Jak wygląda podróżowanie w erze covid? No cóż, całkiem niedawno wydawało mi się, że nie wygląda wcale. To znaczy jak gdzieś jechać, skoro nawet do galerii nie można pójść, dzieciaki nie chodzą do szkoły, wyciągi nie działają, a szczepionka jest chwilowo dla zwykłego zjadacza chleba niedostępna? No jak?

Zaczęłam jednak przyglądać się kilku bliskim i dalszym osobom, które odważyły się na wyściubienie nosa poza Las Sofas i Playa de la Kwadrat we własnym domu i poleciały w świat, z założeniem, że może to być nawet bezpieczniejsze niż pójście do Biedry. W końcu już mieliśmy covid, sytuacja się nie zmienia, zapewne czeka nas dalsze kiblowanie w domu z dziećmi na zdalnej, ferii nie chcieliśmy spędzić w domu. To oczywiście miało być zupełnie inaczej, mieliśmy szusować po puchu w Alpach i pić gorące bombardino pomiędzy szlakami. Pijemy zimne wino w hiszpańskim słońcu. Bo taki to właśnie jest teraz czas. Bierzesz co dają i nie marudzisz.

Mój stary za nic nie chciał się zgodzić na żadne wojaże. A bo po co, a bo pewnie wszystko pozamykane, a ryzyko, a kwarantanna, a drogo, a czekajmy na otwarcie stoków. No ale jak w końcu się zorientował, że mnie zależy tak bardzo, że nie zrezygnuję i gotowa byłam polecieć bez niego, ustąpił. Przekonała go tez coraz gorsza kupa za oknem w domu boleśnie kontrastująca z wizją surfingu w Hiszpanii.

Gdzie?

Po długich namysłach wybraliśmy Europę i miejsce, w którym żadne z nas jeszcze nie było, czyli Wyspy Kanaryjskie. Na naszą decyzję miała też wpływ relacja kuzynki, która na Fuercie była w listopadzie. Zachęciły nas puste plaże, pyszne jedzenie, ciekawy krajobraz, ocean, w którym można surfować i dużo atrakcji. Wyspa jest idealna, aby połączyć zwiedzanie z leżakowaniem i plażingiem, jest po prostu malusia, można ją spokojnie objechać w tydzień. Moja kuzynka spisała fajny plan zwiedzania na 7 dni, można się zainspirować https://gadulec.me/fuerteventura-co-zobaczyc-gotowy-plan-na-7-dni/ Wynajęliśmy też spore auto, za wynajem na 8 dni zapłaciliśmy 850 zł (https://www.autoreisen.com/).

Nie chcieliśmy lecieć zbyt daleko, bo decyzje wszystkich rządów są totalnie nieprzewidywalne i nagłe, baliśmy się utknąć 3 loty drogi od domu, tak odpadł Meksyk (poza tym już tam byliśmy). Nie chcieliśmy też lecieć do miejsc, w których już byliśmy, odpadła więc Turcja i Dubaj. Nie chcieliśmy też lecieć do Egiptu, bo nie dość, że byliśmy tam już trzy razy, to jeszcze nie poleciałabym tam w dobie pandemii, kiedy higiena jest podstawą. W Egipcie jest po prostu inna kultura, nawet w pięciogwiazdkowych hotelach bywa brudnawo. To dlatego postawiliśmy raczej na europejskie standardy. Nie chcieliśmy też lecieć na mega luksusowe wakacje, bo jednak wszędzie są jakieś obostrzenia i bez sensem wydawało nam się wydawanie kosmicznych pieniędzy, żeby potem na miejscu okazało się, że z atrakcji dostępny jest tylko jakiś nikły procent.

Jak?

Powiem szczerze, że nie miałam ochoty na robienie czegokolwiek na własną rękę. Poprzedni rok mnie przeczołgał swoją skomplikowaną naturą i chciałam czegoś totalnie bezstresowego. Niech ktoś poda gotowe rozwiązanie, napisze gdzie mam przybyć i co podpisać, a ja tylko zapłacę. Pierwszy raz od wielu, wielu lat skorzystaliśmy z biura podróży. Padło ponownie na polecenie i TUI, z którym kiedyś byliśmy w Austrii na desce. Zajęli się nami kompleksowo. Od poszukiwania najlepszego hotelu i terminu lotu, przez informacje i zniżki na testy, po wysłanie wszystkich informacji dotyczących tematu podróżowanie w erze covid. Cały czas byliśmy na bieżąco o wszystkim informowani. Wiedziałam też, że w razie w nic na tym nie stracimy. Od początku braliśmy pod uwagę to, że wyjazd z jakiegoś powodu się nie odbędzie, więc braliśmy to pod uwagę. Ale nie chcieliśmy być na tym finansowo stratni, wybraliśmy więc biuro, które zapewniało nas o zwrotach. Nawet gdyby jednej osobie test wyszedł pozytywny, mogliśmy wyjazd odwołać. No i koronny argument: gdy z jakiegoś powodu zdarzyło nam się gdzieś „utknąć”, biuro podróży ma obowiązek ściągnąć nas do kraju. Dla mnie to była mega ulga. Nie miałam siły na użeranie się z nikim. Odbyło się bez żadnych problemów.

Testy.

Testy w przypadku Hiszpanii ważne są 72 godziny od momentu pobrania, do momentu przekroczenia kontroli paszportowej w Hiszpanii. Nikt nie pyta, czy niedawno miałeś covid, bo jak wiadomo, można zachorować ponownie. Testy robione kilka tygodni temu też ich nie interesują. No i przede wszystkim – musi to być wymaz, test PCR, nie antygeny czy cokolwiek innego. Można zrobić je w dowolnym laboratorium, Hiszpania nie narzuca tego gdzie test ma być zrobiony. Wynik ma jednak być w języku angielskim, co w sumie jest oczywiste. My testy robiliśmy w alabie, kosztowały 275 zł za osobę i wynik w języku angielskim dostępny był on line w 24 godziny. Wynik testu muszą również pokazać dzieci powyżej 6 roku życia. Test nie należy do przyjemnych, do nosa wkładany jest patyczek, dość głęboko, automatycznie powoduje łzawienie. No ale mus to mus. Moje dzieci test przeszły lepiej niż jakiekolwiek badanie krwi, tak więc nie ma się chyba czego bać.

Test to trochę taki pic na wodę, bo wiadomo, że w drodze do domu po wymazie możesz stanąć na szybkie zakupy i w monopolowym nakicha na Ciebie Pan Stasiu, który maseczkę ma na brodzie i od niego zarazisz się covidkiem zanim jeszcze w ogóle zobaczysz wynik testu.

Dla nas konieczność wykonania testów była kolejnym argumentem, aby wybrać sprawdzone biuro, które zakłada taką ewentualność. Polityka Tui w przypadku naszego wyjazdu była taka, że oddawali 100% kosztów wycieczki, można było przebookować na inny termin albo otrzymać voucher na podróż w innym terminie. To samo tyczyło się kwarantanny, bo przecież wiadomo, że nie wszyscy pracują z domu i po powrocie mogą siedzieć w domu. Od momentu, kiedy ogłoszono kwarantannę, mogliśmy zrezygnować z wyjazdu bez dodatkowych kosztów.

Tak więc mimo tego, że podjęliśmy duże ryzyko, bo ozdrowieńcom (czyli osobom, takim jak my, które wcześniej przeszły covid) bardzo często testy wychodzą pozytywne miesiącami po zakończeniu choroby, opłacało się, wszystkie testy były negatywne.

Test musieliśmy pokazać na lotnisku w Polsce. W Hiszpanii wymagano od nas tylko kodu QR, który otrzymuje się na maila po wypełnieniu formularza FCS na stronie: https://spth.gob.es/

Wszędzie gdzie byliśmy, przestrzegano dystansu, dezynfekcji rąk i maseczek. Lot odbył się bez żadnych problemów.

Na miejscu.

Mamy wrażenie, że wszędzie jest dość pusto. Oczywiście jest tu środek zimy, więc pewnie przed covidem też o tej porze nie ma dzikich tłumów. Obłożenie hotelu to dla mnie około 30% możliwości. Wszyscy przestrzegają noszenia masek, od ogrodnika do kelnerki przypominają o dezynfekcji rąk, utrzymywaniu dystansu i nieszczęsnych maskach. W restauracji stoliki są rozstawione, jest kilka miejsc z płynami do dezynfekcji i cały czas we wspólnej przestrzeni trzeba mieć maskę. Czujemy się bezpiecznie, bo podróżowanie w erze covid może być bezpieczne. W codziennym życiu bardziej ryzykujemy chodząc na zakupy, czy puszczając dzieci na zajęcia dodatkowe z dwudziestką innych dzieci.

Kwarantanna.

Aktualnie według przepisów po powrocie do Polski transportem zbiorowym czeka nas 10 dni kwarantanny. Ponieważ i tak nigdzie nie można iść, oboje pracujemy z domu, a dzieci po powrocie mają jeszcze całe 7 dni ferii, kwarantanna nas nie przeraziła. Będzie to będzie. W Rozporządzeniu Rady Ministrów z dn. 21.12.2020 ws. ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii, w rozdziale 2, § 3, punkt 2, podpunkt 5 jest mowa o tym, że obowiązek kwarantanny nie obowiązuje uczniów pobierających naukę w RP i ich opiekunów, którzy przekraczają granicę wraz z uczniami w celu umożliwienia tej nauki.

Tak więc jest możliwość „obejścia” rozporządzenia na tak zwanego „ucznia”. Rozporządzenie jest wydane przez Radę Ministrów, a nie Straż Graniczną, tak więc rzecznik, czy funkcjonariusz Straży Granicznej może mówić co chce, ale ten przepis o uczniach i ich opiekunach jest bardzo prosty i nie wymaga interpretacji. Jesteś uczniem w Polsce (studentem zresztą też na podstawie innego przepisu tego samego rozporządzenia) to nie podlegasz kwarantannie. Przepis nie odnosi się w ogóle do przyczyn powrotu do Polski. Kwarantanna nie obejmuje też opiekunów, którzy przekraczają granice z dziećmi „w celu umożliwienia tej nauki” – każdy rodzic spełnia tą definicję. Ale wiadomo, tyle w teorii, w praktyce może być zupełnie inaczej. Podróżowanie w erze covid to jeszcze więcej absurdów niż zwykle!

W teorii ozdrowieńcy, czyli osoby, które przeszły covid też nie podlegają kwarantannie. Muszą oczywiście chorobę udokumentować. Ale to też wiadomo, teoria, można trafić na kogoś, kto będzie zawziętym służbistą, interpretującym przepisy po swojemu. Zobaczymy w niedzielę jak to będzie wyglądało.

Czy warto?

Podsumowując, mam jeden wniosek, w sumie taki na życie całe. Jak się chce, to się znajdzie sposób. Podróżowanie w erze covid jest możliwe i jest nadal fascynujące i przyjemne. Mnie już bardzo potrzebne było myślenie o czymś innym, wyjście z domu, jakaś pozytywna, ekscytująca przygoda, przerwa w marazmie, w którym tkwiliśmy od miesięcy. Odpoczywam od negatywnych myśli i dobrze się bawię. Możliwe, że myślałabym zupełnie inaczej, gdybym nie przeszła covida, ale jesteśmy tu ze znajomymi, którzy jeszcze nie byli chorzy i oni myślą podobnie. Życie naprawdę da się wyciskać jak cytrynę i z tych cytryn próbować zrobić coś, co przypomina lemoniadę. No i chyba dla tych uśmiechów, przewietrzenia głowy, zmiany planszy i prawdziwej radości było warto.

Written by calareszta.pl