Nadeszły naprawdę bardzo ciekawe czasy. Normalnie boki zrywać, a to przecież dopiero początek.

Weźmy na przykład taką wyprawę do sklepu. U mnie w domu to mnie najmniej szkoda, więc to ja zwykle mam ten zaszczyt chodzenia na zakupy. Rany Julek! Jak tylko zaparkuję pod sklepem, od razu mam wrażenie, że wszyscy naokoło są podejrzani, na bank nie myją rąk i nie trzymają kwarantanny, pewnie grillują nietoperze w ogródku. Nie wiadomo skąd, ale zaczyna mi się ciężko oddychać, jakby w płucach natychmiast coś zaczyna świszczeć, czuję się lekko chora, słaba. I taka schorowana wchodzę, z duszą na ramieniu, do sklepu. 

Jak tylko przekroczę próg, natychmiast wszystko zaczyna mnie swędzieć. Oczy, nos, uszy, włosy i łydki nawet. Drapię się tymi lateksowymi rękawiczkami po masce jak jakaś kretynka. Przemykam cichaczem pomiędzy półkami, pakuję trochę na oślep najpotrzebniejszy makaron, olej, papier, byle szybciej. Mam wizje, że każdy człowiek niebezpiecznie się do mnie przybliża, w myślach obliczam dystans. Nie ma 1,5 metra, krok do przodu, za blisko, pół kroku do tyłu. I tak sobie tańcuję w kolejce, z nóżki na nóżkę, raz do przodu, raz do tyłu, w zależności jak się kolejka ustawi.

I właśnie wtedy, niezależnie od pory dnia, zawsze chce mi się kaszleć i kichać! Siłą się powstrzymuję, robię się fioletowa, jeszcze gorsze w płucach świsty, no jak nic złapałam to gówno! Zaczyna mnie oblewać zimny pot, do świstów dołączają hercklekoty, w myślach żegnam się z familią, w testamencie czule ujmuję spadkobierców wszystkich nagromadzonych rolek i żelu do dezynfekcji.

Kiedy tylko ledwo żywa wrócę z tej karkołomnej misji do domu i zaczynam szorować ręce, od razu mam wrażenie, że strasznie brudne, no aż kapią! Dopiero po chwili orientuję się, że przecież byłam w rękawiczkach. Bosze. Jeszcze parę tygodni i dobrowolnie sama odwiozę się do Tworek leczyć z nerwicy natręctw.

Nagle w całym kraju zaroiło się od entuzjastów sportu. W mojej podkrakowskiej wsi w normalnym świecie psa z kulawą nogą nie uświadczysz na spacerze. O żadnej porze roku, czy upał, czy śnieg, nikogusio. Ale teraz okazuje się, że w każdym domu mieszka pies. Nie powiem, niektóre czworonogi bardzo zdziwione, ze smyczą nie obyte, idą jakby na skazanie na ten pożyczany spacer, na którym nie bywają często, a jak już to pan bywa inny.

Od dwóch mniej więcej tygodni na mojej wsi wszyscy wylegli z domów. Każdy odkurzył zardzewiały rower, od 1989 roku robiący w garażu za stojak pod choinkę, pożyczył od siostry kuzynki szwagra kije, obejrzał na youtubie motywujący do biegania filmik i ruszył w teren. Łąki i pola zaroiły się od rowerzystów, miłośników długich spacerów i koneserów zachodów słońca. Ma to jeden plus. Poznałam w końcu hibernujących od wielu lat sąsiadów, nawet oni wylegli, bo przecież jak nie wolno, to wręcz trzeba! Nie będzie nikt im zakazami zażywania świeżego powietrza pluł w twarz! Kary? Jakie kary! Na rowerze można przecież jechać na zakupy, a biegać z psem po to, żeby z tego strachu szybciej dobiec do domu, panie władzo. Można? Można! Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie wprowadzać ruch wahadłowy, żeby można było nasze wiejskie końskie kupy i kałuże ominąć suchą nogą. 

Okazało się również, że marzenie, aby weekend trwał wiecznie, wcale nie jest takie różowe w realizacji. Siedzimy w domu, lodówka pełna, rodzina obok. No żyć po prostu nie umierać! Tyle czasu, tyle możliwości! Można podróżować między Los Łazienkos, a Costa del Kuchnias w nieskończoność właściwie. Można łazić cały dzień w piżamie, nie trzeba wymyślać wymówek, dlaczego nie wpadniemy do teściowej na kawę. W tej jakże sprzyjającej atmosferze, idąc przykładem specjalistów z soszjal midjów, pragniemy uwierzyć, że w końcu wykorzystamy tę szansę od losu i staniemy się zajebiści. To jest ten czas! Nadrobimy zaległości w czytaniu, zrobimy porządek we wszystkich szafach, nauczymy się japońskiego, wstąpimy do Choda gangu robiąc formę na czas, kiedy w końcu nas na wolność wypuszczą, zajmiemy się rękodziełem, ceramiką i wypiekiem chleba. Zaczynamy od prostego kroku odwalenia się jak stróż w Boże Ciało po to tylko, żeby wyjść wywalić butelki, byle cicho, żeby sąsiad nie usłyszał, że zapas wina na dwa tygodnie wypiliśmy w dwa dni. 

Prawda jest jednak taka, że zalegamy na kanapie przed tefałką, z pudełkiem lodów w jednej, a kabanosem w drugiej ręce. Za trening robi gimnastyka umysłowa. W wielu polskich domach musiano sobie w ostatnich dniach przypomnieć ułamki, rozmnażanie pantofelka i flagę Kamerunu. Nie szło 20 lat temu, nie idzie do dziś, pechuńcio. A jeszcze patrzą na Ciebie małe oczy i jak w końcu rozgryziesz wszystkie prawe dopływy Wisły, mówi to to “Pani nas inaczej uczy”. Szlag. Czy już gdzieś na świecie jest po 13tej? Można już winko na skołatane belferskie nerwy? 

Moje marzenie życia w ciekawych czasach się spełniło. Już jest wesoło, a gdzie tam do czerwca! 

Photo by Erik Mclean on Unsplash



Written by calareszta.pl