Kumpelka podesłała nowe miejsce na kulinarnej mapie naszego miasta. Czytam opis: „Lokal został otworzony z myślą o sąsiadach, dobrym winie i kawie, spontanicznych spotkaniach, wolnych sobotnich śniadaniach oraz chęci ożywienia życia towarzyskiego i kulturalnego w swojej dzielnicy”. Hahahahahahahahaha. Czyli nie dla mnie. Bo ja, od 8 mniej więcej lat, NIE WIEM co to są spontaniczne spotkania i wolne sobotnie śniadania.

Nawet nie próbuję sobie przypomnieć, bo w tym miejscu mam złogi z kaszki i sudocremu. Pojęcie leniwej soboty i spontanicznych spotkań jest dla mnie równie abstrakcyjne co wygrana w Totka. Że niby tak można, ludzie TO robią? Na legalu?

Przy dzieciach to ja sobie spontanicznie mogę zrobić kolejne pranie, bo ładna pogoda akurat jest. Mogę sobie też spontanicznie usnąć w opakowanku, jak mnie w trakcie usypiania dzieci zmorzy sen.

Jak masz dzieci KAŻDA wyprawa jest Ci doskonale znana i dokładnie zaplanowana, nie ma spontanicznych wypadów. Nawet do sklepu sobie nie wyskoczysz bez mokrych chusteczek, wózeczka, laluni i cumelka, bo wiadomo: każdy wypad z domu z maluszkiem to potencjalnie mała bitwa. Możesz ponieść klęskę. Ze starszymi dziećmi trzeba liczyć jeszcze jakieś rozrywki pod ręką i ubranie na zmianę, bo kiedy tylko zamkniesz drzwi domu, czyhają na nie rozmaite zasadzki, a to błoto, które nawet podstępnie może wylądować na włosach, a to owoce, które plamią nowe ciuchy, a to woda, która rozlewa się od stóp do głów. Z jeszcze starszymi trzeba się liczyć na przygotowanie psychiczne do odpowiedzi na pytania zawsze zadawane przy kasie: mamo, co to są truskawkowe kondomy?

A już spróbuj się wyrwać z domu bez dzieci. Przecież od dawna wiadomo, że dzieci mają radar i jak tylko coś zaplanujesz, z trzymiesięcznym wyprzedzeniem nianię lub dziadków zamówisz, mleko ściągniesz, nagotujesz, zarezerwujesz, to przecież wiadomo, że dziecko dostanie trzy minuty przed Twoim wyjściem biegunki, gorączki, wysypki i wymiotów. To jest absolutnie pewne.

Normalny człowiek w tygodniu idzie sobie do roboty. Wiadomka, możesz mieć szefa debila i bandę kretynów za współpracowników. Możesz w końcu robić coś, co totalnie Cię nie podnieca, nie cieszy, nawet nie bawi. Możesz mieć kontakt z roszczeniowymi klientami. Ale w przypadku klientów możesz (chociaż czasami) potraktować ich tak, jakby ta robota była dla Ciebie karą za grzechy i balangi na studiach i chociaż tak dać upust swojej frustracji. Szefowi możesz na fajce obrobić konkretnie dupę, a jak bardzo Ci się nie chce, to według prawa możesz sobie nawet nie przyjść do roboty i nie podawać przyczyny dlaczego akurat dziś Ci się nie chce nikomu robić łaski. Na nudnych spotkaniach ogarniesz sobie zakupy on line, a przez cały dzień w biurze wyczytasz wszystkie plotkarskie serwisy i już wiesz jaka jest geneza znajomości Adele z Kinią i czemu w tej historii papcie grają taką ważną rolę.

Spróbuj olewać robotę w domu. Nie ma urlopu na żądanie. Dziecka nie dasz na hold, żeby sobie w tym czasie kawkę gorącą wypić, nie powiesz mu, żeby zadzwoniło za godzinę, bo Ci system padł. Plotkowanie z kumpelkami zamienisz na zachwalanie tościka pokrojonego w gwiazdeczki. Cały dzień nie siadasz, choć nie potrafisz wymienić, co tak właściwie robisz, bo w domu i tak jest burdel, stosy prania, nie ma nic do jedzenia, a dziecko wydaje Ci się małym terrorystą, a nie słodkim maluszkiem.

Wakacje, czyli dla bezdzietnego człowieka czas wylegiwania się na leżaku, zwlekania się do knajpy na żarcie, w godzinach mocno nieregularnych, czytanie książek dotąd, dopóki nie zabolą boki, a w końcu wyprawy w nieznane.

Natomiast wakacje dla rodziców to najpierw pakowanie całego domu, bo przecież jak sama jedziesz, to się w podręczny zmieścisz, co Ci potrzeba oprócz kilku sukienek, ładowarki i książki? Dzieciom potrzeba WSZYSTKIEGO. Pogoda lubi być zmienna, więc musisz mieć i strój kąpielowy i kurtkę i czapkę, żeby czasem nie zawiało. Musisz mieć poncho od deszczu, ulubiony kocyk, bez którego nie zaśnie, kremiki od wiatru, od słońca, po słońcu, leki pierwszej potrzeby, kółko dmuchane. Dziecku samych butów potrzeba pięć par, bo przecież musisz mieć kalosze, sandałki, klapki na basen, buty sportowe, pantofle!!! Pakujesz to mienie przesiedleńcze gdzie się da, upychasz nawet na dachu, a i tak się na miejscu okazuje, że nie masz wiaderka i foremek! Jak już się spakujesz, jedziesz nadal gonić za dziećmi, tylko za grubą kasę i pod inną szerokością geograficzną. Wracasz bez sił, cierpliwości i pieniędzy, po urlopie!

Na życie kulturalne i towarzyskie to akurat przy dzieciach nie mogę narzekać. Wystarczy sobie na plac zabaw wyskoczyć i od razu wiem, kto się na dzielni puszcza, rozwodzi, wozi wypasionymi furami i karmi parówkami. Wiem też co i gdzie mam jeść, oglądać i czytać, żeby być super eko matką 2020. Mam szczęście, że inne matki są takie ogarnięte i chętnie się dzielą wiedzą! Ile czasu mogę zaoszczędzić!

Jeśli już mowa o tych powolnych sobotnich śniadaniach, weekend to dla bezdzietnego człowieka czas powolnego leczenia kaca i zastanawiania się, czy lepsze dziś kino, gnicie w wyrze do 17, pląsy na mieście, czy domówka. Dla rodziców weekend to jak druga praca, tylko cięższa. Wstajesz o świcie i od rana szef stawia wymagania. Rysuj, maluj, na basen zabierz, jeść daj, czytaj, bajkę puść, rozstrzygaj spory. Jak już się dorwiesz do pilota, to tylko i wyłącznie po to, żeby ewentualanie sprawdzić, czy na topie nadal Świnka Peppa czy może już Psi Patrol.

Nie wiem do końca co mi się nie podobało w tych wolnych sobotnich śniadaniach i spontaniczych spotkaniach. Ktoś pamięta??? Czy ktoś tu pamięta luksus powolnego sobotniego śniadania na mieście? Ja też nie. 😊

Photo by Thought Catalog on Unsplash

    • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
    • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
    • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
    • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
    • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl