Nie pamiętam dokładnie, kiedy to się zaczęło. Kiedy zaczęłam być totalnym maniakiem filmowym. Do kina chodzę zwykle sama, bo przecież jak już płacę niani za opiekę nad dziećmi, to wolę wyjść z mężem i jak człowiek pogadać, zjeść coś bez przerywania sto razy, a w końcu, aby posłuchać błogiej ciszy. Z kumpelkami też często nie wychodzi, bo żeby się zgrały dwie matki, to musi być pełnia, dwie niedziele w kupie, a w środku pierwszy maja. Więc oczywiście proponuję, ale jak nie ma z kim, to chodzę sama.

I chodzę już tak całe swoje dorosłe życie. Nie czuję się ani gorsza, ani upośledzona. Wolę sama iść do kina, oderwać się trochę od rutyny codziennego dnia niż jak w prawie każdy inny wieczór, uciąć komara przy książce, czy dopiero co zaczętym filmie. To moje filmowe hobby bywa utrapieniem dla małżonka. „Co dziś oglądamy”? to w naszym domu trudne pytanie. Bo ja widziałam zwykle wszystko. Jestem pod ogromnym urokiem magii kina. Przenosi mnie zawsze do innego świata. Mogę na moment zamieszkać w innej rzeczywistości i przemyśleć sprawy, o których nie mam zielonego pojęcia, przeżyć niesamowite emocje. Staję się na chwilę samotną matką, gwiazdą estrady, pogrążoną w żałobie narzeczoną, mieszkanką dworu. Uwielbiam. Często płaczę, ale nie przejmuję się tym, bo to dobre łzy. Często wracam do domu, idę pogłaskać śpiące dzieciaki, przytulam się do męża. Jak to dobrze, że to tylko filmowa fikcja. Często się śmieję, kibicuję, ganię.

Odkąd pamiętam, luty był miesiącem spędzonym w kinie. Od ogłoszenia nominacji, do ostatniej niedzieli lutego, którą spędzałam przed tv, a potem szłam prosto do pracy. Nie zmieniło się to od lat, może z małym wyjątkiem – w tym roku, podobnie jak w poprzednich dwóch, nie muszę zarywać nocy, obejrzę Oskary o poranku, przy kawce. Taki plus mieszkania w Australii. Może sobie nawet pranie złożę, a co! Jak szaleć, to szaleć.

Tradycją stało się, że obstawiam, kto wygra i rzadko kiedy się mylę. Co kilka lat Oskary poddają się trendom. I w tym roku stało się podobnie. Wiele z nominowanych filmów mówi o braku tolerancji i o rasizmie. Już na poprzedniej gali mówiło się, że w 2019 Oskary będą zdominowane przez Afroamerykanów i dokładnie tak się dzieje. Mnie osobiście ten trend nie przeszkadza. Im więcej pokazuje się tego zjawiska, tym bardziej mamy szansę przemyśleć jego skalę i potraktować jako metaforę. Dla mnie to jest trochę tak, że łapiemy się za głowę, oglądając obrazki, które pokazują, jak jeszcze stosunkowo niedawno czarni byli boleśnie dyskryminowani, oczerniani, ignorowani, ciemiężeni. Nie możemy w to uwierzyć, że biały człowiek czuł się lepszy, że tak bardzo nienawidził. Mam nadzieję, że za kilka lat tak samo będziemy się dziwić oglądając filmy ukazujące dyskryminację homoseksualistów i do jakich absurdów doprowadza myślenie, że pan i pani to jest ok, ale pan i pan to już nie. I mam nadzieję, że będzie nam tak samo wstyd.

Ok, zaczynam więc moje tegoroczne gdybania.

“Vice” – mój mąż kocha takie polityczne filmy, ja mniej, bo polityka średnio mnie interesuje. Ale możliwe, że właśnie dlatego dobrze od czasu do czasu obejrzeć takie dzieło, żeby zdać sobie sprawę z tego, że to, co my, przeciętni zjadacze chleba wiemy i widzimy, to tylko mały fragment machlojek, wielkiej gry i politycznych przepychanek. Film opowiada historię Dicka Cheneya, wiceprezydenta USA za prezydentury Georga W. Busha. I choć temat nie każdego zainteresuje, film warto obejrzeć dla gry aktorskiej. Christian Bale, nominowany za tę rolę do Oskara, to od lat czołówka amerykańskiego kina. Aktor-kameleon, do każdej postaci potrafiący zmienić się nie do poznania. Od Mechanika, przez American Psycho, do Big Short, jego kariera aktorska zachwyca. W Vice znakomicie zagrała też Amy Adams, nominowana tutaj za rolę drugoplanową, stojąca w cieniu żona, pociągająca za polityczne sznurki państwowej wagi. Niestety ma za dużą w tym roku konkurencję, aby wygrać tę najważniejszą nagrodę. Nie sposób pominąć Sama Rockwella, również nominowanego do statuetki. Steve Carell to wisienka na torcie tej plejady gwiazd.

“Czarna Pantera” – nie lubię tego gatunku, komiksów o strzelankach i super bohaterach i sam fakt tego, że film jest zagrany przez Afroamerykanów, nie zmienia mojego o nim zdania, bo przecież na łamach mojego bloga nie muszę być politycznie poprawna. Według mnie można go obejrzeć dla rozrywki i zapierających dech w piersiach kostiumów. No i dla tej świeżości – na naszych oczach materializuje się marzenie milionów czarnoskórych dzieci – bohater w końcu jest „swój”. Film ma głębszy przekaz, traktuje o budowaniu murów, o emigrantach, o rytuałach, które musimy przekazać naszym dzieciom, o odpowiedzialności rządzących. Nie jest to jednak dla mnie film godny tylu nominacji.

“Narodziny Gwiazdy” – chyba nie ma nikogo, kto tego filmu nie widział albo przynajmniej nie nuciłby pod nosem „Shallow”. Film bardzo mi się podobał i jest wszystkim tym, czego oczekuje się po muzycznej historii miłosnej. Duet Lady Gaga i Bradley Cooper, choć zupełnie nieprzewidywalny, również według mnie sprawdził się na ekranie. Od momentu, kiedy obejrzałam „Narodziny gwiazdy” nie wyszedł mi z głowy, ścieżka dźwiękowa jest doskonała, a sama historia po prostu ściska za serce. Cudowny film. Historia wielkiej miłości, przepięknie zagrana i wyśpiewana przez Lady Gagę i Bradleya Coopera, przyprawia o dreszcze. Jej nie można odmówić nieprzeciętnego talentu, jemu urody. Sceny koncertowe częściowo były nagrywane na festiwalu Coachella, na którym, dzięki niesamowitej pracy kamerzystów, mamy wrażenie jakbyśmy byli osobiście. Cooper, który nie tylko wyreżyserował, ale i zagrał główną rolę w filmie, przeszedł samego siebie. Kreacja Gagi, która może pochwalić się historyczną już karierą na scenie muzycznej, a tutaj zagrała debiutantkę, też jest zasługą poprowadzenia przez reżysera. Oboje są wiarygodni, a ich romans jednym z tych, którym się kibicuje, choć do łatwych nie należy. Ten film trzeba przeżyć. Czy jednak zostanie obsypany statuetkami? Szczerze wątpię, bo niestety to już było. Ta historia nie jest nowa, a jedynie opowiedziana na nowo.

“Green Book” – mój osobisty faworyt w 2019. Obejrzałam z wielką przyjemnością i polecam, polecam, polecam bardzo. Ten film jest cudny. Po prostu. Jest tak piękny, tak sugestywny, tak bawi, tak wzrusza, jest tak świetnie zagrany, że po prostu trzeba. Trzeba go zobaczyć. Mieszkałam kiedyś na Bronxie i takich cwaniaczków jak Tony poznałam wielu. Ale cwaniaczków, których się kocha, takich słodkich draniów, którzy są labradorami w skórze lwa. Niby grzywa i pazury, ale w środku dobre serduszko i boi się żony. Ten film tak pozytywnie nastraja, tak robi dobrze i daje takie, w sumie może w naszych czasach zupełnie niepoważne przeświadczenie, że świat jest piękny, a ludzie w nim dobrzy, że wyjść z kina można tylko z szerokim uśmiechem. Doskonałe kino drogi, zabawne dialogi i skrajni bohaterowie. Jeden to prostaczek i osiłek, walczący każdego dnia o kilka dolców, drugi to erudyta, majętny muzyk, cieszący się ogromnym uznaniem. Jest tylko jedno, ale. Ten rozpychający się łokciami to biały, z wielką, głośną, włoską rodzinką, a ten drugi to czarny, samotny, a w dodatku gej. Akcja filmu nie jest bez znaczenia – dzieje się bowiem w latach 60-tych, na głębokim południu Ameryki, słynącym ze skrajnego rasizmu. Aktorzy, obaj nominowani do Oskarów, skradli moje serduszko, siadłabym chętnie z nimi w tym aucie i podgryzła skrzydełko z KFC zaśmiewając się do rozpuku.

“Bohemian Rhapsody” – choć miłośnicy Queen zarzucają filmowi wiele nieścisłości, dla mnie oglądanie tego filmu było przyjemnością. Malek STAŁ się Freddiem Mercurym i pozwolił nam wszystkim przenieść się na chwilę w środek muzycznej uczty. Kto z nas nie zna i nie kocha Queenu? Kto nie śpiewa sobie o czasu do czasu „We are the champions”, kto nie słuchał w kółko po filmie „Bohemian Rapsody”, kto w końcu nie szepnął sobie niejeden raz w tych najtrudniejszych chwilach „Show must go on”? Film jest laurką dla Freddiego, stąd wątpię, aby uzyskał tytuł filmu roku. O zmarłych albo dobrze, albo wcale, to chyba przyświecało jego twórcom, z czym generalnie się zgadzam, bo jeśli ktoś chce, to sam sobie może doczytać jak to wszystko wyglądało naprawdę. Film tylko skacze po negatywach, spłycając je do happy endu, momentami dla widza męczącego. Nie ujmuje to jednak w ogólnym zarysie odbioru tego pomnika zespołu i artysty, którzy stali się historią muzyki rozrywkowej. Zgadzam się z krytykami – to nie jest klasyczna biografia, a jej wizja, w której Freddiemu wybacza się mniejsze i większe grzeszki. Nie bez znaczenia jest kulminacyjna scena filmu, koncert Live Aid w 1985 roku i występ Queen, który został uznany za najlepszy koncert w historii współczesnej muzyki, a o samym Mercurym mówiono, że urodził się właśnie po to, aby zagrzać 72 tysiące ludzi na Wembley do klaskania w rytm „Radio Ga Ga” (i miliony widzów przed telewizorami na całym świecie).

“Faworyta” – od czasu do czasu powstanie taki film, który ogląda się siedząc na skraju fotela, gryząc pazury, a po filmie komentując „o rany”, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Takim filmem jest „Faworyta”. Ten film to wybuchowy koktajl, raz komedia, raz dramat, nie sposób go sklasyfikować jednoznacznie. Zachęcam do obejrzenia, bo to nietuzinkowe, wielkie kino. Film opowiada, opartą na prawdziwych wydarzeniach historię o królowej Annie i ubiegających się o miano tytułowej faworyty Sarah Churchill i Abigail Hill. Oderwana od rzeczywistości królowa, pochłonięta własnym, mrocznym i nieszczęśliwym losem, nieporadna i niedołężna, sterowana jest swoją długoletnią przyjaciółką. Doskonale zagrana przez Rachel Weisz (nominacja) Sarah, przez historyków uważana jest za jedną z najbardziej wpływowych kobiet swoich czasów. Na dworze pojawia się jednak młoda służka, grana przez Emmę Stone (nominacja), która niebezpiecznie szybko wkrada się do łask królowej i stanowi realne zagrożenie dla niezachwianej dotychczas pozycji Sarah. Napięcie pomiędzy królową, a walczącymi o jej uwagę kobietami, jest dla mnie majstersztykiem i prawdziwym arcydziełem. To po prostu trzeba zobaczyć, bo opowiedzieć się nie da. Jeśli dodamy do tego niepoważne zabawy, którym oddaje się dwór, choć za oknem niespokojne czasy i wiele innych smaczków, mamy film, obok którego nie da się przejść obojętnie. Miks emocji, strachu, wyrachowania, kreacji, które budują aktorki jest niezapomniany i na długo zapada w pamięci. Powinnam cały artykuł poświęcić jednak królowej, czyli grającej ją Colman (nominacja). Są po prostu takie aktorki, które urodziły się do danej roli. I Colman została stworzona do tej kreacji. To, jak gra królową, jakie budzi emocje, jak bardzo się nią brzydzimy, po to tylko, aby za moment jej współczuć i ją żałować, jak bardzo jest groteskowa, aby za moment budzić postrach, jaka jest nieporadna, a już w następnej scenie agresywna, jaka dziecinna, a jednocześnie boleśnie doświadczona przez życie, to aktorstwo przez duże A. Idealna bohaterka krainy absurdu. Polecam bardzo.

“Roma” – portret życia kobiet w targanym konfliktami Meksyku lat 70 tych. Obraz czarno-biały, kręcony jakby smartfonem, którego zza pazuchy wyciągnął przypadkowy widz trudnej sytuacji. Cleo to oddana służąca, która pracuje u doktorstwa. Kiedy od pani Sofii odchodzi mąż, a Cleo zachodzi w niechcianą ciążę, kobiety stawiają czoła rzeczywistości. I robią to w ciszy, co chyba najbardziej uderzyło mnie w tym filmie. Tu nie ma rozpaczy, nie ma krzyku, jest pogodzenie z losem. Wiele osób zarzuca Romie brak emocji, tak właśnie jakbyśmy oglądali zapis taśmy, aktualnych wydarzeń na ekranie tv, bez komentarza. Możliwe więc, że to jest ten czynnik, który spowodował, że Romę uważa się za arcydzieło. Trzeba sobie te emocje dopowiedzieć, po swojemu i przeżyć film dla siebie. Mnie, szukającej w kinie głównie emocji, tego zabrakło, choć doceniam obraz za przemyślenia, do których mnie skłonił. Zabrakło tu idealnego bohatera z fabryki snów, który zawsze spada na cztery łapy, a i happy end jest niespotykany, bo zwyczajnie go nie ma. Chyba to tak jest, że wiele kobiet walczy w milczeniu, bo wiedzą, że pozwalając sobie na emocje, rozsypią się, a przecież mają na głowie dzieci, dom, resztki rodziny (i dumy). Choć serce im krwawi, muszą się codziennie budzić i być dla swoich dzieci ojcem i matką w jednym. Cóż innego im pozostało? Film intryguje pokazaną na tle dziejów solidarnością kobiet, choć portretowanie właściwie wszystkich mężczyzn pojawiających się w filmie w negatywnym świetle, męczy. Film się dłuży i jak dla mnie arcydziełem nie jest, nie uroniłam przy nim ani jednej łzy, bardziej zachwycił mnie konstrukcyjnie, a to, w moim prywatnym rankingu, za mało. Boję się, że przez ten Meksyk, ten feminizm i niedopowiedziane niuanse, film zdobędzie jednak najwięcej statuetek.  

Zawsze oglądam też filmy, które, choć nie są nominowane w głównej kategorii, zebrały nominacje za kreacje aktorskie i reżyserię. Oto one, również warte uwagi.

“Can you ever forgive me?” – podobał mi się bardzo, a rola McCarthy (nominacja) godna owacji na stojąco. Ta historia jest piękna, chwytająca za serce, bawi, wzrusza i poucza. Takich filmów szukam w kinie i z wielką przyjemnością je oglądam, a potem polecam dalej. Bo to cudownie spędzone dwie godziny, choć film jest skromny i niskobudżetowy, bez fajerwerków. Znany mi z autopsji ból braku weny i strachu, że najlepsze, co się miało do powiedzenia, już się napisało i szukanie planu b, innego pomysłu na siebie, choć metryka mogłaby raczej wskazywać na czas na odcinanie kuponów od kwitnącej kariery to w skrócie fabuła tego filmy. Ta historia jest prawdziwa, wydarzyła się naprawdę, co tylko dodaje filmowi uroku. Bohaterkę filmu, Lee, poznajemy w dość nieciekawym dla niej czasie. Jej ukochany kot choruje, mieszkanie śmierdzi, zalega z czynszem i traci pracę. Jest pisarką, na której książki nikt nie czeka, nie lubi ludzi, nie ma nikogo. Zwrot w akcji następuje, kiedy Lee poznaje Jacka (nominowany, doskonały w swojej roli Grant), imprezowego, stylowego, ale jednak żula. Polecam. 

“The Wife” – Jestem osobiście rozdarta pomiędzy Glenn Close, a Olivią Colman i długo zastanawiałam się nad tym, komu przyznać statuetkę w moim skromnym rankingu. Close gra (i to jak gra) tytułową żonę. Film przedstawia starsze małżeństwo w chwili wielkiej – oto Joe, mąż Joan, dostaje literacką nagrodę Nobla. Na pierwszy rzut oka udane, zgodne i uzupełniające się nawzajem małżeństwo, po, jak się wydaje, okresie kryzysów, szykuje się do tej uroczystości i związanych z nią zobowiązań, podróży, niekończących się rautów, wywiadów i zdjęć. I tak powoli obserwujemy, jak wszystko zaczyna się walić, jak domek z kart. Bo oto pewien dziennikarz (dobry wybór dawno nie błyszczącego Slatera) postanawia napisać biografię noblisty, odkrywając przy tym straszną i skandaliczną prawdę o jego twórczości. Jest i syn, niezbyt dobrze znoszący życie w cieniu ojca. Tytułowa żona, zmęczona latami poświęceń i kłamstw, targana emocjami, postanawia w końcu położyć kres farsie, którą żyła od lat. Close kradnie każdą scenę w tym niepokojącym obrazie. Wiele kobiet odnajdzie siebie w tym filmie. Czyż nie grają drugiej roli, silne i walczące, ale jednak skryte na drugim planie, za plecami słabych mężczyzn?

“At Eternity’s Gate” – film o Vincencie van Goghu, długi, nierówny, ale ukazujący prawdziwy talent, wizjonerstwo i szaleństwo mistrza. Obraz pokazujący samotność geniuszu. Willema Dafoe przedstawiać nie trzeba. Moje serduszko skradł w filmie „The Florida Project”. I w tej kreacji jest niezapomniany.

“Gdyby ulica Beale mogła mówić” – to kolejny film pokazujący trudne dzieje dyskryminacji czarnych, których kolor skóry determinuje wszystko. Nawet w przypadku zbrodni, to kolor skóry odpowiada za czyn, choć istnieje stuprocentowe alibi. Przepiękny obraz o miłości, o skradzionym dzieciństwie, na którym kładzie się cień dyskryminacji i ogromnego strachu, o wsparciu rodziny, która do końca jest największym oparciem i największą wartością, o dumie. I o nadziei, która przecież zawsze umiera ostatnia. Regina King (nominacja) zagrała rolę matki głównej bohaterki. I zagrała całą sobą, każdym spojrzeniem i gestem. I pewnie dostanie za to Oskara. A jej scenę z peruką będą przerabiać w szkołach aktorskich przyszłe pokolenia aktorek na całym świecie. 

A teraz trochę o naszym polskim akcencie.

„Zimna wojna” – Trochę się bałam, że może u mnie być z Zimną wojną tak, jak było z Idą. I sprawdził się ten czarny scenariusz. Nie skumałam wtedy fenomenu, nie kumam i teraz. Dla mnie Zimna wojna to piękny wizualnie, przeciętny film. Nie wiem tylko dlaczego te piękne zdjęcia są czarno białe, ale to naprawdę najmniejszy problem, jaki mam z tym filmem. Mam wrażenie, że to trochę jest tak, że nastawiłam się na arcydzieło, a wyszłam z kina urażona nie trzymającą się kupy historyjką o interesownej, wyrachowanej babie, biorącej z życia co chce, kiedy chce, ignorując przy okazji wszystkich naokoło. Nie przekonuje mnie historia miłości Zuli i Wiktora ani trochę. No po prostu, jak to śpiewa Podsiadło, nie ma fal. On, w filmie bezbarwny, choć cenię Kota, za doskonałe role w Bogach czy choćby w Najlepszym, zagrał tutaj po prostu kiepsko. Lubię też Kulig, ale niestety nie w Zimnej wojnie, gdzie zagrała postać antypatyczną, którą, zamiast oczekiwanego opłakiwania, serca rozdarcia, ma się ochotę porządnie po seansie potrząsnąć. Wielka miłość? Ale serio? Kogo do kogo? Ani on nie potrafił o nią walczyć, ani ona jakoś szczególnie nie pałała uczuciem, ciągle mając nadzieję, że spotka ją coś lepszego niż rozmemłany Wiktor. Chemii między głównymi bohaterami nie zauważyłam, choć wyjątkowo, nie przysnęłam ani na moment. Film od „nie warto tracić dwóch godzin” do „można z nudów obejrzeć” ratuje Kulesza, która nawet z tylnego siedzenia gra doskonale. Jest i Szyc, który w takich rolach błyszczy i pokazuje na co go stać. Historia Mazowsza, zgadzam się, piękna, ale przecież o niebo lepsza byłaby w kolorze. Do ostatniej sekundy filmu, ja, stęskniona za wszystkim co nasze, Polka na emigracji, liczyłam na coś, czego można by się złapać. Niestety, zakończenie jest tak przerysowane i bezsensowne, że po filmie pozostał mi tylko niesmak. Sztucznie podkręcony czarno-białym kadrem dramatyzm, opary tytoniowego dymu, Paryż, a w końcu naciągana końcówka, to za mało, aby nazwać ten film choćby dobrym. Oczywiście patriotycznie będę mu kibicować i mam nadzieję, że chociaż Łukasz Żal dostanie upragnionego Oskara za przepiękne zdjęcia, summa summarum jestem jednak rozczarowana i nie podzielam ogólnego entuzjazmu. Bardzo mi przykro ale taka jest moja opinia.

No dobra, czas przyznać statuetki.

Film roku: Green Book (choć zapewne wygra Roma, dla mnie to Green Book jest filmem roku)

Reżyser: Alfonso Cuarón

Aktorka pierwszoplanowa: Glenn Close (jednak, jeśli się pomylę na korzyść Coleman, to też będzie super)

Aktorka drugoplanowa: Regina King (ręka w rękę z Rachel Weisz)

Aktor pierwszoplanowy: Rami Malek (choć chętnie dałabym Oskara Viggo, czy choćby Bale, ale Malek za wskrzeszenie zza światów Freddiego zasłużył na statuetkę)

Aktor drugoplanowy: Mahershala Ali (ależ oczywiście nie będę obrażona, jeśli wygra Grant)

Miłego oglądania!

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.

 

Written by calareszta.pl