Trochę sobie pogrzebałam ostatnio w światku matki polki blogerki parentingowej. Zajrzałam do takich co to mają tysiące fanów na FB, setki lajków pod zdjęciami na Insta, a ich blog czytany jest przez masy. Znalazłam kilka perełek, których wcześniej nie znałam, żyjąc sobie spokojnie z daleka od blogosfery. Ludzi, którzy ciężko pracują na swój sukces, wiodą fascynujące życie, które ciekawie opisują. Niestety, znalazłam też wiele chwastów, których fenomenu nie ogarniam. LUDZIE!!! Jakież niektórzy głupoty wypisują, głowa boli!

Weźmy kilka osób pod lupę.

Blogerka nr 1 – piękna kobieta, dzieciaki jeszcze piękniejsze, dom jak pudełeczko zadbany. Ale żeby zrobić niektóre rzeczy, które poleca i podobno robi codziennie, trzeba by mieć trzy opiekunki, sprzątaczkę i gosposię. Jedynym ich zajęciem byłoby gotowanie, dekorowanie i obrabianie zdjęć. Przyjęcie dla dziecka – wszystko ręcznie malowane, wycinane, kanapeczki od linijki, dekoracje nietuzinkowe, personifikowane. Wydatek czasowy ogromny, o portfelu nawet nie wspominam, myślę że poszło w grube tysie. I zgadzam się z tym, ale otwarcie przyznaję, że u mnie takie przyjęcie to jest płatne angażowanie kilku osób w przygotowania, które trwają kilka dni, nie udaję, że mogę sama i to przed śniadaniem. Jeśli chodzi o dietę masz Matko niedobra piec swój chleb, wyciskać soki od świtu i zapomnieć o wszystkim co ze sklepu, bo to trujące jest dla dziecka. Skąd na to brać czas i pieniądze? Nie pisze.

Blogerka nr 2 – pisze często z sensem, a często tylko z firmą, która aktualnie płaci za post. A płaci dużo. Widać to na przykład po ciuchach, które poleca. H&M czy nawet ZARA odpada – nie żartuj sobie, przecież nie chcesz chyba, żeby Twoje dziecko chodziło w tym co WSZYSCY? Musisz kupować on-line, najlepiej ze stron, które znajdziesz na jej blogu. Skarpetki za 100 zł? Czemu takie tanie, przecież takie piękne! No i z organicznej bawełny. Dziecko idzie na spacer do lasu w stylówce za tysiąc złotych. Nie wspomina, że te ciuchy dostaje za darmo, choć oznaczanie reklam jest aktualnie, zgodnie z prawem panującym w Polsce, koniecznością i obowiązkiem.

Blogerka nr 3. Tysiące fanów nie mogą się mylić! Wchodzę i ja. Przepisy piękne, dzieci uśmiechnięte, mąż przystojny, wspaniale. Ona sama w szpilkach dwunasto centymetrowych odkurza biały pałac. Na każdym zdjęciu, nawet jak sadzi bratki w ogródku, ma perfekcyjny, ciężki makijaż i strój gospodyni domowej z amerykańskich seriali rodem z lat 80-tych, fartuszek może być. Od razu widać, że w tym domu nikt nie pierdzi, zupa nigdy się nie przypala, a pranie nie kisi się w pralce przez trzy dni. Do wszystkich zwraca się zdrobnieniami. Niuniusie no.

Blogerka nr 4. Ja bardzo lubię i sama często piszę coś w konwencji listy w punktach. Ale ja Was proszę, czy można tak pisać stale, 6 razy w tygodniu? Mam wrażenie, że autorka siadła kiedyś z lampką wina, umęczona swoim ciężkim życiem i napisała sto mądrych zdań. A teraz każdego ranka odpala listę i jak DJ miksuje. Wybiera od 5 do 10 zdań ze zbioru, przygląda się i nadaje tytuł – 5 rzeczy których nikt Ci nie powiedział buncie dwulatka, 10 rad na zatwardzenie, 6 cnót Matki, itp. Taki zastrzyk bzdurek lekki łatwy i przyjemny, od rana, do kawki. Hi hi. ha ha.

Blogerka nr 5. Na oko normalne dzieci, ona sama też raczej fajna babeczka. Ale lukier sam, do porzygu, codziennie to samo, miód malina, bez żadnego zwątpienia. Jakie te dzieci słodkie, jaka ona wspaniała matka, mąż najlepszy, a to co się teraz dzieje, to marzeń jej spełnienie. Jak to wszystko da się połączyć i z niczego nie rezygnować, bo ona na przykład rok temu była z koleżankami na kawie i naprawdę da się! I produkuje stale teksty, które sugerują, że jeśli Ty koleżanko matko na coś narzekasz to dlatego żeś zła, potworna i niewdzięczna, niezorganizowana, na rodzinę nie zasługujesz. Przeproś i marsz do kuchni po nocy przetwory robić. Jak nie zrobisz to Ci dzieci na pewno będą chorowały od chemii w jedzeniu i braku odporności, a wtedy to już tylko będziesz mogła siebie sama za to winić. Dzieci to odpowiedzialność!

Blogerka nr 6. Otyłość? Spoko. Syf w kuchni? Super. Włosy tłuste? No przecież. Kupa w nocniku? Samo życie. Burdel w aucie? Proszę bardzo, zrobimy lajwa, chętnie pokażę. Dziecko ugryzł pies? No proszę kochanie, pokaż tutaj do zdjęcia, mamusia musi ciociom w necie pokazać.

Blogerka nr 7. Tabloid w pigułce. Tych tytułów się po prostu nie da czytać. No się nie da, Pani. Co się zobaczy to się nie odzobaczy niestety. “Jak Twoje dziecko to zje, to umrze”, na przykład. No i gdzieniegdzie memy, zwykle kradzione z netu, albo stare jak żarty Strasburgera.

Blogerka nr 8. Co najmniej 10 postów na Fb, post na blogu, kilka zdjęć na IG i stories tak gęsto, że chyba nagrywane co 5 minut. A gdzie w tym wszystkim dzieci? Ktoś tu chyba coś ściemnia z tym idealnym macierzyństwem. No chyba, że śpią po 10 godzin w nocy i kilka godzin w dzień, ale to chyba raczej niemożliwe, przecież nawet wtedy trzeba zrobić coś w domu.

I tak dalej, i tym podobne.

O ile telewizja wmówiła nam, że na pewno mamy problemy z prostatą, biegunkami, trawieniem, brakiem łaknienia, łysieniem, poceniem, koncentracją, żylakami, hemoroidami, wzwodem, libido, menstruacją, otyłością, tak influencerzy sprzedają nam świat dwubiegunowy. Z jednej strony idealny, z drugiej pełen syfu. W tym przekazie nie ma filtra. Świat, w którym często zmartwienia o zdrowie, pieniądze, wolny czas, konflikty z partnerem nie istnieją. W zamian mamy mieć tylko dylematy co do buzi włożyć żeby było eko, fit i jakoś wyglądało na zdjęciach, jak się ubrać, żeby było trendi i słit i jaką lampę kupić żeby była dezajnerska i modna. Sprzedają nam wizerunek rodzica, który jest wolny od trosk, a jeśli ma jakieś problemy z dzieckiem są one na pewno wynikiem jego własnej nieudolności. A jeśli nie chce Ci się ćwiczyć, to nie martw się Halinko, razem przybijmy sobie piąteczkę znad bezy.

Choć postacie, które przytoczyłam są nieprawdziwe, są inspirowane branżą parentingu. Chcę tutaj napisać, że to, co czytasz w necie, nie jest do końca prawdą. W erze fake newsów, influenerzy opanowali do perfekcji technikę kreacji. Nigdy nie zapomnę, jak poznałam kilka lat temu osobę, która była dla mnie totalnym guru. Jak się strasznie rozczarowałam, aż pękło moje biedne naiwne serduszko. Ta Pani nie była ani w 1% tym, za kogo uchodziła w necie. Od tego czasu wiem, że nikt nie jest do końca szczery, bo byłby przecież głupcem na własne życzenie sprzedając swoją intymność, porażki i bolączki.

Apeluję – nie biczuj się tym, co robi X, czy Y, o czym nie omieszka się pochwalić na swoich kanałach. Widzisz wycinek, który chce Ci pokazać. Zazwyczaj najlepszy, albo najgorszy, zwykle oba są grubo przesadzone. Nie widzisz garów w zlewie ukrytych za pięknym zdjęciem. Nie widzisz poświęceń, które stoją za podróżami. Nie widzisz tysiąca nieudanych zdjęć, aby wyszło to jedno perfekcyjne. Wszyscy robimy kupę, mamy zmarszczki, gorsze dni, w których dzieci nas nie słuchają, a mąż, oparty o szafkę, w której jest bielizna, pyta, gdzie są jego majtki.

Fajnie jest zobaczyć piękne zdjęcie, przeczytać psalm pochwalny na temat wychowania dzieci, fajnie jest zobaczyć, że ktoś też ma takie same problemy jak my, może też mu dziś nie wyszło, fajnie sobie ponarzekać. Ale prawdziwe życie masz przed swoimi oczami. Jest Twoje, nie musi być do niczego porównywane. Jest najlepsze, jakie będziesz miała. Nie porównuj, bo nic pozytywnego Ci to nie przyniesie, a skutki mogą być fatalne. Szkoda Twojego czasu i nerwów. Wzrusz ramionami i zajmij się swoimi sprawami. Na pewno będzie Ci się żyło lepiej. Odłóż media robiące Ci z głowy sieczkę i złap trochę prawdziwych, nieudawanych emocji.

Dobrego dnia. Na żywo.

*Tytuł to fragment wiersza “Samochwała” Jana Brzechwy.

Written by calareszta.pl