Dla wielu osób ta sytuacja niepewności i przerażenia jest nowa. Dla mnie też, choć w sumie tylko połowicznie. Byłam już dwa razy w podobnych sytuacjach. I wcale nie było wesoło. 

Tak się złożyło, że byłam w Nowym Jorku, kiedy runęły wieże WTC. Spałam sobie smacznie daleko od Manhattanu, na Queens, kiedy obudziła mnie właścicielka domu, od której wynajmowałam apartament. Nie mogła z siebie słowa wydusić, zaprowadziła mnie tylko przed telewizor. Akurat kilka sekund przed tym, kiedy wszyscy mieli jeszcze nadzieję, że to zwykły wypadek, błąd pilota, może awaria samolotu. Na moich oczach drugi samolot wbił się w kolejną wieżę i pozbawił nas wszystkich złudzeń. 

Pojechałam najbliżej jak mogłam, jeszcze wtedy nie docierało do mnie potencjalne zagrożenie. Widok policji, strażaków, zgliszczy, paniki, bólu, na zawsze zostanie przed moimi oczami. Jest taki moment w doskonałym filmie “Adwokat diabła”, kiedy Keanu Reeves wychodzi ze szpitala na ulicę NYC i tam nikogo nie ma. Ja to przeżyłam. Chodziłam po zwykle nabitym Manhattanie, na którym nie było nikogo. Ze strachu ludzie nie jeździli metrem, nie gromadzili się, zostawali w domu, bo nikt nie wiedział, co wydarzy się dalej i co to wszystko tak naprawdę oznacza. 

Chodziłam do pracy na Times Square, byłam kelnerką w nocnym klubie. I codziennie nie byłam pewna, czy cokolwiek zastanę na zewnątrz. To była era przed internetem w smartfonach, więc słuchaliśmy w kantorku radia, żeby się dowiedzieć, czy mamy zostać w lokalu pod ziemią, czy można w ogóle wyjść na zewnątrz? 

Panowała psychoza, strach i panika. Nic właściwie nie było takie, jak wcześniej, nie rozmawiało się o niczym innym. W mediach mnożyły się fake newsy, sensacyjne doniesienia mieszały się z faktami i dramatycznymi historiami wielu dotkniętych tragedią rodzin. Każdy głośniejszy hałas wywoływał panikę, każdy pakunek w metrze powodował strach. 

Byłam tam sama, bez rodziny i nie wiedziałam za bardzo co dalej? Wracać? Ale jak, samolotem? Zostać? Ale po co? Czy będę miała pracę? A jak zostanę, to czy nic mi nie grozi, czy będę miała za co wrócić? Zostałam. Brałam jeden dzień na raz. Nie robiłam większych planów. Codziennie powtarzałam sobie, że będzie co ma być, na wiele rzeczy nie mam absolutnie żadnego wpływu, więc po co się nimi dołować. Miasto wracało powoli do życia, pojawiały się optymistyczne wiadomości, wracała siła, łączyła nas solidarność, w końcu mieliśmy jednego wroga. Ludzie łaknęli towarzystwa, chcieli być blisko, mieli potrzebę rozmowy, zwykłego bycia razem, choć chyba wszyscy mieliśmy świadomość tego, że na niektóre pytania i tak nie znajdziemy odpowiedzi. Wróciłam silniejsza. Ten jeden rok w Stanach był dla mnie niesamowitym testem dojrzałości. 

Kolejny taki moment przeżyłam, kiedy w 2010 wybuchł wulkan na Islandii i w konsekwencji zamknięto przestrzeń powietrzną nad Europą. Pracowałam wtedy w brytyjskiej firmie, która w dużym uproszczeniu była biurem podróży. Całymi dniami ja i mój zespół słuchaliśmy dramatycznych historii osób, które utknęły za granicą, bez pieniędzy, bez środków do życia, bez wyjścia, z daleka od rodziny i bez możliwości powrotu do domu. Ktoś nie mógł polecieć na zaplanowaną od dawna operację ratującą życie. Nie mógł się pożegnać z umierającą babcią. Ktoś nie poleciał na ślub, pogrzeb, sympozjum. Oczywiście – nijak się to ma do śmierci i zagrożenia życia, ale nikomu nie było do śmiechu, bo wiele tych historii to były ludzkie dramaty i na poziomie empatii ciężko było je przetrawić. I my podejmowaliśmy decyzje, kogo posadzić w samolocie, w momencie, kiedy mieliśmy kilka tylko miejsc, a setki chętnych. 

Jestem trzeci raz w takiej sytuacji, kiedy nie wiem, co będzie dalej. Czy towarzyszy mi strach? Tak. Czy się boję? Tak. Czy jestem przerażona? Tak. Wiem jednak, że moja sytuacja nie jest przecież beznadziejna. Mam bliskich obok. Nie muszę wychodzić z domu. Nikt z mojego otoczenia nie choruje. Poprzednie doświadczenia nauczyły mnie empatii. Naprawdę wiele osób ucierpi, zachoruje, może ciężko, może ktoś z rodziny umrze. Wiele osób straci pracę. Wiele osób straci środki do życia. Wiele osób, szczególnie tych starszych, zostanie usuniętych na jeszcze dalszy margines społeczeństwa. Wiele osób będzie musiało pogodzić pracę w domu z opieką nad dziećmi. Wiele osób będzie ryzykowało własnym życiem dla zdrowia i życia innych. Wiele osób będzie musiało podjąć decyzje, które być może spotkają się z krytyką. Tylko po co? Przecież wszyscy, niezależnie od sytuacji materialnej i szerokości geograficznej, chcemy jednego – zdrowia i szczęścia. 

Niektóre pytania pozostaną bez odpowiedzi. Niektórych zbiorowych działań nie będziemy w stanie zrozumieć. Niektóre odgórne decyzje będą rodziły nasz sprzeciw. Z wieloma rzeczami nie będziemy się w stanie pogodzić. 

W erze globalnego kryzysu masz wyjście być człowiekiem. Możesz zauważyć pracę tych, bez których Twoje życie byłoby ciężkie. Możesz komuś pomóc. Możesz docenić życie bez wielu rzeczy, które zwykle wydają Ci się niezbędne. Możesz próbować się przekonać, jakie wspaniałe są proste rzeczy, jak upieczony w domu chleb. Możesz myśleć pozytywnie. Możesz wykorzystać ten czas na zwolnienie i zastanowienie się nad tym, ilu prostych rzeczy zupełnie nie doceniasz na co dzień. I jak bardzo kruche jest życie. Jak bardzo Twoje plany może pokrzyżować choroba, kryzys, ktoś, coś. I przede wszystkim – jak wiele spraw nie ma absolutnie żadnego znaczenia. 

I jeśli można w ogóle coś pozytywnego wynieść z takich doświadczeń, może czegoś nas nauczą. Dla mnie to doskonała lekcja priorytetów. I pokory.

Written by calareszta.pl