Szkoła w Australii.

Kiedy zaczynałam pisać ten post, miał być czysto informacyjny i odpowiadać na pytanie jak wygląda szkoła w Australii. Dostałam tyle pytań o edukację w Australii, że w końcu zdecydowałam się to opisać. Wiele z rzeczy, którymi jestem tutaj zachwycona, są banalnie proste, może kogoś skłoni to do przemyśleń. Pod koniec zrobi się mało ciekawie, ale ten blog był zawsze do bólu szczery i teraz nie mam zamiaru udawać, że jest dobrze, kiedy wcale tak nie jest. Zapraszam do lektury i do przemyśleń również.

Szkoła w Australii jest bezpłatna (państwowa, bo za prywatne trzeba słono zapłacić). Zachęca się rodziców do wniesienia dobrowolnej opłaty (w naszej szkole to było $60 za rok, czyli 180 złotych na dziecko), ale jest to absolutnie dowolne i za jej nie wniesienie nie ponosi się konsekwencji. Australijska szkoła również cierpi na niedofinansowanie. I próbuje sama sobie z tym problemem poradzić. W każdym semestrze odbywają się wydarzenia mające na celu zbiórkę kasy. Mieliśmy na przykład lapathon, czyli imprezę sportową dla dzieci. Dzieci miały za zadanie przejść lub przebiec jak największą ilość okrążeń (po angielsku „laps”, stąd nazwa) wokół szkolnego boiska. Rodzina, znajomi i przyjaciele mogą dziecko zasponsorować, deklarując, ile zapłacą za każde okrążenie, albo za sam udział w zabawie. Imprezy są na wesoło, są przebrania, są fanfary, jest muzyka. Zebraliśmy w ten dzień prawie 70 tysięcy złotych, co nawet tutaj jest dużą kwotą. W szkole był kiermasz książek, BBQ w markecie budowlanym, w którym ojcowie ze szkoły smażyli i sprzedawali hot-dogi, dzień pieczenia i tego typu imprezy. W ostatnim semestrze, tym najcieplejszym, mamy w szkole kemping. Boisko na jedną noc zamieni się w pole namiotowe. Będzie ognisko, będzie grill, będzie muzyka, będzie mnóstwo gier i zabaw. I będzie noc w namiocie, na terenie szkoły, z nauczycielami i kolegami z klasy. Nie muszę chyba dodawać, że dzieci liczą już dni do kempingu. Całkowity dochód z imprezy (ze sprzedaży miejsca pod namiot, jedzenia, picia, loterii) zasili konto szkoły.

IMG_9333 IMG_5529 IMG_5600 (1)

W klasie jest główny nauczyciel i nauczyciel wspomagający. W jednej z klas moich dzieci (chodzą do trzech różnych) jest dziecko lekko opóźnione w rozwoju i dla niego jest dodatkowa pomoc. Zachęca się również rodziców do pomagania. Codziennie w każdej klasie może być w godzinach od 8:50-10:40 dwóch rodziców (tzw. „parent helper”). Chodzę w każdym tygodniu do szkoły (w każdym tygodniu do innej klasy). Przyglądam się interakcjom dzieci, analizuję program, podpatruję co się dzieje. Moje dzieci to uwielbiają. Pomagam nauczycielowi w zaprowadzeniu dyscypliny, w rozkładaniu materiałów, w sprawdzaniu prac dzieci. Jest to idealna pomoc dla rodziców dzieci, które mają problemy w szkole. Można podpatrzeć co się dzieje i jak temu zapobiec. W końcu można się dowiedzieć, jak wyglądają zajęcia, klasa, koledzy i zbudować lepszą relację z dziećmi. Szkoła w ogóle zachęca rodziców do włączenia się aktywnie w życie szkoły, a możliwości pomocy są nieograniczone. Mąż był już kopać ogródek, robić grilla na śniadanie po apelu, rozkładać pachołki na wyścig, a ja nieraz piekłam ciastka na wywiadówkę, rozpylałam mgiełkę nad zgrzanymi biegaczami, czy też wzięłam do domu torbę prania ściereczek, którymi dzieci wycierają swoje prywatne tablice. Małe rzeczy, ale pomagają w utrzymaniu ogólnego porządku w szkole. Angażują się wszyscy, jak ktoś nie może, bo pracuje, wysyła dziadków. Tej pomocy towarzyszy głębokie przeświadczenie, że robimy to dla naszych dzieci. Nie po to, żeby się pokazać. I dzieci chyba najbardziej nas do tej pomocy mobilizują.

Zajęcia zawsze zaczynają i kończą się o tej samej porze. Jest to też duże ułatwienie dla rodziców. I pracodawców. Normalnym widokiem są ogłoszenia, w których jako czas pracy podaje się „godziny szkolne”, bo tutaj, w Australii, te godziny są podobne i zwykle oscylują pomiędzy 9 a 15.

Nauczyciele komunikują się z rodzicami werbalnie i za pomocą maila. Do bólu przypominają o wszystkim, co się właśnie ma wydarzyć. Z wyprzedzeniem i dzień wcześniej też przypominają, że trzeba coś przynieść, przebrać się, zrobić, że jest wycieczka i trzeba przyjść wcześniej. Nie ma szans sobie zapomnieć. W mailach zdarzają się też zdjęcia z aktualnych wydarzeń lub prac, które wykonują dzieci. Szkoła ma też swoją aplikację, na której wszystko się znajduje. Prawie raz w tygodniu wychodzi gazetka/newsletter wysyłany przez szkołę, w którym znajdują się wszystkie ważne informacje z poprzedniego tygodnia, z bieżącego tygodnia i nadchodzące wydarzenia.

Co dwa tygodnie w szkole jest apel, na którym jest cała szkoła, mogą też przyjść rodzice i dziadkowie. Prowadzi go za każdym razem inna klasa, która na ten dzień przygotowuje program. Program w większości jest na luzie, moja córka na swoim apelu miała się ubrać za super bohatera, a apel rozpoczął się od pokazu mody, w trakcie którego mali bohaterowie zaprezentowali całej szkole swoje przebrania do piosenki „Heroes”. Wolę swobodę niż klepanie patetycznych wierszyków, niezrozumiałych dla dzieci. Dzięki temu apel nie jest bolesnym przeżyciem, na którym umiera się z nudów. Na kolejnych apelach druga córka będzie trollem, a syn niedźwiedziem. Na każdym apelu odczytywane są nagrody (oprócz sportowych także “merit awards”) które zwykle otrzymuje po dwóch uczniów z każdej klasy. Świetne wyróżnienie, które nauczyciele przyznają dzieciom za rozmaite „zasługi”, wcale nie tylko za postępy w nauce. Jest to tylko dyplom, ale za to odbierany uroczyście. Na każdym apelu Pani dyrektor zabiera głos. I chwali. Albo sportowców, albo daną klasę, albo nauczyciela, albo rodziców, którzy pomogli. Apel jest zawsze hurra optymistyczny. Podobnie jak wszystkie inne ważne dni. Dzień Aborygena obchodzony był w szkole w tym roku artystycznie – dzieci uczyły się malować charakterystyczne dla tej kultury malowidła, które zostały wykonane na kawałkach drewna i teraz zdobią jedną z zewnętrznych ścian szkoły. Jedynym wyjątkiem był Anzac day (dzień pamięci żołnierzy, którzy zginęli pod Gallipoli, obchodzony w Australii i Nowej Zelandii 25 kwietnia). Tradycyjnie w całym kraju to święto rozpoczyna się od uroczystości o świcie. I w naszej szkole był apel o świcie, po ciemku, w ciszy. Mimo podniosłej atmosfery i rozdzierającej ciszę trąbki, dzieci głównie przemawiały własnymi słowami. Niejeden dorosły ocierał łzę wzruszenia, kiedy dziesięciolatek mówił „wyobraź sobie, że masz 17 lat, jesteś bardzo daleko od domu, od mamy i taty, od Australijskiego słońca i wstajesz o świcie walczyć o swój kraj”. Podoba mi się ten luz i interpretacja, nawet najtrudniejszych wydarzeń, na miarę wieku i czasów, w których żyjemy.

IMG_0636 IMG_6451

Szkoła podzielona jest na trzy różne grupy (tzw. “factions”) , które cały rok ze sobą rywalizują. Rywalizacja jest głównie sportowa, ale żetony można też dostać za bezinteresowną pomoc, za współpracę, za utrzymywanie porządku. Żetony rozdają nauczyciele, dyrekcja i administracja szkoły, a dzieci potem wrzucają je do urn oznaczonych swoim kolorem. Frakcja, która w danym tygodniu wygrywa, dostaje na dużej przerwie lody, które rozdaje Pani dyrektor. Każda frakcja ma swój kolor koszulki, którą można ubrać w każdy piątek i na każde wydarzenie sportowe. 

W szkole obowiązuje mundurek. Nie za bardzo podobał mi się ten pomysł, bo sama pamiętam, że fartucha nienawidziłam. Ale nasze uniformy tutaj w niczym nie przypominają fartucha. To koszulki polo, spodenki, spódniczki i dodatkowo sukienki dla dziewczynek. W całej Australii te uniformy są takie same, różnią się tylko kolorami i logo szkoły. Są dość drogie, ale w ostatecznym rozrachunku okazują się ogromną oszczędnością. Kupujemy o wiele mniej ubrań, mniej się pierze i pranie szkolnych rzeczy dzieci jest w jednym kolorze, a poza tym jaka ulga dla zszarganych nerwów, kiedy w domu ma się diwę, która majtki dopasowuje do koloru spinek. I tak codziennie rano, mały dramat modowy. A teraz? Kochanie, dziś do wyboru masz uniform albo… uniform. Nie przebiera się też butów, dzieci cały rok chodzą w obuwiu sportowym. Mundurek można zamówić przez Internet albo kupić, w otwartym dwa razy w miesiącu, sklepiku. 

Ciekawostką, która ogromnie mnie tutaj zdziwiła, jest fakt, że dzieci każdego roku miksuje się między klasami. To znaczy, że jak w pierwszym roku siądziesz koło Summer, to może się okazać, że w drugim to się już nie uda, bo Summer będzie już chodziła do innej klasy. W sumie nie do końca podobał mi się początkowo ten pomysł, bo bałam się, że dzieciom będzie przykro rozstawać się z kimś, z kim się zaprzyjaźniły. Możliwe, że tak będzie, ale są przerwy, jest czas po szkole, który spędza się wspólnie, w końcu wszyscy jesteśmy sąsiadami, więc jeśli z kimś się zaprzyjaźnią, ta znajomość przetrwa. To rozwiązanie ma wiele plusów. Po pierwsze niejako wymusza otwartość. Po drugie zmniejsza to szanse powstawiania grupek. Po trzecie – jeśli nie odpowiada Ci nauczyciel, spokojnie, za rok będziesz mieć innego. Po czwarte – cała szkoła staje się zgraną paczką. Nie tylko dzieci, a ich rodzice również, bo poznaje się wszystkich uczniów i ich rodziców. Dzięki temu można się bardzo zżyć ze swoją małą szkolną społecznością. Australijczycy są najbardziej wyluzowanym i otwartym narodem, możliwe, że uczą się tego właśnie w szkole. Ciągle, od małego, muszą wychodzić poza strefę swojego komfortu.

Szkoła w Australii bardzo integruje. Zadaniem trójki klasowej jest organizowanie wyjść dla mam i przynajmniej jednego spotkania rodzinnego. W poprzednim semestrze z klasą córki byliśmy na przykład na obiedzie w pubie, była muzyka na żywo, a dla dzieci animatorki. Z inną klasą byliśmy na kręglach. Dzięki temu można się poznać i zaprzyjaźnić. Dla mnie, obcej, ogromny plus. Chyba dla każdego rodzica, bo przecież życie dzieci kręci się wokół szkoły.

Dzieci mają przypisanych kolegów ze starszych klas, z którymi regularnie spędzają czas. Te młodsze dzieci na tym korzystają, bo dzięki temu nie czują się zagubionymi maluchami, które w szkole nikogo nie znają, a te starsze uczą się opieki nad młodszymi. Wielokrotnie widziałam już sytuację, kiedy starszy kolega pomagał młodszemu, za którego w jakiś sposób czuje się odpowiedzialny. Dzięki temu przejście z przedszkola czy zerówki, do szkoły, jest łatwiejsze. Masz w niej już kumpla!

Do szkoły codziennie przynosi się plecak, w nim ma się znaleźć czapka (słońce tutaj jest brutalne, więc dzieci, nawet w zimie, kiedy tak bardzo nie świeci, nie mogą wychodzić na zewnątrz bez czapki), butelka z wodą, jedzenie na trzy przerwy i torbę na krzesło (która oprócz przekąski i wody służy do komunikacji z rodzicami, nauczyciele wrzucają do nich ulotki, prace i liściki do rodziców). Szkoła zaczyna się o 8:50, pierwsza przerwa jest o 10.40 – 11.05, druga o 13:05 – 13:50. Szkoła kończy się o 15:10. Klasy są otwarte o 8:30 i w pierwszych latach edukacji zachęca się rodziców do wykorzystania tego czasu od 8:30 do 8:50 na czytanie, napisanie zdania o tym co robiło się dnia poprzedniego lub narysowanie jak minęły wakacje. Te 20 minut jest też okazją do luźnej pogawędki z nauczycielem o wszystkim i o niczym. Bardzo skraca to dystans i pomaga zaprzyjaźnić się z nauczycielem.

Na przerwy dzieci wychodzą na zewnątrz, nawet jeśli pada, siedzą pod dachem i widzą kolegów z innych klas i się z nimi integrują. Na początku każde dziecko ma usiąść i coś zjeść. Rygorystycznie się tego przestrzega, panie zerkają, upominają, przypominają. Dopiero, kiedy większość dzieci skończy posiłek, można się bawić. Dzieci mają też trzecią przerwę, już w klasie, w trakcie której z torby na krzesło wyciągają coś do chrupania. Ta przerwa nazywa się „crunch and munch”, czyli, w wolnym tłumaczeniu, przerwa na chrupanie. Na tą przerwę trzeba dziecku zapakować coś, co będzie mogło zjeść na szybko i w klasie, np. kawałki jabłka i marchewki, banana. Też fajny pomysł na moment, kiedy Pani widzi, że dzieciom spada koncentracja.

W szkole działa stołówka, w której przez Internet można zamówić jedzenie dla dziecka na dwie duże przerwy. Oferuje domowe, robione na miejscu potrawy. W stołówce pracują mamy ze szkoły, które twierdzą, że syfu w jedzeniu nie ma. Podobno też normy są rygorystyczne, więc wierzę, że to jedzenie jest bezpieczne. Oprócz stałego repertuaru rozmaitych kanapek, dziewczyny starają się urozmaicać jadłospis, robią w jeden dzień burgery z grilla, w inny pizzę na pełnoziarnistym spodzie, sushi. Jedzenie jest tanie i można go zamówić i opłacić przez Internet. Superwygodne rozwiązanie. I pomocna dłoń w dzień, kiedy się zaśpi, albo nagle się okazuje, że w domu nie ma chleba. Jedzenie na dany dzień można zamówić aż do 9 rano. Jest też mały wybór bardzo popularnych posiłków domowych, dla całej rodziny, na przykład blacha lasagne. Nie korzystałam, ale inne mamy chwalą. Przystępna cena i domowe jedzenie z pewnego źródła. 

W australijskiej szkole obowiązuje rejonizacja. W praktyce oznacza to, że szkoła przyjmuje dzieci, które mieszkają w sąsiedztwie. To dlatego wszyscy jesteśmy sąsiadami, a do szkoły, w 98% dni chodzi się piechotą albo jeździ rowerem czy hulajnogą. Szkoła również do tego zachęca, w środy rozdając żetony dla osób, które, aby dotrzeć do szkoły, użyły nóg i przyszły piechotą lub przyjechały na rowerze czy hulajnodze.

IMG_6189

Na terenie szkoły są dwa place zabaw i boisko. Dzieci korzystają z nich dowolnie w trakcie przerw, przed i po szkole. To dlatego codziennie prawie godzinę po szkole spędzamy na zabawie. Jest to kolejny sposób na integrację z kolegami ze szkoły, a dla rodziców czas na pogaduchy z innymi rodzicami. Teren naokoło szkoły wykorzystuje się stale. Nawet lekcja matematyki i przyrody bywa w szkolny parku. Szkoła ma swój ogródek warzywny, z którego korzysta stołówka, a o który dbają dzieci, robiąc kompost i zdjęcia jedzenia, które nie powinno być marnotrawione, np. nadgryzionych jabłek. Szkoła zachęca też do recyclingu. Środa jest dniem bez śmieci, na przerwach dzieci ze starszych klas bawią się w „patrol śmieciowy” i sprawdzają śniadaniówki. W ten dzień ma nie być w nich śmieci, czyli kanapka ma być w plastikowym pojemniku, który zabierzesz do domu i umyjesz, a nie w papierku, czy w worku.

W każdym tygodniu każda klasa ma wizytę w bibliotece, dzieci same mogą wybrać książkę, którą potem czytają w domu (samodzielnie lub przy pomocy rodzica) i oddają w kolejnym tygodniu. Wybory moich dzieci bywają komiczne. Pisałam już o książce o rozwodach, czy o pogrzebie. Oh, well. Zawsze to okazja do rozmowy. Dzieci, podobnie jak w PL, jeżdżą na wycieczki, mają też wielu gości. O, na przykład takiego oto słodkiego misia. 

IMG_3193

W każdym tygodniu, w z góry określonym dniu, dziecko ma za zadanie zaprezentować swój „news”. Jest to forma ćwiczenia prezentacji, odwagi i opowiadania. Dziecko przynosi rzecz, która aktualnie go frapuje, występuje na środek i opowiada kolegom. Może to być ulubiona zabawka, wspomnienie z weekendu, zdjęcie z wakacji, liść ze spaceru, zaproszenie na urodziny. Dzieci bardzo to przeżywają i zastanawiają się co ze sobą zabrać i jak zaprezentować to kolegom. Jedna z córek przy okazji przerabiania w szkole poezji, zabrała do szkoły polskie wierszyki. Pani się od razu potrafiła znaleźć i wyszukała na youtubie filmik, na którym ktoś czytał „Lokomotywę”. Córka była dumna i blada, że tylko ona rozumie o czym jest mowa! Najgorsze jest to, że obiecała dzieciom, że w pierwszym tygodniu po wakacjach pokaże im trochę śniegu, który przywiezie z Polski. No i chyba będę robiła śnieg. Ktoś, coś? 

W zerówce nie ma zadania domowego i podobno jest tak przez większość podstawówki. Ponieważ dzieci zaczęły program nauki czytania, przynoszą do domu słowa, które mają za zadanie ćwiczyć. Słowa są proste, na początku składające się z trzech liter. Słów jest za każdym razem dziesięć. Odnosi się je do szkoły, kiedy rodzic stwierdzi, że dziecko już je umie. Wtedy nauczyciel testuje ucznia i jeśli uzna, że słowa są opanowane, wysyła do domu kolejny zestaw. Mieliśmy takich zestawów 15. Po ich opanowaniu dzieci przynoszą do domu książeczki, bardzo krótkie, z ciekawą historią. I tutaj jest taka sama zasada – czytamy do momentu, dopóki dziecko nie opanuje czytania i jest w stanie odpowiedzieć na pytania zawarte na końcu książki. Pytania testują rozumienie tekstu.

Nauczyciele głośno mówią o tym, żeby dzieci nie zmuszać do czytania i nie robić tego codziennie. I absolutnie nie ma żadnej rywalizacji. Widzę wyraźnie, że moje dzieci są do tyłu, bo to czytanie rozpoczęło się już tutaj rok temu, w przedszkolu, ale nigdy, przez 9 miesięcy szkoły nie usłyszałam, żeby podciągnąć, nadrobić, pracować, starać się. Wręcz nauczyciele podkreślają, że każde dziecko jest inne i w końcu przecież i tak wszyscy nauczyliśmy się czytać. Czytanie ma być przyjemnością, a nie przykrym obowiązkiem, do którego zmusza się dzieci.

Dzieci w Australii idą do szkoły w wieku lat 4 do tak zwanego kindergarten (przedszkole, które działa w szkole i kieruje się tymi samymi zasadami co szkoła, są regularne bloki zajęć, czytanie, pisanie, matma, ten sam rozkład przerw), w wieku lat 5 dzieci zaczynają pre-primary (czyli zerówkę, w której aktualnie są moje dzieci), w wieku lat 6 pierwszą klasę podstawówki (nazywaną tutaj Year 1, czyli rok pierwszy). Wiek dzieci liczony jest do 30 czerwca, nie kalendarzowo. To dlatego moje dzieci są najstarsze w klasie, bo urodzone 15 lipca zaczynają rok i nie załapały się na pierwszą klasę. Proponowano nam to, ale nie mieliśmy ciśnienia na rozpoczęcie szkoły szybciej, poza tym obawialiśmy się o trudności językowe. Była to doskonała decyzja, dzieci w swoim tempie mogły się zaaklimatyzować.

Szkoła w Australii rozpoczyna się w okolicach końca stycznia lub początku lutego. Każdy rok podzielony jest na cztery semestry, każdy równo po 10 tygodni. Po pierwszym, drugim i trzecim semestrze jest po dwa tygodnie wolnego. Po czwartym semestrze, w połowie grudnia są wakacje, które zwykle trwają 6 tygodni i jest to przerwa świąteczno-letnia.

Szkoła składa się zwykle z kilku niepołączonych ze sobą, luźno stojących budynków. Na pierwszy rzut oka niektóre placówki mogą przerażać, bo wyglądają jak baraki i nie powalają wyglądem. Jest to jednak związane z klimatem i systemem szkolnictwa. Szkoła może się powiększać i zmieniać. No i kasę wolą wydać na przykład na interaktywne tablice, któmi zachwycała się moja mama, nauczycielka z Polski, a nie na budynek. Dzieci w klasie jest około 25, siedzą przy stolikach szóstkami, a stoliki są sześciokątne. 

W szkole działa świetlica, w której można zostawić dziecko przed szkołą i po. Panie świetliczanki zaprowadzają i odbierają dzieci z odpowiednich klas przed lub po lekcjach. W naszej szkole świetlica otwarta jest od 6 rano do 18. Jest dodatkowo płatna, w zależności od sytuacji materialnej rodziców opłaty za nią są dla każdego dziecka inne. Świetlica działa też w przerwach między semestrami, starając się zaproponować ciekawy program. Były dni piżamowe, dzień masterchefa, dzień filmowy, przebieranie. Moje dzieci codziennie chciałyby zostać na świetlicy, tak bardzo im się tam podoba.

Mówi się, że szkoła w Australii nie grzeszy poziomem. Nie mam zdania na razie, choć mam wrażenie, że ludzie tutaj mają dużo większą wiedzę tak zwaną „uliczną” i uczą się wielu przydatnych rzeczy, których ja się w szkole nie uczyłam. Cóż z tego, że wiedziałam dużo o morenach, skoro nic z tego dziś nie pamiętam? Mąż na gegrę miał przynieść potrawę z Meksyku i namalować flagę, dzięki temu flagi ma opanowane. Ja uczyłam się o rozmnażaniu pantofelka, mąż na biologii uczył się zakładać prezerwatywę. Jak myślisz, co się komu bardziej w życiu przydało? Co z tego, że nocami rozwalałam całki, skoro teraz ta wiedza do niczego nie jest mi potrzebna? Za to mąż wykorzystuje podstawy inwestowania na giełdzie, których nauczył się w szkole. Studiowałam tutaj i śmiem twierdzić, że przez 17 lat szkoły nie nauczyłam się tyle o logicznym myśleniu, czytaniu ze zrozumieniem i wyciąganiu wniosków, co przez rok studiów tutaj.

Wszystko to, co napisałam powyżej mnie fascynuje. Moje dzieci nie chodziły nigdy w Polsce do szkoły. Ale moja mama jest nauczycielką, moja Babcia całe życie była dyrektorem szkoły, a większość moich znajomych ma już dzieci szkolne. W Polsce zetknęłam się tylko ze żłobkiem i przedszkolem. Były to dwie placówki prywatne i jedna państwowa. Zdarzały się w niej perełki (pozdrawiam serdecznie panią Anię i panią Sylwię, jeśli to czytają), nauczyciele, którzy mieli wyraźne powołanie do tego zawodu, rodziców nie traktowali jak zło konieczne i szczerze lubiły dzieci. Zdarzył się też dyrektor, który był nowoczesny, który zakładał komunikację i kompromis jako najlepsze narzędzie współpracy na linii placówka-dziecko-rodzic. Niestety, w większość moje wspomnienia są negatywne. Nigdy nie zrozumiem straszenia rodziców, czekania przed klasą, aby matce o 16 z wyrzutami opowiadać o „występku” dziecka, który to wydarzył się o 8:30 rano. Obwiniania rodziców za wszystkie przewinienia dzieci. Nieumiejętności wyrażenia jednej dobrej opinii o kilkulatku. Wyciągania każącego palucha, bo powiedziało kupa, bo ściągnęło majtki (gdzie była wtedy pani do dziś nie wiem, wiem natomiast, że nie słyszała nigdy o ciekawości sferą intymną, którą wykazują maluchy, wyciągała za to pokątny wniosek, że ja na pewno zachęcam dzieci w domu do epatowania golizną, stąd nie czują wstydu), bo zrobiło dziurę w ścianie (gdzie była pani do dziś nie wiem, wiem natomiast, że przecież dzieci w jej świecie NIGDY NICZEGO nie niszczą), bo zrobiło siku w spodnie, bo nie chce spać (!), bo zapomniało o składce (!!), bo nie chce się uczyć czternastu linijek durnego wierszyka na Jasełka, który dorosłemu jest ciężko skumać. Bo to, bo siamto, bo sramto, codziennie coś. Codziennie na nie, nigdy nic pozytywnego. Dziecko ma być grzeczne, nie ma być sobą, ma słuchać, siedzieć cicho i niepytane nie odpowiadać. I spać jak mu się każe, na zawołanie, choć od ponad roku w dzień już nie sypia. I jeść to, co mu się daje, nawet jeśli mu to nie smakuje. Codziennie wyrzuty, codziennie skargi, codziennie żale, codziennie foch. Brak jakiejkolwiek współpracy, komunikacji i chęci wypracowania satysfakcjonującego rozwiązania. To wieczne zakładanie, że rodzic jest śmierdzącym leniem, który zwyczajnie nie robi nic innego, tylko wyrządza dziecku krzywdę. I żyje po to, aby uprzykrzyć życie nauczycielowi. A jakiekolwiek pytanie czy sugestia są zamachem na tego biednego, niedopłaconego nauczyciela.

Wiem, doskonale wiem, że są w Polsce nauczyciele idealni. Wiem, że jest to jeden z najtrudniejszych zawodów, widzę, jak moja mama całe życie tyra za grosze. Wiem, że są świetne placówki. Wiem też, że są rodzice, którzy swoimi wymaganiami po prostu powalają na kolana, a ich dzieci są małymi koszmarkami, które rozwalają grupę i dezorganizują pracę. Wmawiano mi, że takie są moje dzieci. Co dziwne, tutaj się je chwali. Jako pierwsze ze swoich klas dostały nagrody na apelu, za zachowanie właśnie. Córka, która w Polsce miała łatkę (w najbardziej łagodnym wydaniu) „nadpobudliwej”, tutaj określania jest przymiotnikiem „amazing” (niesamowita), a cała kadra podkreśla jej energię, kreatywność i wrażliwość. Syn jest pupilkiem pani i innych matek, które mówią, że się cieszą, że ich syn się z moim aniołkiem koleguje, a matki się śmieją, że to fajnie, że ich córka się w moim „kocha”. Druga córka, w PL wiecznie „z fochem”, tutaj jest liderką klasy, a Pani podkreśla jej mocny, dojrzały charakter. Jasne, mam świadomość tego, że moje dzieci są nietypowe, nasza sytuacja rodzinna nie jest zwyczajna, mamy masę do zrobienia i nadal pracujemy nad wieloma rzeczami, które tutaj też z nauczycielami obgaduję i obmyślam strategię. Moje dzieci jednak nie są odbierane jako ciężar i kara za grzechy, dlatego, że mają czelność mieć osobowość i własne zdanie. Czy to oznacza, że moje dzieci w dwa tygodnie, które dzieliły nas od końca edukacji w PL a początku w AUS, się zmieniły? A może ja, do granic zestresowana przeprowadzką na drugi koniec świata, nagle stałam się rodzicem idealnym? Nie sądzę…

{"total_effects_actions":0,"total_draw_time":0,"layers_used":0,"effects_tried":0,"total_draw_actions":0,"total_editor_actions":{"border":0,"frame":0,"mask":0,"lensflare":0,"clipart":0,"text":0,"square_fit":0,"shape_mask":0,"callout":0},"effects_applied":0,"uid":"D25B2025-9C25-4227-9DF5-BAB43CE5F974_1489763117139","width":3088,"photos_added":0,"total_effects_time":0,"tools_used":{"tilt_shift":0,"resize":0,"adjust":0,"curves":0,"motion":0,"perspective":0,"clone":0,"crop":0,"enhance":0,"selection":0,"free_crop":0,"flip_rotate":0,"shape_crop":0,"stretch":0},"source":"editor","origin":"gallery","height":2320,"subsource":"done_button","total_editor_time":96,"brushes_used":0}

Notorycznie miałam wrażenie, że placówki, z którymi miałam kontakt w Polsce, są jak ta mityczna idealna matka, która w każdej sekundzie sprowadza mnie na ziemię i pokazuje mi, jak bardzo ze swoją rolą sobie nie radzę. Edukacja w Polsce na poziomie, z jakim się spotkałam, dla mnie jest chora i odkąd poznałam męża, nie mogłam uwierzyć, że można do szkoły chodzić z przyjemnością, można ją fajnie wspominać. Bo dla mnie, choć byłam kujonem, wszystkie szkoły i studia skończyłam z wyróżnieniami, a od sierpnia wąchałam nowe zeszyty, szkoła była koszmarem, który przyprawiał o ból brzucha. A to, co przeżyłam z dziećmi w ogóle nadaje się do kuratorium. Teraz, po 3 semestrach szkoły w Australii, odetchnęłam z ulgą, bo widzę, że można lubić szkołę i można wstać dziś o 6 rano i piszczeć, bo dziś wracamy po przerwie do szkoły. Juuuupppiiiii!!!! Można się ściskać z nauczycielem, a on może Cię pytać, jak minęły Ci wakacje, a potem, zanosząc się ze śmiechu, zamykać za Tobą drzwi i mówić Twojemu dziecku – daj już mamie spokój, mama musi odpocząć po tych dwóch tygodniach z Wami non stop. Do widzenia, miłego dnia!

W Australii, tak mi się wydaje, dziecko jest dzieckiem. Może powiedzieć dupa i popchnąć kolegę. Może mieć gorszy dzień i fochy. To wcale nie oznacza, że jest złe, a jego rodzic jest rodzicem patologicznym! To wcale nie oznacza, że dzieci nie mają dyscypliny, bo w klasach jest cisza jak makiem siał, a dzieci oczarowane słuchają nauczyciela. Ten luz nie oznacza, że pochwala się brak reguł. To tutaj moje dzieci uczą się najwięcej o intymności, o poszanowaniu drugiej osoby, o współpracy, choć nikt nie daje im żadnych etykietek (niegrzeczny, nadpobudliwy, trudny), nikt ich nie straszy, nikt nie stawia w kącie. Żyjemy w trudnych czasach, gdzie poziom oczekiwań w stosunku do człowieka, nawet małego, przerasta najśmielsze przypuszczenia. Wymagania w stosunku do rodziców są nierealne. Masz być ekspertem od wychowania, który wychowa dziecko, które będzie geniuszem, ale i od trzeciego roku życia będzie wykazywać się empatią, cierpliwością, trzema językami i kreatywnością, wszystko z wyżyn ułożenia, ale i asertywności, masz mieć karierę, być domowym dietetykiem, biegać maratony, wyglądać nienagannie, dbać o rozwój osobisty, a w wolnych chwilach urządzać wernisaże swoich rycin. Nauczyciel tutaj jest po prostu człowiekiem i traktuje ucznia i jego rodziców jak ludzi i to najbardziej mi się podoba. Wychodzi się z prostego założenia – jeśli mogę – pomogę, spróbuję porozmawiać, zrozumieć, będę liczyć na dobre intencje, poszukam kompromisu, pochwalę, poklepię, spytam, poproszę, wyjaśnię, a nie skopię, nagadam i skrytykuję. Tylko tyle, a może aż. I choć bardzo dużo rzeczy mi się w Australii nie podoba, to przez tą szkołę, choćbym miała w poduszkę z tęsknoty za Polską płakać co noc i nigdy nie wyleczyć się z choroby emigranta, zostanę tutaj na chwilę. W końcu mam wrażenie, że w dbaniu o dobro mojego dziecka nie jestem sama.

*Opisane powyżej doświadczenia są moimi prywatnymi opiniami, dotyczą szkoły w Perth i placówek w Małopolsce. 

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:

  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i butów!