Każdy z nas ją zna. Albo była nią nasza własna matka, albo mama naszego ukochanego, a może babcia, a może mamy taką koleżankę. Męczennica. Wszystko sama, wszystkim pod nos podsunie, uprasuje, ugotuje, kupi to, co sobie wymarzą. Dla siebie nic. I tak bardzo się zapędziła w tym kołowrotku, że już inaczej nie umie. Dopóki się nie przewróci. I czasem, tylko czasem, żałuje. Zwykle wtedy, kiedy jest już za późno. Kiedy mąż odchodzi do innej, takiej w szpilkach i zadbanej, muzykę znającą nie tylko ze ścieżki dźwiękowej do „Krainy lodu”. Albo wtedy, kiedy dzieci wcale nie są wdzięczne za to, że „tyle dla Ciebie zrobiłam, tyle dla Ciebie poświęciłam”. 

Robi wszystko sama głównie tylko po to, żeby korony Zosi Samosi nikt jej nie odebrał. Nie umie inaczej, choć tytuł urobionej po pachy Matki Polki nikomu już nie imponuje. Wręcz przeciwnie – wzbudza litość. Ale i coś jeszcze. Męczennice robią swoim dzieciom krzywdę. Męczennice wychowują swoje córki w poczuciu, że ich potrzeby są mniej ważne. W poczuciu, że nadrzędną rolą kobiety i matki jest usługiwanie innym. W dziwnym świata porządku, gdzie kobieta nadal jest dyskryminowana. We własnym domu i na własne życzenie. Męczennice wychowują swoich synów w przeświadczeniu, że kobiety są niewolnicami, a obowiązki domowe i rodzinne są przeznaczone i zarezerwowane tylko dla kobiet i są prawdziwego samca niegodne. Burdel posprząta, obiad ugotuje, z imprezy przywiezie, o urodzinach mamusi pamięta, dzieci ogarnie. 

Nie poprosi o pomoc, nie pójdzie na łatwiznę, nie wyda grosza na siebie i czasu dla siebie nie zostawia. Za to w domu ma błysk, podpierając się nosem zrobi i trzydaniowy obiad i babeczki do szkoły, w nocy ogarnie strój na przedstawienie. Musi sama, kupne złe. Musi, bo przecież inaczej to znaczy gorzej. Obiad musi być codziennie, bo chyba rozstąpiło by się niebo. Prawdziwe matki nigdy nie chodzą na łatwiznę. Prawdziwe żony pamiętają, że w domu ma być i zupa i d…a. Wiecznie zmęczona, wiecznie starająca się wszystkim na około udowodnić, że może wszystko sama, każdemu musi dogodzić. Poda, podniesie, zrobi. W Święta marzy, żeby już się skończyły, bo jest umęczona tygodniami sprzątania i przygotowań, ale w głowie jej się nie mieści, żeby okna nie były umyte, a na stole nie było jej słynnych śledzi, sernika i pięciu sałatek. I robi to wszystko często dla rodziny, która wcale tego nie docenia i ze smakiem zjadłaby też sernik z cukierni.

Ale to nie jest tak, że tego nikt nie widzi. Widzą to Twoje dzieci. To im pokazujesz, czym w Twoim mniemaniu jest kobieta, żona, matka. Tak samo, jak pokazujesz im świąteczne tradycje, sposób spędzania weekendu, uczysz grzeczności i zasad, tak samo przekazujesz im cenną lekcję od życia. I jeśli Tobie życie w niewielkiej odległości od piekarnika, zlewu i pralki, gotowa służyć swojej rodzinie 24/7 nie do końca odpowiada, nie chcesz go dla siebie, ani tym bardziej dla swoich córek – trzeba coś zmienić. Bo widzą to Twoje dzieci. Męczennice robią swoim dzieciom krzywdę.

A może dla swojego syna chcesz fajnej żony? Fajne kobiety nie lubią być w związkach z mężczyznami, dla których wstanie w nocy do dziecka, czy zmienienie pieluchy jest niemęskie. To nie era kamienia łupanego. Swojego syna musisz nauczyć i umieć zrobić coś do jedzenia i zrobić pranie i posprzątać i być na wielu innych polach samowystarczalnym. A przede wszystkim musisz go nauczyć, że związek jest partnerstwem, a nie układem niewolniczym, w którym on sobie wziął na życie służącą. Musisz go nauczyć szacunku.

Chcę, aby dzieci zapamiętały mnie jako silną kobietę. Kochającą matkę, która umiała w kuchni zrobić nie tylko bałagan, miała zawsze dobre słowo i… wymalowane paznokcie. Chcę, aby moje dzieci widziały, że dbałam o siebie i dla siebie samej byłam bardzo ważna. Chcę, żeby widziały, że ich ojciec zabierał mnie na randki, mówił, że jestem piękna, że mam ładną sukienkę, po czym otwierał przede mną drzwi do świata, w którym dbaliśmy o nasz związek. Chcę, żeby widziały, że mąż przynosi mi do łóżka kawę i wie, gdzie jest mop, kiedy rozleje się mleko. Chcę, żeby widziały, że jest wdzięczny za to co ja robię, a ja dziękuję mu za to, co robi on. Chcę, żeby widziały, że nawzajem próbujemy sobie dogodzić i szanujemy swoje ograniczenia. Mogę dać mu pospać w weekend, a on zgarnia dzieci na plac zabaw, kiedy potrzebuję poleżeć w wannie. Chcę, żeby widziały, że moja rola kobiety i partnerki jest równie ważna, co rola matki. Chcę dzieci nauczyć partnerstwa. Tego, że facet w domu nie pomaga, bo to też jego dom (pisałam szerzej o tym tutaj: https://www.calareszta.pl/facet-domu-pomaga-tez-dom/). I może posprzątać, zaopiekować się dziećmi, ugotować, podać. Tak się utarło, że ponieważ to ja głównie gotuję, to mąż po kolacji sprząta. W jeden dzień dzieci kładę ja, w drugi on. Przecież nie są tylko moje! Oboje chcemy po długim dniu wyciągnąć się na sofie. Robimy to, kiedy skończymy porządki. A nie – on zmęczony się kładzie, a ja odbębniam kolejny etat. Jak długo można tak żyć? Czy naprawdę ta plakietka Matki Polki męczennicy jest ozdobą? Zabierzesz ją do trumny, ale co poza tym?

Chcę, aby dzieci zapamiętały mnie jako korzystającą z życia, a nie tylko z odkurzacza. Musimy koniecznie nauczyć nasze dzieci, że matka to też człowiek. Ma prawo do wyjścia z domu bez dzieci. Chce iść do kina wcale nie tylko na drugą część „I nie ma mocni”. Ma koleżanki, z którymi, tak jak i Ty Kochanie ze swoimi koleżankami, chce się spotkać. Ty idziesz w tym celu na plac zabaw, a mama wychodzi do kawiarni. I tyle. Ma prawo do zabawy, jak wszyscy. Ma prawo do wydawania na siebie pieniędzy, dbania o siebie i odpoczywania. Ma prawo olać chwilowo burdel i poleżeć z książką, która ją wciągnęła. Czy to jeszcze komukolwiek trzeba tłumaczyć? Chyba trzeba, skoro codziennie dostaję wiadomości od kobiet, które mają dość. Nie mają siły, czasu, energii, są załamane życiem, które przyszło im wieść. Nie tak wyobrażały sobie małżeństwo, macierzyństwo.

Niezależnie od posiadania siusiaka, lat 4 czy 40, w domu wszyscy mają obowiązki. Każdy jest w stanie włożyć swój talerz do zmywarki, czy powiesić pranie. W końcu wszyscy w tym domu mieszkamy i wspólnie powinniśmy o niego dbać. Każdy na miarę wieku i możliwości. Jeden lubi sprzątać (ja nie lubię), drugi gotować (kocham), więc podział prac może stać się naturalnym wyborem. Wszyscy mają ręce, nogi i oczy. Matka nie ma radaru pozwalającego jej tylko zlokalizować kosz na brudną bieliznę. Taki na przykład siedmiolatek może spokojnie zrobić śniadanie dla siebie, sióstr i rodziców. Serio. Wczoraj widziałam na własne oczy, u siebie w domu! A jak pranie wiesza! Z prędkością światła, sama tak nie umiem.

Chcę nauczyć moje dzieci szacunku, partnerstwa i odpowiedzialności, a nie życia w poczuciu wykorzystywania, poświęcenia czy oczekiwania, że ktoś je wyręczy. Chcę je wychować w przeświadczeniu, że założenie rodziny automatycznie nie oznacza, że stają się niewolnicami (córki), albo biorą sobie do ogarniania „niemęskich” zajęć służącą (syn). I jeśli w Twoim domu jest inaczej, może pora to przemyśleć. Bo dzieci patrzą. I wyciągają wnioski. Męczennice robią swoim dzieciom krzywdę. Nie daj się, a swoje dzieci wychowuj mądrze.

Zdjęcie – źródło. 

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl