Gdybym pozwalała dzieciom na wszystko, byłabym szczęśliwym człowiekiem.

Codziennie staczam bitwy i wojny z moimi dziećmi. Choć nie są już malutkie, a ja jestem konsekwentna, nadal codziennie próbują coś ugrać, coś ominąć, olać, przegiąć i nagiąć.

Zaczyna się od pobudki. W weekend już o 5 z minutami śpiewamy przy pierwszej kawie „Kiedy ranne wstają zorze”. Za to w tygodniu od zrywania kocyka, do lekkiego szantażu i gróźb, że śniadanka nie będzie, zawodzą wszystkie triki. Nie idę, oświadcza moje dziecko i przykrywa głowę podusią.

Żarcie to też mała batalia. Czy może być pizza na śniadanie, a jeśli nie może, to czy mogą być te kulki z telewizji, pyta słodkim głosikiem moje dziecko? Te kulki, których opakowanie nigdy magicznie nie wskoczyło do naszego koszyka i nigdy nie gościło na naszym stole, ale przecież wiedzą, że są takie, codziennie próbują mi wcisnąć, że WSZYSTKIE znajome dzieci takie właśnie jedzą na śniadanie, tylko nie my, zła matka ze mnie, oj zła. Zastanawiam się, czy moje dzieci sądzą, że ja cierpię na zaburzenia pamięci, czy też może inne choroby i nagle w poniedziałek o 6 z minutami krzyknę „Tak! Dziś na śniadanie każdy dostaje słoik nutelli i łyżeczkę! Enjoy!”

Ileż można upominać, powtarzać, do pionu doprowadzać? Błagać, prosić, egzekwować?

Jak to dobrze, że są ferie i wakacje i nagle przychodzi taki dzień, kiedy mówię „możesz”. I wtedy patrzę, jak oglądają tv dopóki nie padną i nie zaczyna boleć ich tyłek od nieruchomego siedzenia w jednej pozycji. Jedzą tyle, aż bolą brzuchy. Wywracają się o burdel w pokoju. Wydają kieszonkowe na plastikową kupę. Ale. Za każdym razem jak z moich ust pada to „możesz”, moje dzieci wykrzykują jak bardzo mnie kochają i jaka to nie jestem wspaniała, a ten dzień jest najlepszy ever. I nigdy wtedy się nie kłócimy i nikt nie ma foszków. Jest spokój.

Gdybym pozwalała dzieciom na wszystko, byłabym szczęśliwym człowiekiem. Byłabym najlepszą mamusią na świecie, a moje dzieci byłyby w końcu zadowolone.

Czy tak żyją rodziny, w których dzieciom na wszystko się pozwala? W których na każde przewinienie dziecka jest wzruszenie ramion i westchnienie, że przecież to tylko dziecko?

Bo to jest trochę tak, że złe matki nie zastanawiają się nad tym, czy są złymi matkami. Złe matki nie mają wyrzutów sumienia, nie obwiniają się o to, że głośniej krzyknęły, czy powiedziały o jedno nie za dużo, a ich dziecko siedziało dziś pół dnia z telefonem w ręce. Nie trują się myślą, że mogłyby więcej, lepiej, częściej. Nie planują, że jutro będzie na pewno lepszy dzień. Złe matki wszystko sobie potrafią wytłumaczyć i jakoś wybielić. Nie wychowują, a chowają i wszyscy są zadowoleni.

I nie wiem do końca, czy to jest tak, że kiedyś się docenia to, że mama nauczyła nas prać swoje własne majtki i gotować. W końcu jeśli byśmy chcieli, kiedyś i tak się tego nauczymy. Czy to nie jest tak, że wszystkich nas doprowadzało do szału sobotnie sprzątanie, polerowanie kryształów na święta i trzepanie dywanów, więc sami we własnym domu nawet tego dywanu nie mamy? A sobotę spędzamy na relaksie z rodziną, byle tylko nie powielać schematów? Czy to nie jest tak, że wielu z nas żałuje, że tyle lat poświęciło na zdobywanie dobrych stopni w szkole, bo rodzice kazali i dawali nagrody za świadectwo, po to tylko, żeby czasami zastanowić się nad tym, jak do codziennego życia przydaje nam się liczba atomowa potasu i przekrój moreny czołowej dennej?

Chciałabym codziennie znaleźć kompromis. Zbiór nieprzekraczalnych zasad, które robią fajnego człowieka, który potrafi zadbać o siebie i nie być życiowym nieudacznikiem, a jednocześnie pozostawić margines na własne wybory i błędy.

Ciągle szukam.

I mam tylko nadzieję, że bycie złym policjantem kiedyś może zaprocentuje. Nawet jeśli po tych wszystkich zasadach pozostaną na pamiątkę tylko zdrowe zęby i umiejętność pościelenia sobie własnego wyra.

Photo by Sharon McCutcheon on Unsplash

Written by calareszta.pl