Jestem z nas cholernie dumna. Z nas, matek. 

Zawsze miałam takie przeświadczenie, że to na kobiecych barkach stoi dom. Nie, żebym narzekała, bo trafił mi się wyjątkowy egzemplarz, który po całym dniu pracy porywa gary i mopa, a i gnijące pranie, o którym ja od 8 rano zapominam, rozwiesi. Taki to egzemplarz zaangażowanego partnera i ojca, jestem pewna, że to on pierwszy usłyszy o sercowych problemach naszych dzieci i to on będzie ryczał, prowadząc nasze córki do ołtarza.

Facet jednak ma zupełnie inną psychikę. Pojawia się problem, więc szuka rozwiązania, nie znajduje, to potrafi sobie powiedzieć na ch..j drążyć temat i spać spokojnie. A kobieta sama często ten problem sobie w głowie roi, nie śpi nocami, analizuje z kręgiem zaprzyjaźnionych towarzyszek matczynej niewoli, przewraca w głowie tysięczne scenariusze, pazury gryzie, zajada czekoladą, umiera z poczucia winy i tak w nieskończoność, do usranej śmierci.

Macierzyństwo w dobie koronawirusa położyło na nas wszystkie dodatkową tonę stresu. O zdrowie, o pracę, o dobrostan naszego domu, o to, żeby było w miarę normalnie, żeby się nie dać, nie zwariować. I lekcje ogarnąć i wiecznie pustą lodówkę i pracę i rozrywkę jakąś, bo przecież oszaleć można stale w tych czterech ścianach. I zająć czymś, ale żeby przed ekranem za długo nie siedziały i samej przed tv nie gnuśnieć, tylko książkę może przeczytać. I wesprzeć sąsiada i do ciotek podzwonić i dobre słowo choćby podarować.

Jeśli wcześniej mój matczyny mózg był jajecznicą, z miarowym piskiem w tle, tak teraz jest dziesięć razy gorzej. Mój mózg to aktualnie jajko, które wybuchło w mikrofalówce. Nie wiem który jest dzień tygodnia, ale pamiętam, że przed pandemią miałam ogarnąć ortodontę i dobijam się do niego odkąd już można. Matki chyba już tak mają. Siebie gdzieś z tyłu, ale potrzeby dzieci w dzień i w nocy zaspokojone. Jeśli cały dom był zwykle na naszej głowie, teraz nam doszła nieoczekiwana zmiana kursu i to wcale nie w jakimś pożądanym kierunku. Na nowo tworzenie koronowej rutyny i rozkładu jazdy dla całej rodziny jest wykańczające.

Jestem z nas cholernie dumna, bo wszystkie kobiety, te znane i nieznane, mają huśtawki nastrojów, mają dość, zmęczenie wybija je z normalnego rytmu, a wieczna niepewność nawet największe twardzielki doprowadza do szewskiej pasji. Jesteśmy sfrustrowane, bo wiemy, jak wszystko potrafiłyśmy wcześniej zorganizować, dopiąć, często z zapasem czasu, uśmiechem na ustach i lokiem na głowie. A teraz niby robimy to samo, a jesteśmy ciągle w lesie, lista codziennych zadań jest nieskończona, nigdzie nie ma nas na tyle, żeby dla wszystkich wystarczyło, to już nie rozkrok, a szpagat między milionem zajęć i miejsc, w których musimy być. A jednak no kurna wszystko gra i buczy. I dzieci zadbane i o bliższej rodzinie pamiętają i zadzwonić potrafią bez okazji spytać, czy wszystko ok? I ciasto robią na weekend czasami i trening trzasną po nocy i wakacje planują!!

Nie mam bladego pojęcia co przyniesie jutro. Ale wiem, że damy radę. Już dałyśmy moje drogie. Nie oceniajcie się żadną krzywdzącą miarą. To, co dwa miesiące temu wydawało się do osiągnięcia, dziś może być niemożliwe. Dzisiejsze życie musi zamknąć się w teraźniejszości. Bez większych planów, od rana do wieczora, przeżyć. Teraz, jeszcze bardziej niż kiedykolwiek, dajcie sobie trochę przyzwolenia na słabość, gorszy dzień, odpuszczanie.

I co z tego, jeśli zapomniałaś o zadaniu z religii i Twoje dziecko nie namalowało ostatniej wieczerzy? (WTF??). To nic, że na obiad znowu są kanapki. Można być spóźnioną do pracy siedząc w domu! Nasza głowa jest przeładowana, nic dziwnego, że o czymś zapominamy, żyjemy w napięciu, czy mamy dość. Wszystkie próbujemy załatać dziury, czasami tylko te pojawiające się na bieżąco. I wszystkie mamy nadzieję, że jakoś nam to wychodzi. Jeśli Twoja rodzina jest razem, bezpieczna i zdrowa, reszta też jakoś będzie.

Photo by KS KYUNG on Unsplash

 

Written by calareszta.pl