Nic tak kobiety nie denerwuje jak wszystko!

Miarka ewidentnie się przebrała. Przesilenie pandemiczno wiosenne rozkręciło się na maksa. I nie wiem nawet od czego zacząć, bo nic tak kobiety nie denerwuje jak wszystko.

Jedziesz sobie na przykład na taki weekend z koleżankami. Ojciec, głowa rodziny, zostaje na posterunku. Prosisz delikatnie, żeby może coś naprawił, coś wyrzucił, zadanie domowe przypilnował. Niedługa ta lista, ze 2-3 punkty. Wracasz. Nie dość, że w chałupie syf, kiła i mogiła, pranie wyłazi z kosza na brudy, wszystko z lodówki wyżarte, to dzieciak nawet nie pamięta z jakiego przedmiotu to zadanie. Kolejnym razem nawet dobrze się nie żegnasz i przez pół weekendu nastawiasz się na odgruzowanie chałupy. A tymczasem wracasz, w chałupie błysk, w koszu na brudy pierwszy raz od niepamiętnych czasów widzisz dno, dzieci spakowane do szkoły leżą grzecznie w łóżeczkach, a stary podaje kolację na gorąco. A i jeszcze mówi, że pomalował ścianę w sypialni, bo jakaś brudnawa była, to odświeżył. Niby się cieszysz, niby się uśmiechasz, ale z drugiej strony od razu się wściekasz, bo jak prosiłaś, to dupa, a teraz z własnej tak woli nieprzymuszonej? Gdzie jest haczyk? I siedzisz tak przy tej kolacji i się po cichutku gotujesz w środku, bo nic tak kobiety nie denerwuje, jak wszystko.

A bombelki? Kładziesz do głowy dzień w dzień reguły, zasady, jakieś zwroty grzecznościowe, zachowanie przy stole, żeby ręcami nie jeść, żeby podziękować, talerzyk odnieść. Ale gdzież tam, szoguny udają, że nie słyszą, olewają jak mogą, w nosie mają, a Ty jak ta katarynka na okrągło, codziennie to samo. Aż pewnego dnia Twoje dziecko idzie w gości na nocowanie, matka kolegi dzwoni, odbierasz ze strachem, czy czasem domu kolegi z dymem nie puściło, a może sąsiadów zalało, ale nie, kobitka przez 15 minut zachwala Twoje dziecię, że jakie to ułożone, jakie grzeczne, jaki dobry wpływ ma, nawet lekturę czytało koledze do snu i gary do zmywarki włożyło. No wspaniale, cieszysz się, że coś w tej głowie zostało, duma Cię rozpiera. Dziecko wraca, chwalisz, dziękujesz, podziwiasz. Po kolacji prosisz, żeby pomogło naczynia odnieść, skoro masz namacalny dowód, że umie i dwóch lewych rąk nie ma. Twoje dziecko patrzy na Ciebie jak na ufoludka, po czym pyta Cię GDZIE jest zmywarka i czy w ogóle mamy w domu zmywarkę? Czar pryska, ręce opadają, może chociaż lekturę poczyta? A skąd. Lektura się zgubiła. Pewnie została u tego kolegi, co to mu do snu czytał. Miałaś dziś na spokojnie, ale nie da się, bo nic tak kobiety nie denerwuje, jak wszystko.

A pandemia? Siedzieć w domu, no to siedzimy. Ale jak siedzieć, jak trzeba zakupy przynajmniej ogarnąć. I niby fajnie tak sobie wyjść z domu, relaks w Lidlobiedrze, prawie jak all inclusive, można niespiesznie wybierać równe marchewki, żeby się odrobinę zrelaksować i żeby żadne mamooo nas nie dosięgało. Ale jak już stoisz w kolejce do kasy, to od razu sobie myślisz, że niby dlaczego to Ty jeździsz na te zakupy? Dlaczego to Ty życie narażasz? Czy to niby Ciebie najmniej szkoda? Ciekawe tylko jak by sobie bez Ciebie poradzili! Skarpetek cholera jasna do pary nie potrafią znaleźć bez Twojej pomocy! Niby fajnie, miał być zen i spokój, ale czemu to Ty jesteś pożywką dla wirusów, chorób i zła wszelkiego? Ech. Wracasz do domu podkurwiona.

Weźmy na przykład takiego starego. W końcu wybrał się na zakupy, niech i on życie swoje ryzykuje pomiędzy tłumem zarazków! Przynosi, dumny, co najmniej jakby z polowania wrócił z dzikiem przewieszonym przez ramię, a tu tylko dwie pełne siaty. W końcu myślisz sobie, że ufff, może się uda zakupy outsourcować i go czasami wygnać. Wyciągasz z siat po kolei wiktuały i masz wrażenie, że chłop robił zakupy na wieczór z kolegami, bo jest i piwko i chipsy, ale normalnego jedzenia, którym da się wykarmić rodzinę, niewiele. Pisałaś buraki, bo miał być barszcz. Kupił ćwikłę w słoiku. Pisałaś dobra szynka, kupił suchą kiełbasę. Pisałaś makaron do zupy, kupił lasagne. I teraz nie wiadomo, sam potnie na nitki, czy będzie skręcał świderki? Na kolację miały być wrapy, ale nie mógł znaleźć tortilli, więc nie kupił. Nic innego na kolację nie kupił. Jesusku, jak żyć. Ale nie rozumie oburzenia, był na zakupach? No był. Więc o co Ci babo chodzi? Nie wiesz gdzie zacząć, bo nic tak kobiety nie denerwuje, jak wszystko.

Afirmujesz sobie, że życie takie fajne, ludzie dobrzy, humor dopisuje. Cieszysz się na wolny weekend, grylka, słoneczko, w końcu wiosna. Słoneczko to i wyszło, ale od razu Ci się przypomniało, że jak słoneczko, to trzeba pościel wyprać, bo cholera wie, kiedy znowu będzie ładny dzień. L dupa zbita z wolnego weekendu, bo jak już pościel, to i poduszki i koce. Jak to wszystko powyciągasz, to od razu widzisz, że porządki w pawlaczu trzeba zrobić, bo się kotłują stare ręczniki z nowymi i komplety pościeli bez kompletu. Jak tu się cieszyć z życia??? Kolejny weekend trzeba spisać na straty.

Z tą myślą ruszasz do lodówki, żeby jakoś się pocieszyć, może kubełek lodów, czy inny kabanosek wywoła odrobinę uśmiechu. I wtedy właśnie sobie przypominasz, że przecież na ostatnich zakupach kupiłaś tylko naturalne jogurty 0%, marchewki i szpinak, bo do sezonu bikini tylko 3 miesiące i musisz się odchudzać. Aaaaaaaaaaaaaaaaa, ratunku! Czy tylko mnie się wydaje, że nic tak kobiety nie denerwuje jak wszystko?

Zdjęcie OSPAN ALI on Unsplash