Piszę tego bloga od ponad 4 lat, przez które wpadłam do znienawidzonej kategorii „parenting”. Czyli pisania dla sfrustrowanych matek, o innych matkach, ich dzieciach i życiu wywróconym pomiędzy kupą w pampersie, wojenkami w piaskownicy, a „mamo, chcę mieć kolczyk w nosie”. I tak sobie myślę, że pora chyba przestać. O!

Bo tak naprawdę nic mnie tak bardzo nie irytuje jak to, że jedna baba drugiej babie włazi do życia z buciorami i próbuje jej wmówić, że coś tam robi źle, mogłaby lepiej, bo ona to na pewno wie jak, a najlepiej to niech kupi witaminki w żelkach marki x i wszystkie jej problemy magicznie się rozwiążą. A w ogóle to ona widzi przez swój ekran, że to dziecko to je za dużo cukru, za mało śpi i pyskuje. Związek się nie układa, bo po ciąży nie schudła i nie nosi 10 cm obczasów. Wiadomo, to wszystko jest wina matki.

Bardzo możliwe, że tak piszę, bo mam po prostu bardzo specyficzną sytuację i parskam śmiechem na wszystkie porady. Nie ma poradników na wychowanie gromadki dzieci w tym samym wieku i to jeszcze na obczyźnie, w mieszanym pod względem wyznawanych wartości i sposobu wychowania, związku. I przecież każdy z nas ma taką swoją sytuację, swój świat, w którym ma swoje reguły, zasady i triki! I tak naprawdę nikomu nic do tego. Nic. Nikomu.

Śmieszą mnie porady internetowych matek, trenerek, dietetyczek, gwiazd, celebrytów. Mam wrażenie, że wszystko ostatnio jest na sprzedaż, a postronni obserwatorzy zapominają, że w necie wszystkie jesteśmy piękne, mądre, ogarnięte, a nasze dzieci nie robią śmierdzącej kupy. Otóż robią, ale kogo to obchodzi? Przecież nigdy nie masz w telefonie jednego ujęcia, a milion, a z niego wybrane to jedno najlepsze. Przecież nie napiszesz, że stary Cię wkurza, a dzieci masz ochotę wyprowadzić już z domu, choć mają mniej niż pięć lat. Jeśli prowadzisz internetowy pamiętniczek, nikogo nie obchodzi Twój gorszy dzień, zdjęcia bez makijażu nie zbierają milionów lajków. Trzeba się uśmiechać, trzeba dbać o światło, jeść zimne i na stole mieć zawsze porządek i złote nożyczki. Tak gdzieś pomiędzy ledowymi światełkami i wypchanym cycem.

Napisała do mnie ostatnio kobitka. Piękny, długi list, w którym pisze jak jej przykro, bo jej się wydaje, że wszyscy żyją cudownym, radosnym, spełnionym, interesującym życiem, a jej to szara rzeczywistość, ciągła walka z dziećmi, obowiązkami, domem, partnerem, figurą. Niczego nie potrafi zrobić ani w procencie tak idealnie jak podglądane w necie matki. Otóż nie. Życie wszyscy mamy podobne. Tylko stosujemy inne filtry. I gramy według scenariusza, który w necie możemy sobie sami napisać. To takie na pozór idealne życie, w którym każdemu wszystko się udaje. A innych ta perfekcja dołuje i frustruje. 

I tak myślę, że może nie będę już tej swojej cegiełki do tego dokładać? W życiu patrzę na szklankę do połowy pełną, a jak pada, to się cieszę, bo kwiatki rosną i kalosze mam fajne. A potem dopada mnie czarny dół, z którego często sama nie potrafię się wydostać. Mam wspaniałe dzieci, ale doprowadzają mnie do szału i często myślę, że matka ze mnie do kitu. Macierzyństwo mnie przerasta i zwyczajnie mam dosyć, niech ich ktoś weźmie na cały dzień. Mieszkam w Australii, która dla wielu jest marzeniem, a dla mnie często jakby za karę. Dziura w sercu wypalona tęsknotą nie chce się zabliźnić.

Kiedy napiszę coś o emigracji, o dzieciach, o pracy, o kuchni to zawsze jest tak samo. Część przyklaśnie, nalać jej, dobrze gada, część się nie zgodzi, bo u nich nie działa, część nie ma zdania, bo nie próbowało, a jeszcze część to właściwie nie przeczytała tekstu, ale i tak wyraża oburzenie. I w zależności, w jakim jesteś obozie, każdy poruszany temat jest albo prawdą, albo gówno prawdą.

Dlatego nie będę nic nikomu radzić. Bo ja nic nie wiem! Nie mam zawsze racji i nadal nie mam pojęcia, kim będę, kiedy dorosnę! Ludzie, co ja wiem o dzieciach, skoro swoje ledwo ogarniam?

Dzieci przychodzą na świat w rodzinie, w której są pewne zasady i przyzwyczajenia. I dlatego nie ma sensu na siłę komuś tłumaczyć własnych racji, aby obrał je jako swoje, bo u niego to zwyczajnie może nie zaskoczyć. Nie czytasz, to Twoje dzieci nie będą czytały, nie jesz jarmużu, dzieci też pewnie same po niego nie sięgną. Mówisz źle o ludziach, dzieci pewnie też użyją pogardy w komunikacji z innymi. Nie chce Ci się ćwiczyć, bo zwyczajnie tego nie lubisz, to dopóki Twoje myślenie się nie zmieni, żadna Anka, ani Ewka, strategicznie wypięta tak, aby zaprezentować logo sponsora, Cię do tego nie przymusi. I tak dalej. Tak to idzie. Żaden wpływacz nie zmieni raczej Twojego podejścia do życia. Bo czasami zwyczajnie się nie da.

Nie działa mi wiele rzeczy, które w wielu domach się sprawdzają. Bawi mnie wiele słów, które nie mają absolutnie żadnego przełożenia na moją rzeczywistość. Robię wiele rzeczy, które sieją powszechne zgorszenie. I jakoś żyję. Co robię? Ogarniam, na ile potrafię. A jak nie ogarniam, to nikt mi nie musi mówić, że to nieogarnianie też jest ok. Musi być, bo aktualnie nie mam innego wyjścia. Stoję w rozkroku z wyboru. Nie zazdroszczę wymuskanych zdjęć, idealnych dzieci, drogich torebek, bogatych mężów, wypasionych kolacji, egzotycznych wakacji. Nie zazdroszczę, bo wiem, że każdy kij ma dwa końce i za wszystko w życiu trzeba zapłacić. I nikt nie żyje życiem bezproblemowym. Naprawdę absolutnie nikt. Każdy z nas ma czasami pryszcza na nosie, nieświeży oddech, niegrzeczne dziecko, wstydliwy problem, potrójny podbródek, przypalone ciasto i brudne auto. No takie życie.

Czy dzisiaj szanowany bloger może się wypowiadać na jakikolwiek temat dotyczący dzieci, skoro własne ma małe? Skąd wiadomo, czy w życiu im się uda? Czy ogarną? Skąd wiadomo, co zadziała? Na jakich wyrosną ludzi? Czy poświęcanie uwagi dzieciom nie spowoduje, że związek się rozpadnie, albo ktoś z wiekiem nie stwierdzi, że mógł bardziej koncentrować się na sobie? Naprawdę cholera wie. Ciężko mi przełknąć kreowanie się w takim wypadku na niepodważalny autorytet, raczej myślę, że za bardzo weszły psychologiczne poradniki i kilka teorii. Za 5 lat i tak je ktoś podważy!

Nie ćwiczysz, bo jesteś leniwa. Stary w domu dwie lewe ręce, bo jesteś leniwa. Dzieci niegrzeczne, bo jesteś leniwa. Masz kiepską pracę, bo jesteś leniwa. Dietę masz kiepska, bo jesteś leniwa. Ale tych podłóg nie liż, zrelaksuj się, nowoczesne kobiety znają swoją wartość. I tak w kółko. Albo jesteś winna całemu złu wszechświata, albo odpuść sobie. Nic pomiędzy, a przecież życie nie jest na szczęście czarno białe. Raz jest modnie o siebie dbać, a na następny dzień modnie jest zaakceptować swój wielki tyłek. To wszystko zależy od tego, kto akurat jest na topie i wymyśla te pseudomotywujące sentencje. Rany boskie. Gorszych głupot to już nie ma. „Żeby mnie ściągnąć w dół, musisz najpierw mnie dogonić”. WTF?

Dlatego pozdrawiam bardzo serdecznie, róbmy swoje. Internet to iluzja, nie musisz się dołować idealnym życiem innych ludzi. Każdy ma jakieś ryski i wady. Tylko nie wszyscy je pokazują. Kiedy moja przyjaciółka ostatnio bardzo się denerwowała przed ostatnim etapem rozmowy o pracę z mega szyszką, bossem, prezesem, bardzo ważnym VIPem, szefem wszystkich szefów, to sobie zażartowałam, że na pewno śmierdzą mu stopy. Podziałało. Przestał być pół-Bogiem, wróciła mu ludzka postać. Tak sobie czasami myśl, jak ta perfekcja wyjdzie Ci uszami. Na pewno też jesteś w stanie z setki zdjęć, momentów, zachowań wybrać takie, które jest doskonałe. Howgh!

Zdjęcie: źródło

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl