Za nami kolejny etap życia. 2 lata i 7 mcy w Australii. Można powiedzieć, że to szybko, że za krótko, że coś się nie udało, uciekamy, emigracja nas pokonała, a teraz możemy razem z Rysiem Rynkowskim zawyć „wypijmy za błędy”.

Dla nas nie był to jednak błąd, absolutnie. Poza językiem, który opanowały dzieciaki, wspaniałymi znajomościami, które udało nam się zawrzeć, doświadczeniem świetnej szkoły, zobaczyliśmy wiele miejsc, o których wcześniej nawet nie marzyliśmy. Dubaj, Singapur, dwa razy Bali, Tajlandia i wzdłuż, i wszerz Zachodnia Australia, stan, w którym mieszkaliśmy. Na końcu świata, ale piękny. Te białe plaże, krystalicznie czysty ocean, błękitne niebo i kangury na wolności trzeba kiedyś w życiu zobaczyć na własne oczy. Te 2 lata z dużym hakiem to był doskonały na wielu płaszczyznach czas. 

Wracamy z przeświadczeniem, że tego, czego szukamy, w Perth nie ma, choć z oddali ciężko to było zauważyć. Tak więc nie, ta decyzja nie była błędem i jej nie żałujemy. Życie jest przygodą. Na jednej z pożegnalnych imprez dostałam kartkę, w której kumpelka napisała, że inspiruje ją mój sposób życia, bo ja żyję, a nie tylko egzystuję. Lepiej bym tego nie ujęła. Każde życiowe doświadczenie to cegiełka, z której jesteśmy zbudowani. I ta była nam widać do szczęścia potrzebna. To nie był nasz pierwszy długi pobyt na antypodach, możliwe, że ostatni, ale kto to wie?

Przed wyjazdem spakowaliśmy cały nasz dobytek i wynajęliśmy część kontenera, w którym popłynie do Polski. Tym razem zrobiliśmy wielką wyprzedaż naszych mebli, ciuchów, butów, książek, zabawek, sprzętów, których już nie potrzebujemy lub nie kochamy. Polecam bardzo marketplace na Facebooku. Sprzedałam w ten sposób masę rzeczy. Szybko, wygodnie i bezpiecznie. Facebook ma przewagę nad gumtree czy innymi olx, bo widzisz kupującego, możesz mu wystawić opinię, napisać komentarz, itp. I kupujący i sprzedający są po prostu mniej anonimowi, stąd transakcje pewniejsze. Z tym sprzedawaniem wiąże się wiele komicznych sytuacji. Po pierwsze – ludzie nie czytają treści ogłoszenia i marnują czas zadając pytania o kolory, wymiary, lokalizację, choć mają to podane na tacy. Po drugie – sprzedając używane rzeczy musimy liczyć się z tym, że nikt nie da nam za nie ceny nawet zbliżonej do tej, którą zapłaciliśmy. Po trzecie – standardem jest, że jeśli sprzedajesz rower dla dziecka, znajdzie się pięć osób, które zahaczą Cię pytaniem, czy może nie masz na zbyciu piły tarczowej, bo akurat szukają. Weź to ogarnij.

W przedostatni dzień w Perth zostało nam nadal pół garażu rzeczy, z którymi nie za bardzo wiedzieliśmy, co zrobić. Mąż w popłochu i z przerażeniem szukał wysypiska, ja martwiłam się czasem, który musimy na to wywalanie gratów poświęcić. Czasem, który się kurczył. Kontener już popłynął, walizki zapakowane, co robić? Wpadłam na genialny pomysł i też na Facebooku i różnych lokalnych grupach sprzedażowych powiesiłam zdjęcie i krótki opis, w którym wyjaśniłam, że wyjeżdżamy z kraju i mamy do rozdania, całkowicie ZA DARMO, mnóstwo pożytecznych rzeczy dla dzieci i dla dorosłych. W ciągu dosłownie dwóch godzin z garażu zniknęło 98% naszych gratów. Pojawiło się mnóstwo ludzi, singli szukających sprzętów do nowo wynajętych domów, ubogich rodzin, emigrantów, osób szukających okazji, rodzin wielodzietnych, pan po rozwodzie szykujący nowe stare gniazdko, wolontariuszki pomagające w schronisku dla kobiet – ofiar przemocy. Jak się cieszę, że te rzeczy udało mi się puścić do kolejnego obiegu i dać im nowe życie, zamiast wyrzucić je na śmieci! Apeluję do wszystkich – nie wyrzucaj! Każdy grat, każda potwora znajdzie swojego amatora. Coś, co dla Ciebie może być nietrafionym prezentem, meblem, który zawadza, czy kiecką, która nie pasuje, dla innej osoby może być prawdziwą zdobyczą i jeszcze chętnie sam sobie to od Ciebie odbierze. To bardzo fajny i przyjazny planecie zwyczaj! A ile dobra i bezinteresownej pomocy.

Jedyną rzeczą, która nam się nie udała, była sprzedaż mojego samochodu. Po prostu za późno się tym zajęliśmy, może trochę z obawy, aby w tym ogromnym mieście nie zostać bez transportu? Ale i z tym mieliśmy ogromne szczęście, bo samochód sprzedał się dwa dni po naszym wyjeździe. Czy to nie prawdziwy fuks?

.

Pisałam te słowa z Singapuru, który nigdy nie był na liście moich miejsc, które muszę kiedyś zobaczyć. Powiem jednak szczerze, że takich miejsc dużo na mojej liście nie ma, a do tych, które są, szczególnie się nie przywiązuję. I wcale nie wynika to z tego, że nie mam marzeń. To jest raczej tak – Bali też mi się nie marzyło, tak wyszło. Poleciałam do Australii, a tam wypad na Bali to jak z Kraka do Warszawki na weekend. Dlatego nie nakręcam się podróżniczymi planami, bo wiem, że niektóre z ich same się pojawią w moim życiu w dobrym czasie i miejscu, a mnie spodoba się wszędzie. I tak pojawił się Singapur.

Singapur jest piękny, czysty, nowoczesny, bardzo drogi i zatłoczony. No i oczywiście piekielnie gorący. To jedno z najbardziej rozwiniętych państw na świecie. To tak w skrócie. Miasto Lwa zachwyca i męczy. Zachwyca nowoczesnością i postępem, męczy ilością ludzi i zakazów. Nie ma tu graffiti, śmieci, zabytków, dziwaków, pijaków, nagabywania, naciągania, nie śmierdzi, ludzie są pięknie ubrani i zadbani. Wszystko jest nowiutkie i ekskluzywne, nawet metro lśni czystością. W Singapurze jest i kara śmierci i karanie chłostą. Ogromne kary pieniężne można zapłacić za palenie w miejscach publicznych, niespłukanie wody w toalecie czy chodzenie po własnym mieszkaniu nago. Może dlatego wszyscy chodzą jak w zegareczku? A jednocześnie to tu poczułam się znowu jak wśród Rosjan na śniadaniu w bezgwiazdkowym hotelu w Egipcie. Wszyscy w tym Singapurze się strasznie pchają, popychają, walczą o swoje. Kumam, że jest ich mnóstwo i to taki instynkt przetrwania, ale już się od tego odzwyczaiłam. Może kiedyś napiszę osobny post o tym pięknym mieście, w każdym razie bardzo polecam, warto go zobaczyć. I dla fanów Friendsów perełka – jedyna poza USA kawiarnia Central Perks na licencji Warner Brothers, napakowana odniesieniami do kultowego serialu, z gadżetami, meblami, strojami i menu inspirowanym postaciami. 

Zaplanowaliśmy tę wycieczkę dla dzieci. W 6 dni byliśmy w Universal Studios, w Legolandzie, w KidZanii, w przepięknym akwarium i wielu innych miejscach dla dzieci. Wszystko po to, aby wywrócenie życia do góry nogami trochę osłodzić. Choć nie powiem, na razie jesteśmy mile zaskoczeni, dzieci przyjęły nasze decyzje entuzjastycznie. No ale wiadomo, jeszcze nie wiedzą, co je wkrótce czeka. Moje dzieci, chyba jak większość ośmiolatków, żyją dniem dzisiejszym. 

.

Spędziliśmy trzy intensywne dni w Jaworznie, z którego pochodzę. To strasznie dziwne uczucie, wrócić się do tych uliczek, znajomych miejsc. Jestem u siebie, woła do mnie to przeświadczenie z każdego kąta, choć nie mieszkałam już tutaj ponad 20 lat.

Nic mnie nie rozczarowało ani nie dziwi, ani jakoś szczególnie nie martwi. Jest tak, jak było. Jest tak, jak będzie. Ja Polski wszystkie plusy i minusy doskonale znam. I naszą żółć narodową też. Możliwe, że przez bycie niejako publiczną osobą, znam to z najgorszej strony. To z netu dowiedziałam się przecież najgorszych o sobie rzeczy, porównań i epitetów, które ciężko zapomnieć. Nie mam ani różowych okularów, ani klapek, ani nawet nie boli mnie 17 stopni w sierpniu, bo upał wyszedł mi bokiem i chętnie pojechałabym w mróz i na narty. I co najważniejsze. Ogromna dziura w sercu i niepojęty, pojawiający się znikąd, nawet w momentach euforii, ścisk w gardle, zniknęły. 

Przed nami ostatnia prosta, dom. Jedziemy już ten pierwszy weekend w Polsce spędzić u siebie, choć na razie w domu mamy dwa łóżka i… pięknie zadbany ogródek. Ale nas już nic w życiu nie zdziwi, nawet spanie na podłodze. Ważne, że razem, w dobrym zdrowiu i humorze. I u siebie. Stoi przed nami mnóstwo wyzwań, choć bywają trudne logistycznie, są też ekscytujące.

.

Ostatnie dwa dni w Australii spędziliśmy w hotelu, żegnając się ze znajomymi. Pożegnałam się ze wszystkimi bliskimi mi osobami, w szkole, na siłce, z sąsiadami, nawet z ukochanymi kafejkami, parkami i sklepami. Ze zdziwieniem zauważyłam, że ja, osoba dość ciężko nawiązująca znajomości, zaskarbiłam sobie sympatię mnóstwa osób przez ten stosunkowo krótki czas. To bardzo miłe. Ogromnie miłe jest też wsparcie moich czytelników, którzy okazują nam masę sympatii wirtualnie i w realu. Nie znam słów, którymi można wyrazić tą wdzięczność. Dziękuję, tak zwyczajnie, po ludzku. 

Nie pożegnałam się tylko z plażą. Bo to na tej plaży wylałam najwięcej łez i doszłam do wniosku, że nawet jeśli mieszkasz w złotym pałacu na rajskiej wyspie, ale nie możesz do niego zaprosić bliskich, aby wspólnie dzielić się i cieszyć spełnionym życiem, to nie masz nic. 

    • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
    • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
    • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
    • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
    • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl