Wszystko dla dzieci, wszystko dla nich. Najpiękniejsze stylówki, złote balerinki, nowa pościel, bo przecież najpiękniej pachnie, a nasz królewicz nie może spać w starej. Pokój dekorowany według inspiracji wygrzebywanych nocami na necie, sztukateria dłubana po godzinach. A dla siebie?

Parka dla dwulatki, bo przecież wygląda w niej pięknie i tak super cool. Książki, plecaczki, spineczki. Lekcje baletu, oczywiście. Jazda konna? Tak. Tenis, karate i jeszcze może capoeira? Rozwój jest najważniejszy! A dla siebie ciągle płaszcz sprzed czterech sezonów, bo przecież jeszcze dobry. Bielizna tylko praktyczna. Buty na płaskim, bo zawsze w biegu, choć tęskno za szpilkami. Nawet jak się na zakupy wybierzesz, to zawsze coś dla dzieci przytargasz, to zupełnie normalne. W końcu wiele z nas chce dzieciom dosłownie gwiazdkę z nieba dać, wszystko dla dzieci zrobić. A już na pewno coś, czego same nie miałyśmy. I nie chcę tutaj pisać o tym, że trzeba to zmieniać. Bo tak już po prostu jest, wszystkie tak robimy, robiły tak nasze mamy i nasze dzieci też swoim dzieciom oddadzą wszystko.

Jest jednak taki kawałek luksusu, zdrowego egoizmu, którego nigdy nie oddałam. Są takie rzeczy, które robię z premedytacją, żeby dla siebie coś uszczknąć, a nie tylko wszystko dla dzieci. I te rzeczy sprawiają, że czuję się bogata. I nie ma to nic wspólnego z pieniędzmi i zasobnością konta. Te proste czynności sprawiają, że czuję się luksusowo. Bo dla mnie luksus to czas.

To pobudka przed wszystkimi, żeby mieć chwilę na zebranie myśli w zupełnej ciszy. To moment na gorącą kawę, którą piłam gorącą zawsze, nawet wtedy, kiedy kilka dni wcześniej urodziłam trojaczki. To chwila z książką, w ciągu dnia, a nie tylko wieczorem, kiedy ledwo starcza sił na uniesienie powiek na przeczytanie jednej strony.

To wypielęgnowane paznokcie, choć przecież bywa, że widuje je tylko siekana na obiad marchewka. To kwiaty w wazonie, które kupuję sobie sama i tylko dla siebie, bo domownikom są raczej obojętne.

To obiad, który ktoś poda, niech nawet będzie z paczki i odgrzewany w mikrofali. To możliwość niespiesznego dnia, w którym wszystko mogło się zdarzyć, ale nie zdarzyło się nic i to było cudowne. To biała pościel, choć absolutnie nie jest praktyczna. To śmieszne, puchate pantofle, na stopach z pierwszym dniem jesiennej słoty. To ulubiony kubek, w którym nikt inny nie pije, koniecznie porcelanowy, koniecznie ze złotym rantem, wyobrażam sobie, że z takiego pije się herbatki u królowej, w pałacu. To toaletka, a na niej ukochane perfumy, choć pewnie ten kąt przydałby się na coś innego, dałoby się i tę przestrzeń zagospodarować pod potrzeby rodziny.

Robię te rzeczy stanowczo za rzadko, mało się rozpieszczam, choć jestem mistrzynią w rozpieszczaniu innych, za rzadko o sobie myślę, a kiedy już myślę, to jest to zadanie do wykonania. Więcej czytać, bo przecież trzeba. Więcej ćwiczyć, bo to dla zdrowia dobre. Zdrowo się odżywiać, bo lekarz kazał. Odpoczywać, ale tylko 10 minut. W tej chwili, tu, często mnie nie ma. Jestem już przy następnym zadaniu, bo przecież wszystko dla dzieci. I ostatnio tak bardzo wpadłam w pułapkę kołowrotka, że nie potrafiłam samodzielnie z niej wyjść.

Psychoterapeuta dał mi zadanie domowe. Niech pani leży i pachnie. Nie czyta, nic nie ogląda. Leżymy i pachniemy, zachwycamy się chwilą, kilka minut wystarczy. I poleżałam. Dosłownie kilka razy dopiero, bo choć to banalne zadanie, jest dla mnie bardzo trudne do zrealizowania. Bo mnie cały czas coś pcha. Moje chore ambicje, wrodzona obowiązkowość, nieubłaganie pędzący czas. Ciągłe wyrzuty sumienia, że jakoś ta trzecia ręka wyrosnąć mi nie chce, że nie mam czasu częściej rzucać się na dywan i bawić godzinami, dzwonić zupełnie bez powodu, bezinteresownie pomagać, słuchać o tym, co dla kogoś jest ważne, nie mogę wszystkiego domknąć i na liście zadań nie mieć nic. Ale te wyrzuty trzeba umieć wyciszyć. Przecież doskonale wiem, i Ty też wiesz, że wszystkiego się nie da. Nie da się być wszędzie i o wszystkim pamiętać. Nie da się wszystko dla dzieci, a dla siebie nic. Nie można pędzić, bo w tym pędzie można nie zauważyć najważniejszego. Tego, że dziecko już nie marszczy tak śmiesznie noska, że liście zmieniły kolor, że znowu nam ładnie z czerwonymi ustami.

Odpoczywać muszę się nauczyć, bo wszystko dla dzieci, zawsze na posterunku, a okazuje się, że wieczna pogoń wcale mi nie służy. Obowiązków nie zmaleje, czas zacząć delegować, więcej skreślać, mniej się przejmować. W końcu moja doba ma tylko 24 godziny. Aż 24, chyba nic się nie stanie, jeśli uszczknę dla siebie choćby jedną? I niech to będzie plan na jesień i zimę. Wolniej, bardziej tu, więcej dla siebie, żeby w nowy rok wejść ze spokojem.

Za tło tej pięknej sesji posłużyły mi piżama i szlafrok BOHOMOSS.

Takie właśnie rzeczy, drobiazgi, dają mi poczucie luksusu. Na hasło CALARESZTA (dużymi literami) możecie w dniach od 5 do 11 października kupić piżamki z 20% zniżką (łączy się z wyprzedażą!) i spędzać luksusowo choćby chwilkę otulone tymi cudami. A już 18 października wchodzi nowa kolekcja!

Wpis powstał przy współpracy z marką Bohomoss. 

Written by calareszta.pl