Nie jestem jakąś wielką fanką Dody, szczerze powiem, że nie znam ani jednego jej utworu, nie wiem, ilu miała mężów i czy lubi pierogi. Nie sposób odmówić jej jednak sławy, nie ma chyba osoby w Polsce, która nie wiedziałaby, kto to jest Doda. Była prekursorką stylu plastikowej dmuchanej lali w lateksie na salonach. Inspirowały się nią wszystkie celebrytki, nawet obecna żona jej byłego męża, zdjęcia prosto z kibelka skąpo odzianych silikonów lady M ujrzała cała Polska. I nagle Doda mówi, że nie chce mieć dzieci, bo nie ma instynktu, nie czuje tematu, a posiadanie dzieci nie jest jej życiowym celem. I otwiera się piekło, bo tego się na głos nie mówi. A przecież macierzyństwo nie jest dla każdego. 

Bleee. Natychmiast znajdują się tacy, którzy zapewniają, że instynkt się znajdzie, jak tylko poczuje ruchy bąbelka. Na bank zmieni zdanie, mówi jedno, a chce drugie, pewnie i tak pozazdrości koleżankom, to na bank taki chwyt marketingowy, żeby zrobiło się jej głośno, w końcu, która kobieta nie chce mieć dzieci. Są i tacy, którzy mówią, że jak to tak, przykrość rodzicom robi, pozbawi ich wnuków? No i nieśmiertelne – kto biednej Elektrodzie na starość poda szklankę wody???

O rany. Po raz kolejny się we mnie zagotowało. Mam dzieci. Kocham moje dzieci. Moje dzieci są chciane i wyczekane. Nie wyobrażałam sobie nieposiadania rodziny. Ale, z pełną odpowiedzialnością powtarzam – macierzyństwo nie jest dla każdego.

Nie przepadam za cudzymi dziećmi. Nigdy też za bardzo nie interesowały mnie śluby, noworodki. Nie marzyłam o weselu, a potem o gromadce dzieci. Suknię ślubną kupiłam przy pierwszej wizycie w salonie, przymierzyłam w sumie trzy. Kocham swoje dzieci, swojego męża. Szanuję inne matki, rodziców. Ale podobnym szacunkiem darzę innych ludzi, wierząc, że wszyscy mamy takie samo prawo do zmęczenia, miejsca w autobusie czy szczęścia i nie ma to nic wspólnego z posiadaniem dzieci, czy też byciem matką.

Moja definicja szczęścia to nie jest układ mąż, dzieci, dom, samochód, a z czasem piesek. Moje szczęście to rzecz nieuchwytna, nie związana z żadną rzeczą materialną ani posiadaniem kogoś, czy nieposiadaniem czegoś. Szczęście jest w środku, jest we mnie. Zgodnie z tą definicją wiem, że szczęśliwy może być człowiek, który wybrał samotność, włóczęgę, życie bez dóbr materialnych, jak i matka ósemki dzieci ledwo wiążąca koniec z końcem.

Choć nigdy nie bawiłam się w dom, nie pragnęłam ślubu, nie rozczulały mnie małe dzieci, zawsze wiedziałam, że rodzinę będę mieć, to było dla mnie naturalne. Wierzę, że nie dla wszystkich jest to naturalne. I mają pełne prawo do decyzji nierozmnażania się i powoływania na świat kogoś, kim do końca swojego życia będą musieli się opiekować. Najgorsze jak zwykle, są głosy innych kobiet, matek. Mam wrażenie, że to te najbardziej nieszczęśliwe i sfrustrowane matki ciągną często inne kobiety do tego swojego dołka, z którego nie ma wyjścia, aby było im raźniej. Zobaczysz sama jak będziesz miała dzieci. Taka natura, żeby innym nie było czasami lepiej. Gdybyśmy wszystkie przyznały, że jest nam ciężko, dałybyśmy tym samym satysfakcję tym bezdzietnym lambadziarom, które sobie po mieście fikają bez balastu, dodatkowych kilogramów po ciąży i godziny zero, w której słodki maluszek obudzi się z drzemkii urządzi nam Meksyk, tylko tym razem bez mohito.

Nie wydaje mi się, aby decyzja o nieposiadaniu dzieci była niedojrzała, egoistyczna, była sprzeciwieniem się woli rodziców. Właściwie, dlaczego mielibyśmy swoje życie poświęcać dzieciom, aby zrobić przyjemność swoim rodzicom czy dziadkom? Serio? Ktoś w to wierzy jeszcze?

Moje macierzyństwo nie miewa łatwych momentów. Każdy mój dzień jest ciężką pracą, ze świadomością, że możliwe, że coś staje się łatwiejsze, bo wiadomo, dzieci rosną, są coraz bardziej samodzielne, a i my dojrzewamy razem z nimi, ale świadomość trudności, które jeszcze przed nami, towarzyszy nam codziennie.

Ja wiem, że nie wypada, więc się tego nigdy nie mówi, no chyba, że przyjaciółce, po cichu, natychmiast potem zapewniając, że dzieci są cudowne, nigdy nie mówi się tego, że macierzyństwo przeraża. Boimy się następnego dnia, wybuchu, kolejnej trudności, której możliwe, że nie będziemy mogli sprostać. Boimy się kolejnych paru lat wyrzeczeń. Boimy się w końcu tego, co z tego naszego dziecka wyrośnie. I to chyba nigdy nie mija, nie wiem, bo moje dzieci są jeszcze małe, ale jak patrzę na moich rodziców czy dziadków, to wiem, że z czasem człowiek martwi się już nie tylko o swoje dzieci, ale i o wnuki i prawnuki. I im też chce gwiazdkę z nieba podarować, tak, jak kiedyś dzieciom.

Mam dobrze poukładane priorytety, mam świetny związek, czytam dużo o dzieciach, ufam intuicji, ale i bardziej doświadczonym ode mnie psychologom, pediatrom, pedagogom, spędzam z dziećmi masę czasu, poświęcam go też dużo sobie, nie jestem w domu ani niewolnikiem, ani służącą, mam swoje życie, pracę, własne pieniądze, hobby, wychodzę regularnie z domu sama, wyjeżdżam tylko z mężem, chodzę na randki, a i pieniądze potrafię wydać na siebie, na zakupach, z których nie przytargałam do domu nic dla dzieci. Mimo to mówię głośno – jestem wykończona. Jestem wykończona ciągłą koniecznością bycia na posterunku. Ta praca się nie kończy! Nawet jak spędzam weekend z mężem daleko od domu, nadal jestem matką. Tęsknię, myślę, boję się o ich bezpieczeństwo, troszczę o zdrowie, planuję ich przyszłość, chcę zamknąć w folię bąbelkową, żeby im się nic nie stało. Na macierzyństwo nie ma wtyczki, która je wyłączy.

Jestem zmęczona ciągłym czuwaniem. Czy są zdrowe, czy zadowolone, czy lubiane, czy nie mają kłopotów, czy dobrze się bawią, czy się najadły, czy są wyspane, czy mają sweter, skoro wieje.

Jestem do bólu znudzona rutyną, choć walczę z nią każdego dnia i na szczęście mam środki i możliwości, żeby mnie ona nie zabiła. A jednak i tak muszę przyznać, że dzieci oznaczają rutynę i powtarzalność. ŚMIESZĄ mnie ludzie, którzy mówią, że dzieci wcale wszystkiego nie zmieniają, że z dziećmi można zrobić wszystko. Nie można. Nie da się. A już na pewno nie z każdym dzieckiem. Bo to jest tak, że z jednym maluchem polecisz do tropikalnej dżungli i będziesz tam mieć najlepsze chwile w życiu, a z drugim polecisz i ugryzie go małpa. Więcej raczej nie polecisz albo przy kolejnej wycieczce zastanowisz się pięć razy nad każdą atrakcją, poszukasz już nie odjechanej egzotycznej miejscówki, a renomowanego hotelu blisko szpitala. No i jak to będzie z tym wejściem na Mount Blanc? Dzieci same będą w bazie siedzieć, czy jednak zostawisz je w domu, bo masz SZCZĘŚCIE mieć babcię lub nianię do pomocy? Na saksy za granicę też jako rodzic nie polecisz, bo dzieci, bo kredyt, bo szkoła. Imprezy też możesz odłożyć na bliżej niesprecyzowane nigdy. Przebiegłam maraton z trójką chorujących dzieci, bez niani, pracowałam na pełny etat, a mąż podróżował. Da się, jasne. Ale dla mnie raczej było to wydarzenie chwilowo jednorazowe. Po pięciu godzinach treningu nadawałam się do spania, a nie zajmowania się dziećmi i bezsennych nocy przy kaszlącym do wymiotów dziecku. Takie życie. Wszystkiego z dziećmi zrobić się nie da, ktoś musi ponieść konsekwencje. I zwykle ponoszą je rodzice.

Kilka godzin zabaw przeznaczonych dla kilkulatków dla wielu z nas są katorgą. Kinderbale? Trzy w jeden weekend? Mówię szczerze – robię to dla dzieci, bo one to kochają, choć sama mam na samą myśl gęsią skórkę.

Jasne, są kobiety, które pracują, studiują, mają swoje biznesy, hobby pochłaniające czas. Nie każdy jednak chce takiego wychowania dla swojego dziecka. Od 8 do 18 w żłobku, z którego odbiera babcia, bo mama się rozwija. Widzi dziecko 15 min w ciągu dnia, a w weekend leci na zajęcia, a potem na zakupy, paznokcie i rzęsy, bo przecież musi też czasami robić coś dla siebie. Są i takie modele macierzyństwa, spoko. Dla wielu jest to ucieczka od dzieci i nużącego z nimi przebywania (ponownie: jestem szczera). Możliwe, że Doda (i inne kobiety, które podejmują takie decyzje) nie chce, aby jej dziecko wychowywał team babcia i niania, a sama aktualnie nie ma ochoty POŚWIĘCAĆ całej siebie drugiemu człowiekowi. Nie bójmy się tego powiedzieć! Macierzyństwo jest mniejszym lub większym poświęceniem i nie każdy musi tego w swoim życiu potrzebować i pragnąć. Dziecko nie jest gadżetem, który dopełnia idealną stylówkę. Nie każdy musi je mieć. A ci, którzy nie mają, nie są gorsi. Kobiety, które nie decydują się na macierzyństwo nie są mniej kobiece, czy niespełnione.

Chwilowo zaparkowałam swoje życie, aby wychować moje dzieci. Jest mi z tą decyzją po drodze, bo była moja i nie jest nieodwracalna. Ale powiem szczerze – bardzo różnie jest z tą satysfakcją z własnych wyborów. Bo jak widzę kobiety, które zdobywają świat, to wpadam czasami w tępe przeświadczenie, że jedyne, co mi dziś wyszło to pomidorówka. Nie da się projektu dziecko porównać do kariery, bo wychowania dziecka nie da się zmierzyć. Moje dzieci nie doceniają tego, że mama jest zawsze. Nie mają pojęcia i prawdopodobnie nigdy nie dowiedzą się, jakie jest zaplecze wychowywania trojaczków. Jak same będą miały swoje dzieci, czasy będą inne. Ja to zrobiłam świadomie, inaczej się bardzo długo nie dało, nie chciałam być w ciągłym rozkroku pomiędzy pracą, a domem. To pierwsze nie ucieknie, a dzieci tylko chwilę są małe. To wszystko nie oznacza, że czasami nie budzę się w środku nocy przerażona myślą, że uczyłam się 18 lat po to, żeby teraz piec babeczki. Życie jest kwestią wyborów. Wybrałam tak, jak mnie odpowiadało, ale ten model nie jest dla każdego.

Zapraszam specjalistów, urażone matki polki, bezdzietnych, matki nigdy nie narzekające, matki pracujące i wszystkich innych do analizy moich słów. Co ze mną jest nie tak? Sfrustrowana, umęczona, narzekająca?

Jestem pewna, że pod tym artykułem pojawią się głosy, że:

  • jak mogę tak pisać, przecież moje dzieci kiedyś to przeczytają, jak się będą czuły
  • jestem wyrodną matką
  • trzeba było się wcześniej wyszaleć
  • trzeba było sobie to przemyśleć
  • trzeba było mieć tylko jedno dziecko, po co od razu duża rodzina
  • po co te narzekania
  • dzieci są cudowne
  • inni mają gorzej
  • co mają powiedzieć matki dzieci chorych
  • w dupie się poprzewracało
  • wywody sfrustrowanej matki
  • kompletny brak organizacji
  • po co winić dzieci za swoje niepowodzenia

Nie proszę Państwa. Nic nie jest ze mną nie tak, niczego nie żałuję, logistykę też opanowałam do kwadratu, argument o dzieciach chorych jest nie na miejscu. Ja po prostu jestem szczera. Macierzyństwo jest piękną przygodą. Daje coś, czego zmierzyć się nie da, sprawia, że stajemy się lepsi. Jest największą życiową lekcją. Ale macierzyństwo nie jest dla każdego. To jest poważna, zmieniająca WSZYSTKO decyzja. Bo możliwe, że nie dostaniesz najłatwiejszego egzemplarza, Twój związek nie przeżyje próby pieluch i kilku lat bezsenności, możliwe, że urodzi Ci się dziecko chore, sama zachorujesz, możliwe, że macierzyństwo Cię rozczaruje, przerośnie i wcale ze swojego dziecka nie będziesz dumna. Co wtedy?

A jeśli moje dzieci kiedyś to przeczytają, to powiem im:

To wszystko prawda. Wychowałam Was jak mogłam najlepiej. Świat mi świadkiem, że starałam się ze wszystkich sił i dałam Wam wszystko, co miałam i co mogłam dać, a często i więcej. Czasami nie wychodziło i wszystko okazywało się być niewystarczające, “nadziei brakowało mi i kilku chwil, kilku dobrych chwil”*. Rozumiem większość swoich błędów, może jako babcia będę mogła je naprawić. Moje drzwi i serce są zawsze dla Was otwarte, bo kocham Was najbardziej na świecie.

Gdybyś poszła do pracy, nie byłabyś sfrustrowana siedzeniem w domu, bardziej byś doceniła bycie z dziećmi i wspólny czas, mówią. Kiedy myślę, że wszystko to, co aktualnie robię, musiałabym robić po skończonym etacie, jest mi słabo. Z tym, że wiem, że matki pracujące tego nie robią. Nie widuję ich codziennie w szkole, nie odwożą dzieci na każde dodatkowe zajęcia, nie siedzą na treningach, nie pomagają w szkole, do parku z dzieckiem chodzą w weekend, poza pracą nie mają czasu na nic. I nie piszcie mi, że robicie to wszystko, bo się nie da i to jest zwykła matematyka. Doba dla wszystkich ma 24 godziny, z czego połowę dziecko śpi, 8h jesteście w pracy, liczyć dalej? Zakupy, sprzątanie, pranie, higiena, komunikacja. Jeśli jesteście doskonale zorganizowane i dzielicie się obowiązkami z partnerem, zostaje Wam może godzina dziennie na czas dla siebie, dziecka, partnera. Wiem, bo byłam i w takiej sytuacji. Nie pracuję na etacie, w związku z czym spędzam z dziećmi codziennie czas rano i po szkole, w sumie około 7-8h dziennie. I ciągle tego czasu mi brakuje! I kiedy rozliczam się z czasu, który spędziłam tylko z dziećmi, jest go niewiele. Spędzam go masę obok. Jemy śniadanie, robimy zadanie domowe, czytamy, jedziemy do szkoły na rowerze, przygotowujemy razem podwieczorek, robimy zakupy, myjemy zęby. I nadal, stale tego czasu jeden na jeden, w którym w 100% jestem dla dziecka i się z nim bawię, mam za mało, a bywają dni, że mam tylko krótką chwilę wieczorem, przed snem. Matki pracujące tego czasu mają jeszcze mniej. I jeśli mają więcej niż jedno dziecko, gwarantuję, że czasu, który spędzają tylko z dzieckiem, bez żadnego zakłócacza w postaci mieszania gotującej się zupy, czy przeszkadzającego rodzeństwa, nie mają praktycznie w ogóle.

Nie wyobrażałam sobie, że tak to wygląda, że praca w domu nigdy się nie kończy, że przy dzieciach jest permanentna góra prania, garów w zlewie, podłoga jest zawsze brudna, lodówka pusta, a kosz na pranie pełny. Nie przewidziałam tego, mimo dwóch fakultetów i tytułu mgr. inż.

Nie jestem wyrodną matką. Absolutnie niczego nie żałuję. Decydowałam się na dzieci w wieku 30 lat, mając już za sobą i karierę, podróże i zabawę. Byłam gotowa. Możliwe, że to dlatego jestem mniej więcej szczęśliwa, choć życie ciągle płata mi figle. Jestem w stanie codziennie rezygnować z siebie, na rzecz dzieci. Jestem w stanie z uśmiechem witać kolejną chorobę i z kubkiem kawy sobotni poranek, który w moim domu czasami zaczyna się o 4:50, podporządkowałam życie dzieciom, zmieniam notorycznie plany, bez żalu. Nie wynika to ani z tego, że dojrzałam do macierzyństwa, ani z tego, że dzieci są dla mnie wszystkim. Bo ani nie czuję się jakoś mega dorosła, ani nie czuję, że nic więcej poza dziećmi mnie nie interesuje. Po prostu – nie walczę z wiatrakami, a swoje życie zaakceptowałam takim, jakim jest i tego, czego się nie da, nie próbuję zmienić. Bo nieprzewidywalności dzieci, ani tego, że trzeba im poświęcić wszystko, zmienić się nie da. Pogodziłam się z tym, że kariery chwilowo nie zrobię, że nie mogę sobie spontanicznie nigdzie wyjechać, a wakacje muszę planować wtedy, kiedy pozwoli mi na to szkoła i to w miejscach, gdzie są dla dzieci jakieś rozrywki, bo zwiedzanie Angkor Wart przez sześć dni może nie przypaść do gustu siedmiolatkom. Chwilowo odpuściłam to marzenie, przyjdzie jeszcze na nie czas. To wszystko nie znaczy, że czasami, rzadko, ale jednak, nie myślę sobie co by było, gdybym dziś jednak mogła wybiec z domu z małą torebką bez konieczności powrotu przed 18 i bez organizowania opieki nad dziećmi. Nie to, że chcę tego codziennie, ale czasami chciałabym, żeby to wszystko było jednak prostsze.

Dzieci kosztują czasami zbyt wiele. I zbyt wiele matek nie potrafi się do tego przyznać, choć nie ma w tym absolutnie nic złego. Jesteśmy bohaterkami, ja sobie codziennie stawiam na ogródku pomnik. Nikt mi tego nie zabierze. To, co robię codziennie, często samą mnie zadziwia, znajduję w sobie takie pokłady miłości, siły, empatii, cierpliwości, że wydaje mi się, że mam jakieś nadprzyrodzone moce. I wszystkie matki tak mają. I miały i będą miały. Brawo my!

Możliwe, że te, które dzieci nie planują, usłyszały to lub zobaczyły to na własne oczy i zwyczajnie czują, że nie mają w sobie tej siły. Nie chcą padać na pysk, codziennie przeżywać dnia świstaka, mieć dylematów, czy w tym miesiącu zapłacić za lekcje pływania, czy jednak naprawić cieknący kran. Nie chcą w końcu stać się więźniem własnego domu. Byłam, to wiem, jak to jest. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Kiedy trójka moich dzieci przechodziła przez dwa miesiące zapalenie płuc, albo chorowaliśmy wszyscy na rota, raczej nie fikałam po mieście w poszukiwaniu doznań, czy kulturalnych atrakcji. Marzyłam po prostu o tym, aby to się skończyło. I nie wychodziłam z domu przez kilka dni pod rząd.

Schowałam chwilowo swoje ambicje ograniczając je do tworzenia domu i opiekowania się potomstwem. Dla mnie to jednak za mało, więc zorganizowałam sobie pracę, która daje mi mnóstwo satysfakcji, pozwala się rozwijać. A przecież jest tak wiele matek, które poza macierzyństwem nie mogą pozwolić sobie na nic innego. I komu mają się pożalić? Nie mogą, nikomu, bo nie wypada, dziękować trzeba.

Macierzyństwo czasami boli. I tak, jak przy bólu zęba, możemy sobie czasami krzyknąć, choć ten macierzyński krzyk często jest niemy, za zamkniętymi drzwiami łazienki. Nie ma znieczulenia, jest raczej twarde lądowanie na planecie rzeczywistość, tak bardzo odbiegającej od idealnej wersji, którą każda z nas dla siebie zakładała.

Rolą kobiety nie jest tylko prokreacja. W końcu nie jesteśmy królikami. Co, jeśli rzeczywiście nieposiadanie dzieci podyktowane jest egoizmem? Czy każdy musi wierzyć w to, że tylko poświęcenie jest szlachetne? W imię czego? Może Doda chce swoje życie spędzić na skupianiu się na sobie. I choć wiem, że pomaga innym, wcale nie musi tego robić! Wolno jej swoim ciałem i życiem zarządzać według własnego widzimisię. I nie decydować się na składanie go na ołtarzu macierzyństwa.

A co, jeśli nawet zakładamy, że mimo tych trudów, wyrzeczeń, łez i krańcowego zmęczenia, dzieci są cudowne i żadna z nas nie zamieniłaby się na życie bez nich, ale ktoś wcale nie chce przez to wszystko przechodzić, bo szczerze wątpi, że ten wysiłek jest mu w stanie wynagrodzić obślizły całus albo bunt nastolatka? A co w końcu z tymi, którzy swoich dzieci nie lubią? Co z tymi, których rodzicielstwo przerosło, rozczarowało, a w końcu nuży, czy złości? Tych ludzi są miliony. Nie mówią tego głośno, bo przecież zwykle kochają swoje dzieci i boją się przed światem przyznać, że bycie rodzicem jest głównie dla nich udręką i nie mogą się doczekać, kiedy dorosną i oddadzą utraconą wolność.

Mnie macierzyństwo męczy często. Bardzo często biję głową w ścianę, płaczę z bezsilności, brakuje mi pomysłów, energii, cierpliwości, kiedy moje dzieci po raz kolejny kłócą się o to, co który nauczyciel powiedział u kogo w klasie, w której przecież było tylko jedno dziecko! Kłótnie o milimetr więcej koktajlu, o miejsce przy oknie, choć każdy siedzi przy oknie, zwykle wtedy staję obok i myślę sobie, że musiałam coś w życiu okropnego przeskrobać, żeby teraz musieć codziennie przeżywać to samo. I wtedy śmieszą mnie te teorie, że to jest moja wina, że ja nad dziećmi nie panuję, że to ze mną coś jest nie tak. To nie jest tak, że ja mogę dzieci jak klocki poukładać, klasnąć i wszystko pójdzie zgodnie z planem. Moje dzieci mają swoje charaktery, a wszechświat swój plan i na to ja mam zerowy wpływ. Nie wszystko jest kwestią wychowania, bo mam trójkę dzieci, które wychowuję tak samo, a jedno jest najlepszym i najbardziej ułożonym uczniem w swojej klasie, stawiane z wzór do naśladowania innym, a drugie ma ciągle problemy ze wszystkim, od pisania, przez przyjaźnie, po dyscyplinę. To jak? Przecież robię to samo. Ano tak. Dziecko dziecku nie równe. Lubię te teorie, że to, że dzieci dają popalić to wina rodziców. To, że są nadpobudliwe, to wina wychowania. Nie jest tak, piszę to jako osoba, która wychowuje jednocześnie troje dzieci w dokładnie ten sam sposób, a jednak każde z nich jest zupełnie inne. Jedno słucha, drugie nigdy.

Wiem, że nie każdy ma tak samo pod górkę jak ja. Obserwuję jednak wiele matek i widzę, że raczej wszystkie czasowo przechodzimy przez to samo, czy w Londynie, czy w Paryżu, czy w Katowicach, czy z jednym, czy z piątką dzieci.

Nie da się macierzyństwa przewidzieć i zaplanować. Nawet jeśli masz w rodzinie mnóstwo małych dzieci, byłaś nianią, a teraz jesteś nauczycielką w przedszkolu. Nie da się, bo własne dziecko to jest co innego niż dziecko kuzynki, za którego każdy oddech nie bierzesz odpowiedzialności. Ja nie zakładałam, że sobie nie poradzę. Szczerze powiem, że w ogóle o tym nie myślałam! Sądziłam, że skoro tyle milionów ludzi na świecie codziennie wychowuje dzieci, dam sobie z tym radę. Nie robiłam listy plusów i minusów macierzyństwa. Nie zakładałam najgorszych scenariuszy. W najśmielszych snach nie sądziłam, że urodzę trojaczki! Tak jak wiele matek nie przypuszcza, że urodzi im się niejadek/dziecko, które nie śpi/dziecko nieśmiałe/nadpobudliwe/mające kłopoty z nauką/otyłe/chore.

Dziecko to praca, która się nie kończy i ona jest trudniejsza niż każdy jeden zawód. Zawsze ktoś pisze a w pracy jest szef, są nadgodziny, presja. Ja to samo czuję wychowując dzieci. Szefa można zawsze zmienić. Współpracowników olać, deadlajny przestawić, można mieć gorszy dzień, schować się za ekranem komputera i do 17 siedzieć na Fejsie, można być kasjerką w Biedrze i ofukiwać klientów. W domu się nie da. Dzieci są Twoje, na zawsze. Spieprzony projekt w pracy można poprawić, z wychowaniem jest trochę inaczej. Tej pracy zmienić się nie da.

Decyzja o nieposiadaniu dzieci nie jest ani niedojrzała, ani nie wynika z egoizmu. Wręcz przeciwnie. To przemyślana decyzja, możliwe, że konieczność, w końcu nie każda para dzieci mieć może. Jako matka z 8 letnim stażem mówię głośno i wyraźnie – ta przygoda nie jest dla każdego i nie każdy musi wsiadać do tego rozpędzonego pociągu, z którego nie ma drogi powrotnej i wyjścia ewakuacyjnego. Macierzyństwo nie jest dla każdego. I bardzo dobrze, że niektórzy mają ODWAGĘ się na to nie decydować, bo trzeba, bo babcia chce wnusia, bo koleżanki mają. Niech każdy żyje po swojemu, swoją macicą zarządzając według uznania.

* Raz dwa trzy “Trudno nie wierzyć w nic”. 

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl