Przez ostatnie dwa miesiące intensywnie się odchudzałam, korzystając z diety keto. Dostałam taki ogrom zapytań, że zdecydowałam się o tym tutaj opowiedzieć. 

Zdecydowałam się na keto, bo przy moim stylu życia to właśnie ta dieta najbardziej mi służy. Dieta ketogeniczna, w skrócie keto, ma tylu samo zwolenników, co przeciwników i wzbudza masę kontrowersji. Po dwóch miesiącach diety uważam, że trzeba, jak wszystko, przeprowadzać ją z głową. Trzeba się dobrze przygotować i przebadać. Nie żartuję. Źle dobraną dietą można sobie zrobić krzywdę. Trzeba też słuchać swojego organizmu.

Wiele osób nadal wierzy, że schudnąć można pijąc magiczne eliksiry i łykając tabletki. Podczas gdy prawda na temat diet jest prosta i stara jak świat i, oprócz oczywistych wyjątków, działa za każdym razem (choć, ponownie, efekty mogą się od siebie znacznie różnić, na co ma wpływ wiele czynników, wiek, waga początkowa, tryb życia, ilość snu, stres, itp.). Schudniesz, jeśli stworzysz deficyt. Czyli musisz zjeść mniej kalorii niż spalisz. Wtedy organizm sięga do rezerw. Nawet gdy jedynym ruchem, jaki wykonujesz w ciągu dnia jest podnoszenie do ust widelca, Twój organizm cały czas pracuje i potrzebuje na pracę mózgu, serca, nerek, itp. energii, którą czerpie z jedzenia, które mu dostarczasz, lub z rezerw, czytaj – oponek i boczków. I nie ma tutaj naprawdę żadnej magii, a za objawienie tej prawdy dietetycy pobierają grubą kasiurę. Zaoszczędziłam Ci więc jakieś 100 złotych za pierwszą wizytę u dietetyka! Bardzo proszę, na zdrowie.

Kolejnym dietetycznym mitem jest ruch. Dieta to 70% żarcia i 30% ruchu. Jeśli się poruszasz, poprawi się Twoja kondycja, wygląd, samoocena i samopoczucie, przyspieszysz też proces redukcji. Nie jest to jednak absolutnie konieczne. Kiedy chcę kogoś przekonać do ćwiczeń, zawszę używam tylko jednego argumentu – nie znam osoby, która by ruszyła dupsko, poćwiczyła, po czym powiedziała – o rany jak strasznie żałuję, że nie zostałam w domu zalegać na kanapie, o ja niemądra, dawać mnie tu czipsy! Nikt tak nie mówi, nigdy. Bo ćwiczenia działają na wiele obszarów, na samoocenę, samopoczucie, ciało robi się lżejsze, troski na chwilę cichną, bo jak się skupisz na poceniu, głowa się wietrzy. Także – do boju! Nie musisz, ale spróbuj. Niedawno też pisałam – czasy chwalenia się i obnoszenia z lenistwem, są passe. Chyba chcesz móc nadążyć za wnukami? Hę?

Dieta keto opiera się na zredukowaniu ilości węglowodanów, a właściwie całkowitym ich wykluczeniu. Wynika to z założenia, że organizm, którego pozbawimy węglowodanów, czerpie energię z własnych tłuszczów i białka. Ciała ketonowe, wytwarzane w organizmie podczas diety, hamują uczucie głodu. To dlatego wiele osób na tej diecie je dwa wielkie posiłki. Ja się nie zgadzam z takim trybem żywienia, więc jadłam tak, jak jem normalnie – 5 posiłków dziennie, ale zgodnie z zasadami keto.

W przypadku keto jest tyle opinii, ile ludzi, warto więc zasięgnąć fachowej porady lub poczytać wypowiedzi lekarzy, zamiast szukać opinii na forach lub u koleżanek, których kuzynka Mariola to mówiła, że jadła dziennie kilo żółtego sera i schudła w miesiąc dwie dychy. Z głową, a będzie sukces, nie frustracja. Ten post niech będzie tylko jednym z wielu i na pewno nie jedynym źródłem, bo ze mnie taki dietetyk, jak z koziej pupy trąbka.

Wiele osób w trakcie keto wyznaje zasadę okien żywieniowych, robiąc bardzo długie przerwy pomiędzy ostatnim posiłkiem w dniu, a pierwszym dnia następnego. Ja jednak nie trzymałam się tych zaleceń. Mój ostatni posiłek to kolacja o 18, a pierwszy to kawa o 6:30 rano. Pomiędzy piłam wodę i ziołowe herbatki. Robię tak od wielu lat i taki rytm życia ma moja rodzina, niechętnie więc to zmieniam, nawet na czas diety. Gotowałam dla wszystkich to samo. Jeśli na kolację jadłam steka z warzywami, moje dzieci i mąż jadły to samo. Ja rybę i surówkę, oni rybę, surówkę i ryż. Oni pomidorową z makaronem, ja bez makaronu, ale więcej mięsa. I tak dalej. Na ten czas zrezygnowaliśmy z potraw mącznych, choć w sumie i tak mało ich jemy. Ja jestem zdania, że w naleśnikach czy pierogach nic nie ma, jemy to tylko dla przyjemności, więc wystarczy od czasu do czasu. Jedzenie to paliwo, niech będzie dobrej jakości.

  1. Liczenie kalorii i makro.

Moje założenia to było 1500 kalorii dziennie, 80% tłuszczu, 15% białka i 5% węgli. Jest mnóstwo kalkulatorów, które pomagają obliczyć zapotrzebowanie kaloryczne, które uzależnione jest od wieku, trybu życia, wagi, celu, który chcemy osiągnąć, aktywności itp. Można to z dużą dokładnością obliczyć. Nie przeprowadzałam, zalecanej przez wielu, adaptacji, od razu z buta ostre cięcie węgli.

Na czas diety całkowicie zrezygnowałam z nabiału. W drugim miesiącu również z alkoholu. Jadłam batoniki proteinowe jak miałam ochotę na słodkie, używałam zamienników cukru, jeśli miałam na coś słodszego ochotę, piekłam keto chlebki, keto ciasta, keto naleśniki, ciasteczka. To też bardzo indywidualna kwestia, bo znam wiele osób, które na keto całkowicie z tego rezygnują. Jak mnie wieczorami brał wielki głód, jadłam kiszonego ogórka, kilka orzechów lub piłam herbatkę ziołową. Nie jadłam jednak syfu, czym karmi się wielu zwolenników keto. Ta dieta z założenia opiera się na jedzeniu dużych ilości tłuszczu, więc znam osoby, które jedzą smalec, tłuste kiełbasy, parówki, a pomiędzy jadą na ogromnych ilościach boczku. To nie dla mnie, bo już się tak nauczyłam, że po prostu nie wrzucam w siebie syfu. Nawet jeśli od tego syfu miałabym schudnąć. Może i schudnę, ale moje ciało wcale mi nie podziękuje. Oprócz ilości, liczy się dla mnie jakość. Nie jem smalcu, parówek, tłustych kiełbas. To oczywiście nie oznacza, że gdy będę szusowała po Białce i na stół wjedzie kromka ze smalcem, to jej ze smakiem nie wciągnę. Są też całkiem przyzwoite w składzie wędliny, w tym parówki i nie mam im nic do zarzucenia, mogę je dać nawet dzieciom. Chodzi po prostu o skład. I równowagę. Wszystko w dużych ilościach jest niezdrowe, nawet woda!

Wszyscy zawsze mówią, że o rany, czytanie składów i liczenie kalorii zajmuje tyle czasu, skąd go brać? Tak naprawdę zajmuje to niewiele czasu! Musisz mieć tylko właściwe nastawienie i dobre narzędzia. Na pewno nie zajmuje to więcej niż codziennie marnujesz na net i tv! Dieta to inwestycja w zdrowie, więc chyba jednak lepiej spędzić kilka minut skrupulatnie zapisując co zjesz niż potem wydawać masę kasy na konsekwencje otyłości. Liczenie kalorii to dobry nawyk na przyszłość. Na pewno zdziwisz się bardzo, kiedy zobaczysz kaloryczność niektórych potraw, w szczególności słodyczy. Mały pączuś czy kiełbaska, a to setki kalorii. Kiedy skończysz dietę, możliwe, że kilka razy się zastanowisz nad mądrzejszym dla zdrowia wyborem. Czas zajmuje to tylko na początku, jak już opanujesz podstawy, będziesz wiedzieć mniej więcej co i ile ma kalorii. Mało tego, czasami coś trzeba też zważyć. Podobnie jak z kaloriami – po kilku razach wiesz już mniej więcej na oko, czy ten kawałek mięsa to 100 czy też jednak 250 gram. Problem z ilością zjadanego jedzenia jest drugim po jakości problemem wpływającym na rosnącą nadwagę ludzi na świecie. Jemy stanowczo za dużo.

Używam różnych aplikacji, które same podpowiadają, ile muszę jeść, aby osiągnąć określoną wagę w określonym czasie. Aktualnie używam My Fitness Pal, który połączyłam z apką do biegania MapMyRun. Kiedy kończę trening, widzę, ile dodatkowo spaliłam kalorii. Nie doliczam ich jednak do dziennego limitu. Wiem, że to niezbyt mądre, ale ja już przyzwyczaiłam swoje ciało do ćwiczeń i traktuję je jako akcelerator, pomagający mi schudnąć szybciej. W Polsce doskonałe aplikacje to Fitatu do liczenia kalorii i makro i Endomondo do aktywności fizycznej. Fitatu ma coraz większą bazę produktów, co znacznie ułatwia sprawę. Już teraz wiele produktów wystarczy przeskanować i od razu wyskakuje nam skład.

Niedawno oglądałam najnowszy film Beyonce, w którym pokazała katorżnicze przygotowania do 2h występu na festiwalu Coachella, który prawdopodobnie przejdzie do historii muzyki. Mówiła w nim, że aby dojść do jakiejś formy i przeżyć te 8 miesięcy prób, a potem występ na żywo, na którym sobie w ogóle nie odpuszcza, nie jadła mięsa, cukru, nabiału, glutenu, węglowodanów. Po urodzeniu bliźniaków ważyła ponad 100 kilo, a na koncercie wystąpiła w obcisłych, krótkich spodenkach. Czyli nawet gwiazdy, które są bilionerkami i mają do dyspozycji prywatnego trenera, kucharza, masażystę i wszystkie najlepsze na świecie zabiegi, środki i suplementy, odsysania i wstrzykiwania, stosują najprostszą metodę – ogranicz michę, zwiększ ruch. No nie ma siły moje drogie, nie ma magii. Chcesz schudnąć, musisz tworzyć deficyt pomiędzy tym, ile kalorii zużywasz, a ile spożywasz. To jest właściwie czysta matematyka. I ja tak robię, kiedy boczki zaczynają sprawiać, że w dżinsach wyglądam jak muffinka.

  1.  Cel.

Mój cel był realny. 5 kilo w 2 miesiące. Na tyle widoczny, żeby dawał kopa, a jednak na tyle rozsądny, żeby dało się go zrealizować. Wierzę w to, co powtarzają ditetycy. Jeśli jesteś w stanie w jeden weekend przytyć 2kg (ja), to możesz i w jeden weekend zrzucić te 2kg (też ja). Ważę się codziennie, bo wtedy jestem wstanie przeanalizować co i jak wpływa na moją wagę. Na przykład późna kolacja powoduje, że rano mam na plusie, to samo dzieje się, kiedy tuż przed snem wypiję za dużo wody.

  1. Trudności.

Ciężko było mi w restauracjach, okazuje się, że jest niewiele dań, które nie mają w sobie węglowodanów. Sprawę załatwiły za mnie ryby i steki. Zamiast frytek, ziemniaków, ryżu, czy makaronu, prosiłam dodatkową porcję sałatki i było.

Najtrudniejsze okazały się dla mnie imprezy, bo nie dość, że nie piłam przez miesiąc alkoholu, to jeszcze nie mogłam jeść wielu rzeczy, które zwykle spożywa się na imprezach. Byłam na pizzy z parami rodziców klas drugich w naszej szkole. Nie mogłam jeść pizzy i nie piłam wina! Cudownie, prawda? W połowie drugiego miesiąca wypadła Wielkanoc. Ale i to sobie jakoś sprytnie obeszłam, upiekłam keto mazurka i keto pasztet, ugotowałam żur bez węgli, a na śniadanie wielkanocne ominęłam chleb. Dało się. Bo w życiu zawsze wszystko się da. Potrzeba tylko chęci. Moją chęcią była czerwona lampka, która zapaliła mi się w głowie na widok wagi i 71 kg. Pomyślałam, że to jest ten moment, w którym czas na radykalne działania, żeby się za chwile nie okazało, że jest już za późno i nagle ważę 80kg. Z każdym kolejnym kilogramem jest coraz ciężej. I, niestety, z wiekiem też. Niczego tak nie zazdroszczę 20 latkom jak tego, że omijałam wtedy kilka kolacji i już byłam szczuplejsza parę kilo. Nie mówiąc już o tym, że teraz na sam widok pączka rośnie mi trzeci podbródek i cellulit nawet na uszach.

Ale spokojnie. Jestem zdrową osobą, która nie jada ani fast foodów, ani komercyjnych ciastek, ani nie piję gazowanych kolorowych rozpuszczonych cukrów. 6 dni w tygodniu godzinę dziennie ćwiczę. W tygodniu nie piję też alkoholu, tylko w weekend. Jak to więc możliwe, że przez 6 miesięcy przytyłam 6 kg? Ano normalnie. Lato w Australii to czas nieustannych imprez. Bo wiadomo, jest ciepło, jest piękne, chce się wyjść, chce się bawić. A jak się bawić, to wiadomo, że musi być żarcie i picie, nieodłączni kompani grilla. Byłam też aż na 4 wakacyjnych wyjazdach, a wiadomo, w wakacje nie jemy kiełków i nie popijamy wodą spod ogórków kiszonych dla zdrowia, a jemy to, co nam podadzą. A że podają często, dużo i dobre, to wiadomo, że tyłek raczej rośnie. Na wakacjach kieliszek szampana o 11 jest dla mnie czymś zupełnie normalnym, podobnie jak lody po kolacji. Jedne i drugie święta, przeprowadzka, urodzinowy maraton najpierw mój, potem męża, przepyszne i kolorowe Bali, potem Tajlandia (tak tak, jadłam pad thai codziennie!) i tak właśnie dobiłam do 71 kg.

Bardzo trudne okazało się dla mnie ograniczenie nabiału i owoców. W ogóle na keto ograniczeń jest mnóstwo. Nie można jeść chleba, ryżu, makaronu, kaszy, większości płatków, niektórych warzyw, wszystkich owoców. Można za to jeść mięso, jajka, większość warzyw. Nie jest to na pewno dieta dla wegetarian, choć na pewno i to można obejść, jak ktoś ma taką potrzebę.

  1. Menu.

Jadłam mnóstwo awokado, wszelkich mięs, prosciutto, spaghetti z cukinii, jajek, chudego boczku, ryb (moją ulubioną szybką przekąską stały się szprotki i sardynki, dobrze, że stary od kilku lat nie ma węchu, hehe), jogurtu z kokosa, płatków paleo, orzechów, pestek, kiełbasek, sera halloumi, fety, górę warzyw i dobrych tłuszczów – masło klarowane (używam ghee), oliwa z oliwek, olej z awokado, z pestek dyni. Do kawy pokochałam mleko kokosowe i migdałowe. Korzystałam z przepisów https://olalalchf.pl/, www.ketoprzepisy.pl, http://lchfdieta.pl/przepisy/, www.bezwegli.pl – to w Polsce, z międzynarodowych na Insta polecam konto theketobible. Poniżej kilka pomysłów. 

  1. Motywacja. 

Postanowiłam okres diety wykorzystać na kilka zmian w swoim życiu. Drobnych, dla mnie jednak znaczących zmian. Spisałam 5 założeń, które chciałam spełnić każdego dnia, były to: trzymanie diety, ćwiczenia (i zalecany, właściwie konieczny 1 dzień przerwy), picie ciepłej wody z cytryną każdego poranka, łykanie tabletek (aktualnie brakuje mi magnezu + standardowy komplet witamin dla kobiet w moim wieku), wypijanie każdego dnia 2 litrów wody. To wszystko wydawać by się mogło banalne, kiedy jednak przeanalizujesz każdy swój dzień, może się okazać (tak jak mnie), że tego magnezu jednak nie łykasz regularnie, a wody wypijasz szklankę. Dla mnie sposobem jest przygotowanie sobie rano wody, którą musze wypić w ciągu dnia i położenie jej w widocznym miejscu – na biurku, przy którym pracujesz, koło łóżka, w torebce, w aucie. Podobnie jak sen, woda, czyli nawodnienie organizmu, jest kluczem do utrzymania zdrowia (i optymalnej wagi). Codziennie rozliczałam się z wypełnionych zadań. Dodatkowo zapisywałam rzeczy, nad którymi aktualnie pracuję – czytanie codziennie książek (albo czytam jak szalona jedną po drugiej i na raz pięć, albo przez miesiąc nie czytam w ogóle – pracuję nad większym zdyscyplinowaniem), czas bez netu czy minimum 6 godzin snu (to mi się nadal słabo udaje, jeszcze sporo pracy przede mną) i cieszyłam się, jeśli dodatkowo udało mi się je wypełnić. Na mnie taka graficzna prezentacja mojego wysiłku i silnej wody była doskonałą motywacją.

  1. Efekt. 

Schudłam na keto w sumie 6.5 kg. Czuję się doskonale. Po prostu, mimo tego, że przy wadze 71 nie wyglądałam źle, ja sama kiepsko się czułam z dodatkowymi kilogramami. Co dalej? Teraz to lecę na Bali, będę polewać się szampanem i kąpać w bitej śmietanie. 🙂 Żartuję. To znaczy z tą śmietaną żartuję. A tak na serio – po raz kolejny przekonałam się, że gluten i nabiał mi szkodzą na samopoczucie i wygląd i będę się starała długoterminowo je ograniczać. Na pewno nie zrezygnuję całkowicie z brązowego ryżu, czy wszelkich kasz, ale w moim menu pojawią się z umiarem. No i chyba rację mają Anki i Ewki – nie ma nic lepszego niż śniadanie białkowo – tłuszczowe, które na stałe wchodzi w mój repertuar. 

Dieta jest dla mnie krokiem do jeszcze lepszego zarządzania i pracowania nad stylem życia, który w takie dwa miesiące można sobie fajnie przemyśleć i dostosować do siebie, swoich upodobań, do rodziny. Ja bardzo polecam. Bo tak naprawdę diety cud nie ma. Pisałam o tym wielokrotnie, więc jest mnóstwo tekstów na ten temat u mnie na blogu. To dlatego ja natychmiastowego efektu jo-jo nie mam. 

Ta dieta nie jest dla każdego, a opisane przeze mnie metody mogą wręcz zaszkodzić. Warto więc podejść do tematu rozsądnie. Dieta to praca, to wysiłek i duży projekt, który musisz potraktować poważnie. Możliwe, że zajmie Ci sporo czasu, korzyści są jednak niesamowite. Kiedy dobrze czujesz się w swojej skórze, Twoja samoocena wzrasta. A ludzie, którzy dobrze się ze sobą czują, przyciągają pozytywne wibracje i innych pogodnych, szczęśliwych i spełnionych ludzi. Osiągają sukcesy na innych polach i mają siłę i determinację godną podziwu.

P.S. Pytacie mnie często o cellulit. Od ponad roku używam tego oto narzędzia tortur: https://www.ashleyblackguru.com/products/fasciablaster?variant=18774558726 i mój cellulit zmniejszył się o kilka stopni, a w wielu miejscach zniknął. Na początku miałam okropne siniaki, co jest normalne. Warto pooglądać kilka tutoriali, żeby wiedzieć jak się wymasować. Tanio, w domu i działa! Przestałam już wierzyć we wszystkie kremy i wiele zabiegów. Codziennie powtarzany masaż u mnie w końcu dał efekty.

P.P.S. Wnikliwej uwadze moich wiernych czytelniczek nie umknęło, że moje zęby stały się białe, choć całe życie miałam żółte. Ponownie, zastosowałam coś, z czego korzystają modelki i celebrytki. A można zrobić to w domu, tanio, szybko i przynosi niesamowite efekty! Wybieliłam zęby, bodaj najpopularniejszą teraz metodą – https://hismileteeth.com/. Zrobiliśmy sobie z mężem oboje taką kurację. Zajmuje to 10 minut dziennie (trzaskaliśmy przy tym kolejny sezon This is us 😊). Polecam wcześniej pójść do dentysty na regularne zdzieranie kamienia i piaskowanie, bo wtedy wybielanie przynosi najlepsze rezultaty.

Post nie jest reklamą, a za polecenia tych produktów nie czerpię korzyści finansowej. Jedynie dziką satysfakcję. Bądźmy zdrowe, bądźmy zadbane, bądźmy piękne, żyjmy pełnią życia!

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl