Ten rodzaj wkurwu i zmęczenia, który nie mija.

Ten rodzaj wkurwu i zmęczenia, który nie mija? Znasz go?Ja znam doskonale i codziennie próbuję z nim walczyć, ale minęły LATA zanim to sobie uświadomiłam.

Ale po kolei. Znasz syndrom gotującej się żaby? Wrzucona do gotującej się wody żaba momentalnie z niej wyskoczy. Jeżeli żabę włoży się do wody letniej i zacznie podgrzewać, jej czujność będzie uśpiona i w końcu żaba się ugotuje. Tak samo jest z macierzyństwem. W końcu gdyby ktoś Ci kiedyś powiedział, że przez kilka lat nie będziesz spała, na pewno byś w to nie uwierzyła. Nie uwierzyłabyś też, że można nie dojadać, nie dosypiać, nigdy nie być nigdzie w samotności i nie słyszeć własnych myśli, a jednocześnie nie mieć nic nigdy zrobione do końca i jakoś w tym funkcjonować. Nie uwierzyłabyś, że taki mały człowiek jest w stanie tak bardzo absorbować.

U mnie ten rodzaj wkurwu i zmęczenia, który nie mija objawił się tym, że budziłam się zmęczona. Choćbym położyła się o 17, na następny dzień wstawałam wykończona. Bo na zmęczenie wielu lat nie pomoże jedna przespana noc. Moje obowiązki przecież nigdy się nie kończyły. Moje „muszę” nadal tam było, nawet jeśli zaliczyłam zalecaną ilość snu. Ba, nawet kiedy wyjeżdżałam na weekend, zmęczenie nie mijało. Nadl przecież byłam mamą, od tego ucieć się nie da.

Podobnie było z nerwowością i frustracją. Ona nie mijała po jednym dobrym dniu. Bo ten stan ciągłego podenerwowania zbyt długo trwał, aby ot tak mógł minąć. Aż nagle cierpliwości brakowało do podstawowych niewielkich czynności, któe podnosiły ciśnienie.

Ja wiem, że jestem uprzywilejowana na wielu płaszczyznach i ciężko jest mi wejść w buty wielu osób, które mnie tu czytają. Chcę tylko napisać, że złość, wkurw, krzyk, zmęczenie to nie są oznaki bycia kiepską matką. Ten rodzaj wkurwu i zmęczenia, który nie mija, jest normalny i doświadcza go ogromna większość nas. Ten rodzaj wkurwu i zmęczenia, który nie mija, to mogą być oznaki wyczerpania, fizycznego i psychicznego. To może być znak, że już się gotujesz, ale nie masz siły z tego gara wyskoczyć.

To te momenty, kiedy myślisz sobie, że kiedyś byłaś oazą spokoju, potrafiłaś chłodno negocjować z klientami, nigdy nie dawałaś się sprowokować, powtarzałaś w kółko te same komunikaty, a teraz wybuchasz przy byle pierdółce i drzesz się jak wariatka o rozrzucone buty i smugę pasty do zębów, drzesz się o pierdoły na swoich bliskich, których kochasz przecież nad życie. Jak to się dzieje?

A no tak. W końcu miarka się przebiera. Notoryczne, wieloletnie stawianie siebie na samym końcu kolejki potrzeb w pewnym momencie sprawia, że wybuchamy. To jest zmęczenie ciągłym robieniem wszystkiego, byciem na każde zawołanie i ogarnianiem życia, zdrowia, domu, pracy, zaspokajania potrzeb wielu osób, pamiętaniem o milionie spraw. I byciem ciągle do tyłu. I stres. I oczekiwania. I brak czasu wolnego. Mam wymieniać dalej?

To te momenty, kiedy wybuchasz zupełnie niewspółmiernie do wagi problemu. Ponosi Cię na wyżyny wkurwu, bo nie możesz domknąć bagażnika w samochodzie. Coś, co dla wielu może wyglądać jak przesadna reakcja, dla Ciebie jest po prostu wyrażeniem emocji, które wielokrotnie musisz w sobie tłumić. Przecież nie powiesz dwulatkowi, że nie jesteś tak naprawdę wkurwiona na butelkę, która nie chce się zakręcić, a niesprawiedliwość, która jest udziałem matek, na brak wsparcia, na ciągłe ocenianie, czy nadmiar obowiązków, na stres, brak pieniędzy, na dzień świstaka.

Dobrą stroną tych wybuchów jest to, że to jest to czerwone światło ostrzegawcze, które właśnie daje nam po oczach. To jest moment, w którym powinnyśmy się zatrzymać i pomyśleć, czego nam potrzeba. Złość jest czymś normalnym, nie musimy się jej wstydzić. Dobrze jednak jest coś z tym zrobić, żeby nasze dzieci nie zapamiętały nas wiecznie wkurwionych i nabuzowanych.

Chociaż wiem, że to łatwiej powiedzieć/napisać niż zrobić, może warto COŚ zmienić. Nie wszystko, bo wszystkiego zmienić się nie da, ale coś na pewno warto (w myśl zasady: jeśli nic nie zmienisz, nic się nie zmieni). Może to ktoś wkurza Cię swoim zachowaniem, może obowiązki można z kimś podzielić, może dałoby się obniżyć własne oczekiwania, może poprosić kogoś o pomoc i przestać udawać, że sama, ja sama, zawsze sama, to się tak da wszystko i zawsze? Może da się zainwestować w coś (lub kogoś) co czasami Cię wyręczy? Gotowe obiady, samojezdny odkurzacz, niania? Może da się wykroić choćby godzinkę dla siebie?

Ja sobie odpuściłam. Mam wspaniałego męża, z którym przeprowadziłam kilka konstruktywnych rozmów na temat: coś się musi zmienić, bo nie wyrabiam, zabawa w dom przestaje mnie bawić, wkrótce oszaleje, nie ogarniam. Latami na automacie robiłam wszystko, aż bateryjki siadły i nie dało się już wymienić. Z dziećmi przeanalizowałam co one mogą już same ogarnąć, w czym ja nie muszę uczestniczyć i jak mogą pomóc w domu, abyśmy wszyscy mogli w nim odpocząć, a nie tylko harować. W pracy ukryłam kilka nadproduktywnych osób, które psuły mi humor swoimi osiągnięciami i motorkiem w dupie. Liczbę toksycznych przyjaciółeczek zredukowałam do 0. Nauczyłam się odpoczywać i odmawiać. Również sobie. Mogę nic nie chcieć, mogę nigdzie nie być i może mi być z tym całkiem błogo.

Nikomu nic nie zazdroszczę, ciągle sobie powtarzam zdanie, które w żartach wypowiedział mój stary. Otóż kiedyś wysłałam mu info o tym, że Lewandowski zarabia około 8 milionów złotych miesięcznie. Na co mój mąż odparł: ale czy jest szczęśliwy? 😊

Co prawda ja wiem, że lepiej płakać w Mercedesie niż w tramwaju i pieniądze podobno szczęścia nie dają, ale Ty to sprawdź, ale co mi po tych zszarganych dochodzeniem do tej kasy nerwach, nie widywaniem rodziny, bo robota czeka i kompletnym brakiem czasu, który razem z tą kasą zwykle idzie w parze? Mogę chcieć mniej, mam ten komfort, ale długo musiałam to sobie w głowie układać. Pomogła mi terapia, ambicja to też może być choroba.

Odkąd pogodziłam się z myślą, że moje dzieci są super takie, jakie są i nie na wszystko mam wpływ, jest mi lżej. No mają wady, jak każdy człowiek, będę kochać, będę wspierać, ale i tak cholera wie co z tego wyrośnie. Przestałam myśleć o macierzyństwie jako o projekcie, za który zgarnę jakieś nagrody. Jestem, czuwam, kocham nad życie, ale akceptuję nasze całkiem normalne ograniczenia, z obu stron.

Nie wiem, czy ten post Tobie akurat pomoże, ale przemyśl to. Jeśli wkurw towarzyszy Ci codziennie, przemyśl to. Warto, dla siebie, dla rodziny, dla dzieci i świętego spokoju coś zmienić i upuścić trochę ciśnienia. Ten rodzaj wkurwu i zmęczenia, który nie mija, można jednak zredukować do znośnych rozmiarów, wiem z autopsji.

Nie bądź żabą.