Od 18 lat jestem w związku. Napisałam już chyba wszystko, co się da w tym temacie, o tym, co ważne, jak to zrobić, żeby się kochać i nie mieć w domu wroga publicznego nr 1. Ale z tych wszystkich rzeczy, które dla mnie są ważne, najważniejsze jest jedno. Trzeba grać do jednej bramki.

Nie wiem jak to opisać, bo aż serce mnie boli, kiedy widzę i słyszę, jak sobie ludzie absolutnie z tym nie radzą. Jak nie potrafią się dogadać, bo tak bardzo patrzą w zupełnie innym kierunku, że znalezienie jednego frontu staje się niemożliwe. I chyba na to kazałabym każdej przyszłej pannie młodej zwracać największą uwagę. Bo wiadomo, związek się ciągle zmienia, ukochana osoba często potrafi się, nawet mimowolnie, dopasować do tej drugiej, ale są pewne wartości, przyzwyczajenia, marzenia i plany, z których dla nikogo nie da się zrezygnować. Jeśli poślubisz domatora, masz opcję wybywania w świat solo, ale tylko do momentu, do którego tej drugiej osobie będzie to odpowiadało. Bo bardzo szybko może się okazać, że Twoje latanie do świecie to przecież dziura w budżecie, bo wtedy nie opiekujesz się dziećmi, bo wykorzystujesz urlop, bo w końcu nie siedzisz obok na sofie pogryzając czipsy i trzaskając kolejny odcinek You. Jeśli zwiążesz się z osobą, która ma w nosie porządek, nie licz na to, że będzie miała ochotę spędzać każdy weekend na lizaniu kątów, bo będzie jej to całkowicie obojętne, mało tego, może tego syfu w ogóle nie zauważać. I tak dalej. Kiedy mija pierwsze zauroczenie, wszystko potencjalnie może nam przeszkadzać.

To są w sumie bzdury, z jakimi pewnie da się żyć. Problemy zaczynają się wtedy, kiedy bliski Ci mężczyzna, ojciec Twoich dzieci, zaczyna mieć zupełnie inny pomysł na wychowanie dzieci, czego nie potraficie wypracować wspólnie. Nagle okazuje się, że Ty jesteś za medycyną, a on woli naturalne sposoby walki z chorobami, Ty uważasz, że klapsy to nie metoda, a on, że klaps to nie bicie i od czasu do czasu można. Ty chcesz, aby dziecko dobrze się uczyło, a on, żeby miało luz. Ty chcesz zasad i rutyny, on spontaniczności. Albo na odwrót.

Od 8 lat jestem matką. Napisałam już chyba wszystko, co się da w tym temacie, o tym, co ważne, jak to zrobić, żeby wychować i nie zwariować. Ale z tych wszystkich rzeczy, które dla mnie są ważne, najważniejsze jest jedno. Trzeba grać do jednej bramki.

Wspólny rodzicielski front to podstawa. A przecież różnice w podejściu do wychowania często stają się nie do przeskoczenia. W świecie rodziców codziennie czekają na nas rozmaite dylematy i decyzje, których podejmowanie może mieć kiepskie skutki. Strasznie trudno zostać z tym wszystkim solo. Albo, co gorsza, nie tylko mocować się z przeszkodami, które zastawia na nas życie, ale i z bliską Ci osobą.

Jestem w domu złym policjantem, o czym już nieraz pisałam, ale tematy, w których ja mówię nie, a ojciec moich dzieci chętnie daje przyzwolenie, są w sumie błache. W ważnych kwestiach dotyczących dzieci, naszej rodziny, związku i życia w ogóle, mamy wspólny front. Jasne, czasami wymaga to czasu, aby odnaleźć nitkę porozumienia, musimy niektóre kwestie przepracować, przegadać i wypróbować, zanim podejmiemy ostateczne decyzje, ale w oczach naszych dzieci są one spójne. Czyli nie ma sensu próbować ugrać czegoś z mamą, jeśli tata powiedział nie. Wiem, że kiedy ja wyjeżdżam i to on zostaje z dziećmi, reguły się nie zmieniają. Dzięki temu nie przeżywam katuszy po powrocie, bo rozpieszczone dzieci moje zasady mają w nosie i jeszcze w złości wykrzyczą, że z tatą to jest lepiej, bo tata pozwala.

To samo tyczy się dalszych osób, które mają kontakt z naszymi dziećmi, czyli dziadków. Wiem, że na tym świecie jest mnóstwo matek, które teraz są babciami i po prostu ZAPOMNIAŁY sobie, jak to było. Nie potrafią przyznać się do wielu błędów, które same popełniły. Szczególnie w przypadku, kiedy ich dorosłe dzieci wyrosły na fajnych ludzi. Biorą sobie wszystkie zasługi na siebie, choć przecież trudno uważać, że to, jakim dzisiaj jest człowiekiem 50 latek, to zasługa mamy, która karmiła go piersią i została z nim w domu przez pierwsze 3 lata życia.

Nie potrafią zauważyć, że czasy się zmieniły. Jasne, może nie miały bajek na zawołanie, suszarki do ubrań i odkurzacza, który sam ogarnia podłogi. Nie miały jednak presji. Dzieci po prostu były, gdzieś obok życia, pracy, domu, dalszej rodziny. Nie robiło się z wychowania większego halo i nikt matkom nie mówił, jak mają spać, karmić, wyglądać, sprzątać, kroić, mówić, tulić, żeby było dobrze. To po prostu samo jakoś się działo, w jednych domach lepiej, w innych gorzej.

W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które sobie nie pomagają (M. Albright). I jestem pewna, że szybko wypełnia się babciami i teściowymi, które zamiast grać do jednej bramki, podważają wszystko to, co mówią rodzice dzieci. To te babcie, które za plecami karmią dzieci toną słodyczy, choć mama prosi, żeby jednak nie. To te teściowe, które krytykują na każdym kroku, również w obecności dzieci. To te, które nie potrafią dać szansy młodym na własne próby i błędy, bo zawsze jest „w moich czasach”. To te, które otwarcie ignorują, krytykują, męczą. Nie grają do jednej bramki, a przecież wszyscy chcemy jednego – dobra dzieci. I naprawdę ostatnie, co jest rodzicowi potrzebne, to wieczne wytykanie błędów i zmuszanie do dreptania wydeptanymi 30 lat temu ścieżkami.

Trzeba próbować wygrać ten najtrudniejszy w życiu mecz. Nawet jeśli okaże się, że potrzebne jest zatrudnienie dobrego trenera i jeszcze bardziej intensywne rozmowy szatni. Na boisku rodzicielstwa trzeba grać do jednej bramki.

Photo by Bao Truong on Unsplash

    • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
    • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
    • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
    • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
    • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl