Codziennie staram się dziękować za to, co mam. Jestem w miarę zdrowa, mam rodzinę, mąż mnie kocha, mam dach nad głową, nigdy nie byłam głodna (to znaczy byłam, ale z wyboru, po to, żeby mi się co nieco skurczyło, a to już zupełnie inna historia). To wszystko wystarczy, aby być wdzięcznym. Czy Ty to doceniasz? Pewnie też. 

Ale jest jeszcze coś, co doceniam zdecydowanie za rzadko. Wolność. Urodziłam się w Polsce, w wolnym kraju. W kraju, w którym, za moich czasów, nie było wojny, niewolnictwa, była wolność słowa, kobiety mogły pracować, gdzie chciały. Czy Ty to doceniasz?

Polska dała mi możliwości darmowej edukacji (mało kto wie, ale mam tytuł magistra inżyniera, zawsze, kiedy to mówię, mąż wybucha śmiechem, zupełnie nie rozumiem, dlaczego, na studiach mnie żarówek nie uczyli zmieniać, za to budowę przenośnika taśmowego znam doskonale), z moim paszportem mogłam podróżować, gdzie chciałam (nawet do krajów, do których były wymagania wizowe podróżowałam niejednokrotnie – byłam wiele razy w USA, czy w Australii).

Nie musiałam nigdy żyć w strachu, uciekać, nikt mnie nie prześladował. Nikt nigdy nie śmiał się z mojego koloru skóry. Nie czułam się mniejszością.

Możliwe, że ta refleksja przychodzi z wiekiem. Możliwe, że przychodzi dopiero wtedy, kiedy zobaczysz kawałek świata. Możliwe, że doceniasz to dopiero wtedy, kiedy zauważysz, że coś, co dla Ciebie jest naturalne, jak czysta woda w kranie, dla innych jest nieosiągalnym marzeniem. Ale czy Ty to doceniasz? Czy bierzesz za pewnik raczej i standard, narzekając, że przecież gdzieś jest lepiej. 

Byłam ostatnio w dwóch biednych azjatyckich krajach – w Indonezji i Tajlandii. I mam taką piękną refleksję – jak to dobrze, że nasze dzieci nie urodziły się w kraju trzeciego świata. Jakie mamy szczęście!

Wcale nie uważam, że ludzie tam żyjący są nieszczęśliwi, wręcz przeciwnie. Mają jednak znacznie gorszy start i dużo bardziej ograniczone możliwości. Na całym świecie ludzie są do siebie podobni i chcą od życia tego samego. Spokoju, miłości, bezpieczeństwa. Chcą być kochani. Chcą swoim dzieciom zapewnić to, co najlepsze. To zasadniczo się nie zmienia, choć te wartości dla każdego z nas oznaczają coś zupełnie innego.

Byłam w pięknych hotelach, w których obsługa chciała pyłek spod nóg gości zdmuchnąć. Jeździłam taksówkami, pływałam łódkami, jadłam na lokalnych targach, kupowałam za bezcen ubrania i pamiątki, chodziłam za grosze do spa.

I cały czas myślałam: jak to jest pracować cały miesiąc za równowartość jednej kolacji osób, które obsługujesz każdego dnia? Jak to jest sprzątać piękne wnętrza, a samemu mieszkać w slumsach? Czy przynajmniej niektórzy turyści zastanawiają się nad tym, że targując się z lokalesami o i tak śmieszne kwoty, zabierają im środki do życia? Czy świat nie zwariował, pozwalając turystom bezczelnie wykorzystywać biedniejsze narody? Zadeptywać i śmiecić egzotyczne cuda natury? Czy to nie okrutne, że obok pięciogwiazdkowego hotelu, w którym goście dostają pokój wielkości czterech dużych mieszkań, ludzie żebrzą o dolara? Popijać drinka, którego równowartość to dla kogoś sprawa pożywienia czy kawałka podłogi do spania. Wyrzucać butelkę z niedopitą wodą, choć miejscowej ludności na nią nie stać i muszą pić zanieczyszczoną wodę z kranu, narażając się na choroby.

Moje córki miały robione na Bali warkoczyki. Tuż obok naszego ośrodka, była chałupa bez okien, w której 10 kobiet (i ich dzieci) handlowało bransoletkami, robiło masaże na plaży i warkoczyki. Naokoło biegały dzieciaki, po kałużach i błocie, na boso, tuż obok toalety, która była dziurą w ziemi. Ktoś spał, ktoś coś jadł. Kobiety były widocznie zaniedbane – spracowane ręce, zniszczone stopy, ubytki w uzębieniu. Dzieci, choć to nie były wakacje, nie były w szkole, od małego przyuczane są do handlu i usługiwania turystom. Rodziców nie stać na szkołę, możliwe, że w ogóle, jak w wielu podobnych miejscach w Azji, nie ma jej w pobliżu. To i tak o niebo lepsze, niż seks turystyka, której ofiarą padają tysiące nieletnich.

W naszych standardach zwykle chcemy dla naszych dzieci czegoś lepszego niż sami mieliśmy. Chcemy zapewnić im edukację, rozwój, pozycję i życie, o którym sami mogliśmy tylko pomarzyć. Kierowca, który woził nas po Bali, zasypiał za kółkiem. Przyznał się nam, że pracuje całą dobę, robi sobie kilka krótkich drzemek w ciągu dnia, kiedy akurat nie ma kursu. Choć turystów na Bali są tysiące, o dobry kurs wcale nie jest łatwo. Miał troje dzieci. Syn już jeździ na taksówce, a córki pracują w hotelu, jak ich mama. Ojciec jest dumny, bo od małego mają pracę.

Na bazarach w Bangkoku, obok klubów ze striptizem, matki handlują suwenirami, a ich dzieci, rozłożone na prowizorycznej macie, tuż obok cuchnącego śmietnika, całą noc ślęczą nad iPadem, czekając aż mama skończy pracę. Podejrzane towarzystwo? Bezpieczeństwo? Noc, sen? Godziny spędzone przed ekranem, na grach? Nikomu nie przychodzi to do głowy.

Nasze dzieci nie muszą pracować za niewolniczo niską stawkę. Mogą cieszyć się beztroskim dzieciństwem. Mamy dostęp do służby zdrowia. Nie grozi nam analfabetyzm. Nie musimy żyć na ulicy. Mamy dach nad głową, czystą wodę, ubranie, pieniądze w portfelu. Nie jesteśmy uzależnieni od widzimisię „bogatego turysty z zachodu”. Jak to dobrze, że nasze dzieci nie urodziły się w kraju trzeciego świata.

Weź to doceń. 

Zdjęcie: źródło

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Zerknij do mojego sklepu, w którym czekają na Ciebie autorskie produkty. SKLEP.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl