Trudniejsze od wychowywania dzieci jest udawanie, że nie jest to trudne.

Trudniejsze od wychowywania dzieci jest udawanie, że nie jest to trudne. Wiem, że mieszkam w Polsce, gdzie niektórych rzeczy zwyczajnie się nie mówi, choć dla wszystkich są raczej oczywiste.

Nie rozmawia się o pieniądzach, bo jak ktoś ma pieniądze, to na pewno ukradł, o tym, że polski facet bywa zaniedbanym gburem śmierdzącym potem, a dzieci w Polsce od pokoleń wychowywane są przez pary jednopłciowe – mamę i babcię.  Ale jeszcze jedno jak dla mnie zbyt powolnie się zmienia. Wydaje nam się, że jesteśmy nowoczesne i otwarte, żyjemy w partnerskich związkach i podejmujemy świadome decyzje, które sprawiają, że nasze życie jest lepsze. Życie, które coraz częściej udaje nam się wieść po swojemu. Podczas gdy tak naprawdę patriarchat ma się doskonale i święci triumfy.

Zadziwia mnie to i piszę o tym, bo CODZIENNIE pojawia się ktoś, kto dziwi się, że mnie tylko siedzenie z dziećmi nie odpowiada, że uważam, że trzeba mieć swoje życie, że związek jest ważny, praca, własne pieniądze, hobby i czas na granie tych wszystkich życiowych ról, z których rola matki, choć ważna, nie jest jedyna. Kobiety, które uważają, że jeśli ja wychodzę z koleżanką, to odbieram coś moim dzieciom, jeśli mam pracę, to jestem karierowiczką, bo przecież mogłabym przejść na system edukacji domowej i poświęcić swój czas w jedynym słusznym i szczytnym celu. Dzieci tak szybko rosną. Ano rosną, a razem z nimi mija życie, jedyne, które będę miała.

Ja wiem, że są kobiety, które nie mają życia poza domem i dziećmi. To się rodzi we wczesnym dzieciństwie, to oprogramowanie wgrane przez matkę i babcię, nieobecnego ojca i wartość rodziny, która jest nadrzędną, trywializującą i spychającą wszystko inne na margines, wartością. To wychowanie w kulcie, że nie wolno głośno powiedzieć, że się jest zmęczoną, że macierzyństwo nas przerasta, że posiadanie dzieci na wielu polach nas rozczarowało, że ojciec nie jest takim samym rodzicem jak matka i możliwe, że w naszym kraju nigdy nie będzie, bo nadal jak powie, że bierze urlop tacierzyński, czekają go podśmiechujki, zamiast aprobata. Facet zmieniający pieluchy, facet wiążący kucyki, gotujący i spacerujący po placu zabaw jest niemęski, no ewentualnie pantoflarz.

Wiem, że są kobiety, których w macierzyństwie nic nie denerwuje ani nie męczy. Wstają z uśmiechem na ustach 30 razy w nocy, w dzień nie siadają, nie mają swojego życia, nie marzą o chwili dla siebie, bo dawno pogodziły się z zepchnięciem na dalszy tor i obserwowaniem życia zza wózka. Niektóre nawet potrafią być szczęśliwe, bo mają to, o czym zawsze marzyły, a innych marzeń nie miały. Znam jedną czy dwie takie osoby i nawet czasami w jakiś sposób zazdroszczę im podejścia do życia, w którym jedyną ambicją jest dziecko, podczas gdy ja chcę podbić świat, choćby tylko ten własny.

Dzisiejszy post nie jest do tych kobiet. Dzisiejszy post jest do kobiet, które zgadzają się ze mną w jednym. Trudniejsze od wychowywania dzieci jest udawanie, że nie jest to trudne.

Jeśli tu jesteś, to wiedz, że ja wiem, że są dni, kiedy zastanawiasz się, co nie podobało Ci się w życiu singielki. Wiem, że są dni, kiedy myślisz sobie jak taki słodki dwulatek może być jednocześnie takim małym diabłem. Dni, kiedy zachodzisz w głowę, jak tyle milionów matek na świecie nadal wstaje rano z uśmiechem na ustach i ciągnie ten wózek. Skąd biorą na to siłę? Przecież macierzyństwo to najtrudniejsza praca na świecie, która wykańcza psychicznie i fizycznie. Wiem, że miewasz dość, jesteś przerażona, wykończona i zdezorientowana.

Wiem, że są dni, w trakcie których byłaś sędzią, łagodziłaś konflikty, płakałaś, pocieszałaś płaczące dziecko, byłaś wściekła, podniosłaś głos, prosiłaś, aby nie krzyczeć, śmiałaś się do rozpuku, czułaś wstyd, zaraz potem dumę, miałaś wyrzuty sumienia, zrobiłaś coś ponadprogramowego, podcierałaś nosy, pupy i brody, czułaś obezwładniającą i wszechogarniającą miłość, tuliłaś, strofowałaś, tłumaczyłaś, powtarzałaś w kółko odwieczny taniec – przygotowanie, posiłek, zmywanie. Budziłaś, usypiałaś. To wszystko w trakcie 24 godzin!

Macierzyństwo jest cholernie trudne, ale trudniejsze od wychowywania dzieci jest udawanie, że nie jest to trudne! Po co? Po co zgrywać bohaterkę, udawać, że mamy gotową odpowiedź na każdy grymas i problem? Po co twierdzić, że wszystko, co związane z dziećmi jest dla nas takie boskie, obsypane brokatem i łatwe? Nie wierzę, że jest choć jedna, która nie cierpiała przez niewyspanie, pogryzione sutki, bunty dwulatków trwające 5 lat, niejadki, leniuszki, małe gnojki, wiercące dziurę w brzuchu męczybuły, nieproszone rady obcych ludzi, odpieluchowanie, choroby wieku przedszkolnego, wiecznego gluta, ekwilibrystyczne kombinacje godzenia pracy z wychowaniem dzieci. Nie wierzę, sorry, nie kupuję tego.

Mnie udawanie nie przynosi pocieszenia. Mnie udawanie męczy. Mnie jest łatwiej, kiedy mogę powiedzieć: „miałam zły dzień” i osoba, do której kieruję te słowa, nie mówi, o rany ależ jesteś wyrodna, po co sobie te dzieci robiłaś, tylko porozumiewawczo i ze zrozumieniem potakuje, proponuje pocieszenie, pomoc, kieliszek wina, albo spacer na skołatane przez bombelki nerwy. To nie jest wina dzieci, ani moja, bynajmniej. To wcale nie oznacza, że czegokolwiek żałuję, nie kocham moich dzieci nad życie albo nie nadaję się do tej roli. Takie po prostu jest życie, mówienie, że jest cały czas pięknie to bujda na resorach!

Omijam szerokim łukiem perfekcjonistki, ich wdzięczny optymizm i przyklejone uśmiechy. Daję sobie i innym pozwolenie na dawanie upustu wszystkim emocjom, od euforii, oddania, zachwytu i zapału po lęk, znudzenie, gniew i rozgoryczenie. Nie jesteśmy przecież lalkami Barbie z na stałe przyklejonym uśmiechem!

W jednej chwili myślisz, że z miłości pęknie Ci serce, a w drugiej szukasz najbliższego okna życia.

Mam dość zdalnej nauki i godzenia jej z pracą, fochów trójki dziewięciolatków, niepewności jutra i pełnego domu codziennie, od marca. Mam dość. I nie udaję. Bo trudniejsze od wychowywania dzieci jest udawanie, że nie jest to trudne.

Ale wstaję codziennie rano, ponarzekam, tupnę nóżką i zabieram się za obieranie warzyw do zupy dla dzieci. Chce mi się płakać, ale wiem, że jestem szczęściarą.

Bo bycie matką jest jak skok ze spadochronu z ludźmi, którzy swojego spadochronu nie potrafią otworzyć. Latasz więc naokoło i im pomagasz, a w końcu dla Ciebie brakuje czasu i uderzasz o ziemię.

Ale nie umierasz. Wstajesz i robisz kolację.

Jutro też skoczę.

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.