Dzisiejszy post sponsoruje przeprowadzka. Już za 12 (aaaaa) dni wsiadamy w samolot w jedną stronę i robimy teleportację do Polandu. Jak się przeprowadzić z jednego końca świata na drugi? To jest dość skomplikowana sprawa i żartujemy sobie z mężem, że chyba otworzymy jakąś agencję specjalizującą się w przeprowadzkach, bo to już nasz 3 raz i z każdym kolejnym coraz lepiej nam to wychodzi i coraz mniej czasu nam to zajmuje. I już się tym prawie w ogóle nie stresujemy.

Takie przeprowadzki działają na mnie jak mocna kawa. Dają kopa. Zaczyna się od pakowania całego domu. Nagle się okazuje, że można tak strasznie wielu niepotrzebnych rzeczy się pozbyć. I to w dodatku bez żalu! Część rzeczy można oddać, sprzedać, podarować komuś, kto bardziej potrzebuje. Nie ma we mnie minimalizmu na siłę, uwielbiam nowe ciuchy i książki, ale przy przeprowadzkach robię czystki totalne i lepiej mi się potem oddycha. W dwa dni sprzedaliśmy z mężem połowę gratów, które nam się znudziły, albo nie pasują do naszego domu w Polsce. Mąż mnie przekonał, żebym jednak rytualnie nie paliła znienawidzonej kanapy w ogródku, tylko dała jej szansę. I tak znalazła nowy dom, a ja szukam w końcu nowej!

Tym razem bierzemy tylko kawałek kontenera, nie cały, jak poprzednio. I to widzę na plus. Życie z ograniczonym składem wymusza kreatywność. Poprzednio nie mieliśmy prawie 3 miesiące telewizora, kolację jedliśmy na plastikowych pudłach. Wszystko się da. A jakie to świetne uczucie, jak te rzeczy w końcu przypłyną i można je sobie na nowo poukładać na półeczkach.

Przeprowadzki dla mnie to nowa energia. Z zastanej, wygodnej i komfortowej sytuacji jest się znowu rzuconym na głęboką wodę. Dla mnie to okazja do zmian. Trzeba od nowa poszukać swojej ukochanej ścieżki, ulubionego treningu, rytmu życia rodziny. Przypomnieć sobie, z którą panią na poczcie można wszystko załatwić, który taksówkarz zawiezie nas „do dużego pokoju” i który kurier wie, jak wylądam w zielonej glince na gębie. 

Oczywiście, że jest ciężko. Czeka nas ostatni tydzień, który w każdą stronę zawsze jest trudny. Coraz częściej dociera do mnie przy takich okazjach, że wielu z tych osób, które teraz były mi bliskimi, codziennymi towarzyszami, nigdy już nie zobaczę. Ale nie ma się co smucić, są i takie, za którymi nie będę tęsknić, a w Polsce ludzie, bez których ciężko żyć. Takie pożegnania są bardzo miłe. Widać wtedy, jacy ludzie są dobrzy, jakie mają wielkie serca, chęć pomocy, jak bardzo potrzebują drugiego człowieka. Widzę też jaki ogrom pracy włożyłam w budowanie naszej wioski przez ostatnie 2.5 roku. Na mojej pożegnalnej imprezie będzie 20 bliskich mi kobiet! Jakie to miłe, kiedy ktoś, komu wydajesz się obcy, mówi „będzie Cię tu brakowało”.

Paradoksalnie wiele osób uważa, że ja ten powrót gloryfikuję, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Otóż nie. Ja doskonale wiem, jakie są wady życia w Polsce. Za największą uważam PiS i smog (mam wrażenie, że trochę idą niestety też w parze, problem pedofilii w Kościele zamiećmy pod dywan, problem smogu też, bo co niewygodne, to TVPiS wytnie i na antenę nie trafi). Ja wyjechałam z Polski 2.5 roku temu, nie 25 lat temu. W tym czasie wiele się nie zmieniło, nawet partia rządząca jest taka sama! I już wtedy było 500+, więc spokojnie, miałam już wcześniej tę przyjemność i na olinkluzif za te miliony monet już byliśmy poprzednio!

Ktoś napisał, że będzie mi brakowało ogródka, ale ja mam własny piękny ogródek w Polsce. Rosną w nim rośliny, które sama posadziłam, piękny bez, jarzębina, magnolia, forsycja i wiśnia. Ktoś napisał, że będzie mi brakowało Oceanu. Pewnie tak samo, jak tu brakuje mi starego miasta, czy gór. Ktoś napisał, że będzie mi brakowało owoców morza, ale owoce morza można kupić nawet w Biedrze, a tutaj mam problem z kupieniem bobu, truskawek, grzanego wina, porzeczek, agrestu, oscypka, sera twarogowego, czy chleba bez tablicy Mendelejewa. Ktoś napisał, że zatęsknię za pogodą. Lato tutaj jest tak samo męczące jak zima tam, co tylko tym, którzy nie wyjeżdżali nigdy, może wydawać się taaaakie boskie. Ktoś napisał, że zatęsknię za możliwością pójścia na spacer codziennie. Tutaj tęsknię za możliwością pójścia do opery, teatru, filharmonii, czy na koncert. Oczywiście, te rozrywki tutaj istnieją, ale po pierwsze są skandalicznie drogie no i na koncert Taco i Podsiadło to jednak pójdę na Narodowy, a oglądania Andrzeja Seweryna, Jana Peszka, czy Anny Dymnej z odległości 3 metrów nic raczej mi tutaj kulturalnie nie zastąpi.

Wiele osób martwi się, jak dzieci sobie poradzą, ciężko mi stawiać się w każdej sytuacji, piszą do mnie osoby mieszkające za granicą latami. Moje dzieci mieszkały 5,5 z 8 lat swojego życia w Polsce, na świadectwie urodzenia mają Kraków, Poland. Przyjeżdżając do Australii mówiły właściwie tylko po polsku. Po 3 miesiącach tutaj nawet w domu, do siebie, mówili po angielsku. Podejrzewam, że zmiana w drugą stronę będzie podobna, może dłużej potrwa nauka pisania i czytania, bo jednak polska języka trudna. Ale żeby ułatwić im te pierwsze miesiące, zapisałam ich do szkoły międzynarodowej, w której są dzieci nie mówiące po polsku w ogóle. Dzieci są naprawdę niesamowite i biorą z nas ogromny przykład. Syn spytał ostatnio, czy będzie mógł podnieść rękę na lekcji i powiedzieć pani, że czegoś nie rozumie, bo mu się dużo po polsku zapomniało. Ja się będę starał, ale wiadomo, mogę nie wszystko rozumieć, mamusiu. No czad.

Psycholog mi podpowiedział, żeby skupić się na pozytywach i to je promować. Cieszymy się więc na wakacje w Singapurze w drodze do domu (Legoland, marzenie mojego dzieciństwa z czasów, kiedy słynne klocki kupowało się w Pewexie, hihi), na powrót do rodziny, na mieszkanie we własnym, nie wynajmowanym domu, na nową szkołę, na imprezy powitalne, na psa, na którego w końcu możemy sobie pozwolić (i jesteśmy gotowi na przyjęcie ostatniego członka naszej rodziny), na narty podczas ferii. Życie nie jest pasmem przyjemności, ale czemu myśleć o kłopotach i piętrzących się problemach? Co mi z przejmowania się i zamartwiania. Wszystko przecież zawsze jakoś jest. Najważniejsze mamy, reszta sama jakoś się rozwiąże. Jak będzie trzeba, będziemy kłody pod nogami przeskakiwać.

Z dosłownie tysięcy komentarzy, które dostałam po ujawnieniu naszych planów powrotu (o których pisałam tutaj: https://www.calareszta.pl/wracamy/), wyłania się piękny obraz Polski. Wszyscy, którzy wrócili, są szczęśliwi i żałują, że tak późno się na ten powrót zdecydowali. Wielu emigrantów odczuwa dziurę w serduchu, która mnie odebrała spokojny sen. I ja tak sobie trochę patetycznie myślę, że Polska nas potrzebuje. Szczególnie teraz, kiedy znowu wysyłamy w świat dziwne z ojczyzny doniesienia. Wróćmy, pracujmy, zagadujmy do siebie miło i przyjaźnie, rozsyłajmy wokół ten uśmiech, który najbardziej nam się na zachodzie podoba i mądrze głosujmy.

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl