Zdalna praca i zdalna nauka kosztowały mnie sporo stresu. W okresie od marca do czerwca nabawiłam się nerwicy. Troje dzieci na zdalnym nauczaniu, praca, która przez dwa miesiące stała się nieprzewidywalna i generująca tylko koszty, bez żadnego zysku, mąż, który w swojej pracy codziennie łączy się telefonicznie z połową świata i tak głośno peroruje, że słyszą go listonosze, kurierzy i wszyscy sąsiedzi, pies, który chce psocić, bo właśnie wchodzi w fazę rozbrykanego nastolatka, Internet, który przy najszczerszych chęciach i najszybszych światłowodach, przy 5 osobach on line, robi figle, niekończące się pranie i ciągle tylko światełko w lodówce, to była nasza codzienność.

Jeszcze dodam do tego ciągłe podejrzenia, że skoro kichnęłam, na pewno mam covid, strach o zdrowie i życie rodziny, niepewność jutra i rosnąca frustracja. A wokół wszyscy byli wręcz pornograficznie produktywni, pisali książki, uczyli się japońskiego, na który w końcu mieli czas, ćwiczyli jogę i remontowali kuchnię.

Mnie nie chciało się żyć. Na wszystkich polach przegrywałam. Pracowałam całymi dniami, ale nic nie było zrobione. Gotowałam na potęgę, ale wszystko było zjedzone. Sprzątałam, a ciągle było brudno. Niby cały dzień spędzałam z dziećmi, ale tak naprawdę nie spędzałam go z nimi wcale. To wszystko mnie osobiście przerosło, nowa rodzinna rzeczywistość wywróciła nasz dotychczas raczej uporządkowany świat do góry nogami. Poziom stresu podniósł się do tego stopnia, że w końcu zaczęłam mieć jedno marzenie – żeby dzieci w końcu wróciły do szkoły i żeby w końcu wróciła harmonia i spokój!

No ale co tu dużo mówić, wirusek covidek ma się doskonale, nigdzie się nie wybiera, doszło w końcu do mnie, że to ja muszę być elastyczna, a nie czekać, aż ktoś, gdzieś, jakoś mnie zbawi. Zdalna praca i zdalna nauka to nie przelewki, ani nawet nie stan tymczasowy, trzeba działać, żeby nie oszaleć.

Naszym podstawowym problemem było to, że dzieci siedziały razem, przy jednym biurku. Choć mają swoje pokoje, net dzielony na 5 okazywał się za słaby, poza tym nie mieliśmy odpowiedniej ilości sprzętu. Wszystkie razem pół dnia spędzały na podbieraniu sobie ołówków, rysowaniu sobie w zeszytach i na igrzyskach o miejsce pośrodku. Oł maj gad, wychodziłam dosłownie z siebie jak próbowałam w tym wszystkim złapać konstruktywną myśl i zdanie wielokrotnie złożone, a nie tylko okrzyk „wynocha mi z domu”! To dlatego w wakacje kupiliśmy dzieciom na urodziny własne ipady (no wiem, wiem, matka roku, cała rodzina się zrzuciła, chyba rzeczywiście widać było, że mamy obłęd w oczach), słuchawki z mikrofonem i każdemu osobny, niezależny net. Odkąd każdy pracuje na własne konto, w swoim pokoju, zapanowała cisza, spokój i pokój.

U nas w domu sprawdza się też codziennie grafik. W sumie raz, a porządnie opracowany, teraz wymaga tylko małych, codziennych modyfikacji. Grafik na miarę pandemii, okrojony i dla wszystkich łaskawy. Mamy w miarę stały plan dnia, w tym akurat pomogła szkoła, dając nam gotowy plan zajęć on line. Dzieci mają codziennie przerwę na obiad i zabawę, która jest dość długa i jeśli jej nie zaplanujemy, mamy problem w tym czasie pracować, a że jest to akurat środek dnia, był z tym niemały kłopot. Teraz tak się zorganizowałam, żeby o tej 12:30 podawać dzieciom obiad (wolnowar ratuje życie, wiadomo, danie nastawione rano bez mojego udziału jest akurat gotowe w południe, pisałam o tym tutaj: https://www.calareszta.pl/wolnowar-czyli-ugotuje-sie-samo/). Potem dzieci robią prace domowe i czytają lektury, a jak się im to uda skończyć, jest czas na zabawę. Kiedy jest ładna pogoda, przesuwam swój poranny bieg na ten czas i idziemy: ja biegać, dzieci na rower.

Szkoła kończy się o 15:30 i tutaj znowu wprowadziliśmy zmianę. To wtedy, oczywiście po odrobionych lekcjach, bo ja wychodzę z założenia, że lepiej zrobić i mieć z głowy, niż czekać na ostatni dzwonek i robić w nerwach, dzieci mają godzinę czasu na ekran, a ja nadal pracuję. O 17 jesteśmy gotowi do zabawy. Gramy w planszówki, układamy lego, robimy kolację, co nam tam przyjdzie do głowy, jesteśmy po prostu razem, w piątkę. I tak do 20, do momentu, aż dzieci nie pójdą spać. Plan jest mega prosty, ale działa.

Największy problem miałam z tym, że dzieci jednak często mi przerywały, coś im nie działało, czegoś chciały, a tu jeść, a tu pomóż, a tu nudno. Teraz wiedzą, że do 15:30, z małą przerwą na lunch, muszą zająć się szkołą, a jeśli wszystkie zadania uda im się zrobić i przeczytać lekturę, mogą zająć się zabawą, z tym, że bez mojego udziału.

Podobnie jak w szkolne dni, kiedy dzieci wychodziły z domu, rano robię im śniadaniówki, choć przecież są w domu. Ile mnie to zaoszczędza czasu! Dzieci mają co jeść, więc nie pielgrzymują co 3 minuty do lodówki i nie łażą w kółko do mojego biura spytać, czy mogą jabłko, czy mogą soczek, kiedy kanapka, dekoncentrując moją uwagę. Jemy śniadanie, potem one drugie śniadanie, a następny jest obiad. Koniec żywieniowego tematu.

Wydaje mi się, że nasz początkowy problem polegał na tym, że dzieciaki nie miały żadnych atrakcji. Wiecie, jak to jest, szkoła, praca, obowiązki, każdy dzień podobny do poprzedniego. Teraz staramy się codziennie coś zrobić, co dzieci lubią, mogą to być zabawy wybrane przeze mnie, mogą być przez dzieci. To nasz wspólny czas. Dzieciaki wiedzą, że do tej 17 jesteśmy zajęci, ale potem będziemy się razem bawić i jakoś jest im łatwiej to zrozumieć. Teraz po prostu działamy jak zespół, w którym każdy ma swoją pracę do wykonania, żeby wspólnie odnieść mały sukces i jak najlepiej przeżyć ten dziwny czas.

Zawsze chwaliłam sobie rutynę i teraz ona przy zdalnej pracy i nauce i całym świecie na głowie, u nas się bardzo sprawdza. I w końcu, znowu, możemy cieszyć się urokami dużej rodziny, która po czasie zawirowań, wróciła na prawidłowe tory i znowu jest wesoło, głośno, nudy nie ma.

Doceniamy to, co daje nam rodzina: wsparcie, spokój w czasach, w których nic już nie jest pewne, radość. Wspólny czas, czy to w domu, czy na łonie natury, teraz jeszcze bardziej nas do siebie zbliża. Takie są nasze sposoby na wspólne przetrwanie tego dziwnego czasu, myślę, że jeszcze będziemy mieli (niestety) niejedną szansę, aby je udoskonalić.

Kwarantanna, praca i nauka z domu, ograniczone możliwości, niepewność, dla nas wszystkich są ogromnym testem, tym bardziej rozmowy o szeroko pojętej rodzinie są teraz wszędzie tematem nr 1. Już 21 listopada odbędzie się ogólnopolska, całkowicie DARMOWA, konferencja live na temat rodziny, pod hasłem „Rodzina to drużyna: współpraca i radość”. Start o godzinie 11, aby wziąć udział należy się zarejestrować na stronie www.rodzinatodruzyna.pl 

Na konferencji wypowiadać się będą nie tylko znani i lubiani blogerzy parentingowi, ale i mnóstwo specjalistów. Lista tematów jest naprawdę imponująca. Będzie i o komunikacji, o relacjach, o macierzyństwie, o wpływie mediów na życie rodziny, o domowych obowiązkach.

Mnie szczególnie interesuje kwestia balansu pomiędzy pracą, a życiem rodzinnym, który, szczególnie teraz, jak widać, u mnie lekko szwankuje. Jak pracować z domu z trójką dzieci, mężem który codziennie telefonicznie łączy się z całym światem, psem i górą prania i nie oszaleć? Mam ochotę czegoś nowego się nauczyć, może podłapię jakieś fajne rozwiązania innych rodziców, dowiem się jak u innych wygląda Zdalna praca i zdalna nauka.

Dołącz tu: https://www.rodzinatodruzyna.pl/register/

Na pewno czegoś pożytecznego wspólnie się nauczymy. W rodzinie siła!

Written by calareszta.pl