Nie wychowuję syna na męża. Wielokrotnie w ostatnim czasie tak się złożyło, że pokazałam syna, który podaje nam kawę do łóżka, albo odkurza, czy gotuje. Cóż w tym dziwnego, w końcu ma 9 lat. W wielu miejscach na Ziemi i tak byłby dużo bardziej samodzielny, niż rzeczywiście jest. 

No cóż, nie musi pracować, a my dzieci mamy trójkę, a nie szóstkę, więc nie musi zajmować się swoim młodszym rodzeństwem, nie pomaga na roli, nie karmi bydła, owiec nie pasie, w domu mamy centralne, więc w izby grzać też musi. Nie musi też łąk i pól przemierzać, aby kupić w najbliższym sklepie kawałek kiełbasy dobrze obsuszonej, jak to czyniły Dzieci z Bullerbyn. Nawet te czynności, które potrafi wykonać, teraz stały się proste. Odkurzacz wystarczy zanieść do właściwego pokoju i trasę przejazdu oczyścić z Lego, naleśniki pomaga robić kuchenny robot, a kawa to kwestia dwóch guziczków.

Tak samo jak widok ojca z dzieckiem na placu zabaw nie powoduje, że biję brawo na stojąco, tak samo 9 latek robiący kanapkę nie sprawia, że pieję z zachwytu. Owszem, chwalę, bo tę kawę do łóżka to robi sam z siebie, a to już jest mega miłe. Co do samych umiejętności jednak – nadal jest wiele do zrobienia, wiadomo, chłop ma 9 lat. Ma jeszcze czas na trzydaniowe obiadki i kładzenie tapet.

Strasznie mnie to wkurza, bo za każdym razem, kiedy go pokażę i jego ogarnianie jakiegoś życiowego zadania czy domowego obowiązku, pojawiają się głosy, że uuuu, będzie dobrym mężem. Niby wiem, że to są żarty, klepane często bez myślenia, automatycznie. Ale i tak mnie to denerwuje. Nie wychowuję syna na męża, a córek na żony.

W ogóle jakoś mi się to w głowie nie mieści, żeby nadal, w 2020, towarzyszyło nam takie myślenie. Jakby jedyną rolą człowieka było zostanie mężem czy żoną, serio?

Czy to oznacza, że gdzieś pod skórą czujemy, że jako samodzielny byt jesteśmy gorsi? Mniej kompletni? Naszym jedynym życiowym celem i sensem tego życia jest połączenie się w parę?

No cóż, ja tak nie uważam. Mało tego, uważam, że można być całkowicie szczęśliwym nie będąc nigdy w małżeńskim związku, zakładam, że można wcale nie pragnąć prokreacji, bo dzieci nie są obowiązkiem, nie są dla każdego, to nie skarpetki. Może w końcu Dominik będzie miał męża, nie żonę, albo tylko święty spokój?

Samą męczyło mnie wiercenie dziury w brzuchu o męża, a potem o dzieci, które gdzieś tam pojawiało się w towarzystwie rodziny. Nic więcej się nie liczy? A sukces, a kariera, a hobby, a szczęście jednostki, a podróże, a podbój świata? Niby wszyscy absolutnie nie chcemy być tacy, jak własna matka i ojciec, a tu proszę, 9 latek i już pyk, presja, czy aby wybranka już jest, bo trening to a jakże, w trakcie. Brawo.

Nie wszyscy musimy zakopać się w pieluchach, nie każdy postrzega swoje szczęście u boku drugiej osoby. Co jeśli tej jednej jedynej nie uda nam się znaleźć? Co jeśli nie trafi nam się prawdziwa miłość? Na siłę trzeba, żeby społeczne oczekiwania spełnić?

Z ogromu związków, jakie znam, wiele to jednak związki średnio udane. Takie, które powodują, że do tego gniazdka wcale wracać się nie chce, ciągłe awantury odbierają radość życia, a osoba najbliższa staje się wrogiem, którego utopiłoby się chętnie w łyżce zupy. Jest się ze sobą z wygody, z przyzwyczajenia, przez dzieci, przez kredyt, może ze strachu czy na pewno w pojedynkę sobie poradzimy, czy nie pochłonie nas samotność, czy damy radę się utrzymać?

Nie życzę tego moim dzieciom i zakładam, że mogą wyłamać się poza schemat studia + ślub + dzieci. Wcale nie będę z nich mniej dumna, jeśli nie dadzą mi wnuków, ani zięcia. Bo ja nie wychowuję syna na męża, a córek na żony.

Mało tego, uważam, że czego Jaś się nie nauczy, to Jan nadrobi (pisałam o tym tutaj: https://www.calareszta.pl/czego-jas-sie-nie-nauczy-to-jan-nadrobi/). I gdyby kiedyś jakaś przyszła hipotetyczna synowa mi zarzuciła, że syna nie nauczyłam tego czy owego, odparłabym sorry kochana, widziały gały co brały. Jeśli syn czy córki nie wyniosą czegoś z domu, nauczą się po drodze. Albo i nie? Kochałabym swojego męża nawet wtedy, gdyby nie umiał zrobić prania, a cóż to strasznego opanować taką prostą czynność? Zakochałam się w człowieku, a nie w liście domowych obowiązków, które potrafił wykonać. Przestańmy w końcu obwiniać matki za to, że czterdziestoletni chłop nie potrafi sobie zrobić jajecznicy!

Nie wychowuję syna na męża. Strasznie to jest przykre, bo to podcina skrzydła. Po co w życiu cokolwiek robić, jak i tak liczy się tylko to, czy zaciągniesz kogoś do ołtarza. A przecież w życiu mamy tak wiele ról. Można być mężczyzną, synem, bratem, szwagrem, wujkiem, kolegą, przyjacielem, pracownikiem, nauczycielem, lekarzem, terapeutą, trenerem. Nie tylko mężem.  

Zakładam, że najważniejsze w życiu jest szczęście. Nauczenie się życia w sposób, który pozwala na satysfakcję, na nie ranienie siebie i innych, na dokonywanie wyborów, których się nigdy nie żałuje, na spełnianie swoich marzeń i życie pełnią życia na każdym polu i według własnych zasad, na lubieniu siebie, na byciu dobrym człowiekiem. I będę uczyła dzieci tego, że same w sobie są wartością, nie muszą wcale szukać drugiej połówki pomarańczy, to mity. Pokażę dzieciom na czym polega niezależność, aby nigdy nie musiały stać się zależne od kogoś. A kiedy się posiądzie te umiejętności, w każdym związku się uda.

Jeśli moje dziecko zdecyduje się kiedyś swoje życie z kimś dzielić, będę kibicować, jeśli nie, też. Nie wychowuję mojego syna po to, aby był dobrym mężem. Ma być dobrym człowiekiem. Tylko tyle i aż tyle.

Written by calareszta.pl