Dlaczego nie zawiozłam córce śnidaniówki, której zapomniała?

Dlaczego nie zawiozłam córce śnidaniówki, której zapomniała? Po dziesięciu latach pamiętania o wszystkim za moje dzieci, powiedziałam stop. Do kiedy mam wszystko za nich robić, pamiętać, przewidywać?

10:30, środa, telefon ze szkoły.

(Dygresja: chyba do końca życia w takich chwilach będzie mi przez głowę przebiegał fragment filmu „Grawitacja”, w którym Sandra Bullock opowiadała o śmierci córeczki podczas zabawy na placu zabaw. Jeszcze nigdy nie udało mi się odebrać tego telefonu bez strachu).

Córka prosiła, aby do Pani zadzwonić, bo zapomniała sobie śniadaniówki i pyta, czy mogłaby jej ją Pani podrzucić.

Przykro mi ale nie mogę. Nie mogę i nie chcę, nawet, gdybym mogła. Ta śniadaniówka leżała na samym wierzchu, przypominałam kilkakrotnie, wracała się do domu trzy razy, była tak rano zajęta kłótnią z rodzeństwem, czytaniem książki, zabawą z psem i milionem innych rzeczy, zupełnie niezwiązanych ze szkołą, że wcale mnie nie dziwi to, że zapomniała. Aktualnie pracuję.

Nawet gdybym mieszkała obok szkoły, nie poszłabym zanieść tej śniadaniówki. Nawet gdybym akurat nie pracowała, nie zrobiłabym tego. Dlaczego nie zawiozłam córce śnidaniówki, której zapomniała? Bo z powodu niezjedzonego drugiego śniadania jeszcze nikt nie umarł. No trudno.

Niedawno pisałam jak bardzo wykańcza mnie mentalny ładunek macierzyństwa, wieczne musisz, wieczne oczekiwania z każdej strony i poczucie, że nie dość dobrze sobie z macierzyństwem radzę, wyrzuty sumienia, miliony obowiązków. Ciągła obawa o to, czy moje dzieci są szczęśliwe, czy jako dorosłe mnie nie znienawidzą, czy wyrosną na normalnych, zdrowych psychicznie, silnych ludzi. Oprócz trójki dzieci mam męża, psa, pracę, dom, dalszą rodzinę, przyjaciół, własne zdrowie, hobby, opony do zmiany i święta za pasem. Codziennie mam długą listę rzeczy do zrobienia, bo przecież kostium na Halloween sam się nie kupi, aparat sam nie przyjdzie do nas do domu z gabinetu ortodonty, a curry na rodzinny obiad 1 listopada samo się nie zrobi. Mam milion obowiązków, niby drobnych, a jednak pożerających czas i wypełniających myśli.

Czy ja naprawdę do tego wszystkiego mam ogarniać proste, powtarzalne czynności, które ma wykonywać mój dziesięciolatek? Czy to ja chodzę do szkoły? To ja mam pamiętać, czy coś jest zadane, czy to ja mam znać plan lekcji i wiedzieć, z czego jest test z hiszpańskiego? Nie! I to jest właśnie powód, dlaczego nie zawiozłam córce śnidaniówki, której zapomniała.

Wiem doskonale, że jeśli moim dzieciom na czymś zależy, pamiętają. Oj wielokrotnie już to zauważyłam, pamiętają i jeszcze dziurę w brzuchu wiercą, jak mnie zdarzy się zapomnieć. Prowadzi mnie to do dwóch wniosków: mają w nosie to drugie śniadanie, czy czepek na basen bez którego pływać się nie da. Z tym, że niestety wiem, że to nie do końca jest prawda. I taki drugi  wniosek: one tego nie pamiętają, bo się przyzwyczaiły, że mają armię ludzi naokoło, którzy pamiętają za nich! Mama, tata, babcia, w końcu Pani w szkole przypomina i prosi 100 razy. Możliwe też i zakładam taki scenariusz, że to wieczne przypominanie, upominanie i nakazywanie, zlewa się dzieciom w buczenie, z którego rzadko kiedy coś w ogóle do nich dociera. No chyba, że zawołasz: idziemy na lody, albo otwierasz czekoladę w drugim pokoju, wtedy słyszą.

Pisałyście mi wczoraj, że gratulujecie mi asertywności, bo nawet jakbyście do tej szkoły ze śniadankiem nie poleciały, to spaliłybyście się ze wstydu przed paniami ze szkoły i zażarłyby Was wyrzuty sumienia. No tak, oczywiście. Bo u nas jest taka mentalność. Gdzie była matka? Jak mogła do tego dopuścić? Mama Cię do szkoły posłała bez kurtki? Nikt nie pyta – a gdzie był tata? Nikt nie pyta – dlaczego nie zabrałaś? Nie, to wina matki. Zawsze, do usranej śmierci.

A przecież mówimy o dziesięciolatku, który spokojnie byłby w stanie sam sobie zrobić kanapkę, a nie tylko łaskawie pamiętać, aby ją włożyć do plecaka! (Nie będę tu pisała o tym, że moje dzieci są według ludzi z netu ZMUSZANE do obowiązków domowych, no ale cóż, miały pecha trafić na złą matkę, leniwą lambadziarę, która wierzy, że skoro wszyscy brudzą, wszyscy sprzątają. No i policzyła wielokrotnie, że jej ciuchów w koszu z brudami jest najmniej! To czemu miałaby kilka godzin w tygodniu poświęcać na pranie, wieszanie, składanie, Kopciuszek, czy co?)

Nie dowożę stroju na wuef, śniadaniówek, butów. Nie przypominam o kurtce. Raz się zdarzyło, że syn nie mógł bawić się na placu zabaw, bo nie miał kurtki. Więcej nie zapomniał, codziennie pyta ile jest stopni i czy pogoda na kurtkę. Nie przypominam o aparacie na zęby. Wytłumaczyłam kilka razy po co on jest, pokazałam co się może stać, wyjaśniłam jakie mogą być konsekwencje, pomogłam wybrać stałe miejsce w pokoju gdzie będzie leżał. Na ostatniej wizycie Pani doktor zrobiła dziecku kazanie, nie mnie. Przecież to nie mój aparat! Ja już się w swoim naspałam.

Mogę pomagać, wspierać, kierunkować, wskazywać, ale dziesięciolatek, który od 5 lat zabiera ze sobą do szkoły drugie śniadanie, ma o nim pamiętać. Ja za nich tej drogi nie przejdę. Ileż ja mam przypominać? Gderać? Może pod uczelnią będę za 10 lat stała ze śniadaniówką? Może będę chodziła przed pierwszym szefem się za dziecko tłumaczyć, dlaczego wiecznie zasypia i do roboty na czas nie przychodzi? To nie jest złośliwość, to są konsekwencje.

Zgubiony ulubiony bidon, zeszyt ćwiczeń, kurtka – u nas w domu potem trzeba kombinować. Nie machamy magiczną różdżką i nagle pojawia się nowa kurtka, trzeba chodzić w starej, peszek. Zgubiony zeszyt ćwiczeń w zeszłym roku oznaczał przepisywanie tych ćwiczeń do zeszytu i dopiero wtedy ich rozwiązywanie. Podwójna robota.

Nie mogę pamiętać o wszystkim. I nawet nie chcę. Bo chyba bym oszalała!

A tym z Was, które spotykają się z krytyką takiej matczynej asertywności odpowiadajcie, że Wy już chodziłyście do szkoły, jak jest Wam zimno, to kurtkę macie na sobie, a nie w szafce, o stroju na siłkę pamiętacie, a dziecko ma również ojca i jego też można spytać dlaczego dziecko nie ma czepka na basen, ale najlepiej to spytać dziecka! A skoro nie ma czapeczki, widać nie jest mu zimno.             

Przy trójce dzieci, pracy i własnych ambicjach, chcę być kimś więcej niż przynieś, wynieś, podaj, pozamiataj, pamiętaj za mnie, przewiduj za mnie, świeć za mnie oczami, tłumacz się za mnie. Dlatego nie mam litości. I nie mam wyrzutów sumienia w takich sytuacjach. Dlaczego nie zawiozłam córce śnidaniówki, której zapomniała? Bo dupsko trzeba mieć twarde i na własnych błędach się uczyć, ponosić konsekwencje, taki lajf. Może kiedyś podziękują.