misiami i robienie muffinków z piasku zmienia się w planszówki, lego i wycieczki rowerowe, które mogę uskuteczniać godzinami, z rozkoszą. 

Moje dzieci mnie nie męczą. To znaczy męczy mnie milion razy powiedziane mamo, ale taka już ta rola. Umiem aktywnie odpoczywać i stawiać granice, więc jak pali mi się czerwona lampeczka i imbryczek frustracji zaczyna niebezpiecznie nerwowo podskakiwać, oddaję dzieci w dobre ręce ojca jedynego, a sama udaję się tam, gdzie pieprz rośnie, kawa jest gorąca i słychać ciszę. 

Rozumiem również argument, jakoby posyłanie dziecka do placówki łączyło się z zagrożeniem. Rozumiem, śmiem twierdzić bardziej niż inni troszeczkę. Jako mama trojaczków wiem, co to oznacza, kiedy dzieci chorują stale, a rodzic odchodzi od zmysłów i jedynym jego marzeniem przez długie lata jest brak kataru. Każdy rodzic pragnie przede wszystkim zdrowia swojego ukochanego dziecka. Ja też. 

Boję się wirusa, ale jednocześnie wiem, że prędzej czy później musimy wrócić do jakiejś wersji normalnego życia. Wszyscy. Nie jesteśmy w stanie zamknąć się w domu na zawsze, zabarykadować i udawać, że możemy żyć sterylnie w swoich czterech ścianach. Mało tego, jeśli wierzyć naukowcom, korona raczej na stałe zagości w naszym życiu. Musimy nauczyć się nowych zasad życia w społeczeństwie. Możliwe, że będzie to na przykład oznaczało szkołę na zmiany, brak dużych koncertów, czy tanich lotów. Dlatego niech już otworzą te szkoły!

Od dwóch miesięcy łączymy w moim domu samozatrudnienie (ja), pracę zdalną w wymiarze 50h w tygodniu (mąż) i szkołę on-line (troje dzieci w drugiej klasie szkoły podstawowej). Z uporządkowanej rodziny, w której wszystko jest mniej więcej na czas, wszyscy są zaopiekowani, a zdrowie psychiczne nie szwankuje, wpadliśmy w kołowrotek chaosu. Ale i z niego, po początkowym szaleństwie, udało nam się utkać coś na kształt nowej, koronowej rzeczywistości, która wcale nie jest taka zła. Jest inna, nowa, ale całkiem już teraz ok. Wyciągnęliśmy z tych okrutnie gorzkich cytryn, które podarowało nam życie, coś przypominającego lemoniadę. 

Pomiędzy pracą, obawami o naszą przyszłość i globalny kryzys, zdalną szkołą, wyczarowywaniem kolejnych potraw, sprzątaniem i wszystkim innym co nazywamy życiem, mamy, paradoksalnie, coraz mniej czasu. Niby nie stoimy w korkach, nie łazimy po galeriach i kinach i nie szwędamy się po knajpach ze znajomymi, a jednak czasu mamy jeszcze mniej. Bo to niestety tak jest, że czasem pomogła przy dzieciach mama czy inna teściowa, może jakaś niania się pojawiła, można było się z kolegą z klasy zamienić, a i spotkania biznesowe łatwiej się załatwiało osobiście, no i o swój byt, mając stałą pracę, nie trzeba było się martwić tak, jak teraz. 

Ja osobiście mam dużo mniej czasu dla dzieci. Bo w normalnej rzeczywistości pracowałam od 7 do 15 i kiedy odbierałam dzieci ze szkoły, byłam już wolna od ustawicznego myślenia o tym, czy odpisałam na wszystkie maile, przemyślałam każdą propozycję i dobrze swoje myśli ubrałam w słowa i mogłam poświęcić ten czas im. Wiem, byłam szczęściarą. Nie przyszło mi to za darmo, ani za pstryknięciem czarodziejskiej różdżki. 

Brakuje mi tego, żeby znowu być mamą, która czeka uśmiechnięta przed szkołą, ze scenariuszem na fajne popołudnie. Tego, że pracując z domu mogłam ogarnąć w międzyczasie pranie, posiłki, sprzątanie. Podejrzewam, że wielu mamom, które prowadzą swoje biznesy, czy przeniosły swoją pracę w warunki domowe, brakuje rozdzielenia pracy od domu, które w aktualnej sytuacji nie istnieje. Bo w domu jesteśmy w pracy, a w pracy nadal jednak w domu. Pracujemy w dresie, podcieramy kupę z telefonem na “mute” podczas międzynarodowego calla, negocjujemy stawki przy lepieniu ruskich i pranie wieszamy odpisując na maile. Pracy wcale nie jest mniej, przeciwnie. I choćbyśmy bardzo chciały, coś zawsze przeszkadza, jest niedoczas i jakieś poczucie podwójnego chaosu. Jedną ręką przy dzieciach, drugą nogą w robocie. Wierzę, że można być produktywną i kreatywną, osobiście jednak do swojej pracy potrzebuję trochę ciszy i skupienia. 

Niech już otworzą te szkoły, bo brakuje mi zwyczajnie naszej rutyny, nad którą pracowałam latami i dopracowałam do perfekcji. Bo teraz po prostu nie mam czasu. Jak to powiedziała Julanne Moore: Opiekowanie się dzieckiem nie jest trudne. Trudne jest robienie czegokolwiek innego wtedy, kiedy opiekujesz się dzieckiem. 

Dziecko nie jest oddawane do placówki, bo mi zawadza, bo jestem leniwa, bo mi się nie chce, czy nie potrafię udźwignąć macierzyńskiego obowiązku. Nie, nie. Po prostu już dość tego siedzenia w domu. Życie się zmieniło, zmiana to przecież całkiem normalna sprawa. Posiedzieliśmy w domach, przemyśleliśmy temat, stosujemy się do zaleceń, jesteśmy ostrożni, ale jednak żyjemy nadal, a nie tylko egzystujemy. Musimy wrócić do normalnej pracy, obowiązków, może nawet niektórych rozrywek, na miarę pandemii. 

Nie jestem nauczycielką, mój mąż też wybrał inny zawód. Jak zrobię z dziećmi kilka zadań domowych sama mam wrażenie, że powinnam się cofnąć do podstawówki. Ciągle mam wrażenie, że chyba nie było mnie na tej lekcji. Nie potrafiłam swoim dzieciom bezboleśnie wytłumaczyć zegarka, a potem usłyszałam panią, która zrobiła to błyskawicznie i z doskonałym efektem i zdałam sobie sprawę z tego, że zabrałam się za temat z zupełnie innej strony. No cóż, podczas gdy ja uczyłam się zarządzania zespołem, pani uczyła się podstaw dydaktyki. Każdy z nas ma swoją rolę i niech każdy robi to, w czym jest dobry. Staję na głowie, a i tak wiem, że nie jestem w stanie przekazać dzieciom wszystkiego tak, jak nauczyciel. Widzę też bardzo wyraźnie, że moje dzieci na tym okrojonym programie tracą. Robią się zaległości, zapominają rzeczy, których już się nauczyły. Niech już otworzą te szkoły, bo niektórych przedmiotów w ogóle nie da się odtworzyć przez kabel.

A kwestia ekranów? Przez lata krytykowaliśmy matki, które posiłkowały się bajkami, edukowaliśmy rodziców o tym, jakie to straszne skutki ma gapienie się dzieci w ekran. A teraz, kiedy robią to godzinami, wcale nam to nie przeszkadza? 

I choć moje dzieci nie chcą wracać do szkoły, bo w domu zrobiliśmy wszystko, aby było im dobrze, czuły się bezpieczne i kochane, wiem, że brakuje im towarzystwa. Nie dziwi mnie to, bo sama boleśnie tęsknię za ludźmi! Mam wrażenie, że skoro my, dorośli, kiepsko sobie z tym radzimy, będą dzieci, które z izolacją nie poradzą sobie w ogóle. Nie chcę nawet myśleć o dzieciach, dla których szkoła i świat zewnętrzny były odskocznią od ojca kata, czy patologicznej matki. 

Przedszkole i szkoła nie po to zostały stworzone, żeby dać leniwym matkom moment wytchnienia, czy w 2020 roku trzeba to jeszcze komuś tłumaczyć, bo nie rozumie szerszego kontekstu? 

Tak więc apeluję: Niech już otworzą te szkoły, wróćmy do jakiejś normalności!

Photo by Andrew Ebrahim on Unsplash

 

    • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
    • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
    • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
    • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
    • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl