Dom ma służyć nam, nie my jemu. Ohoho, pachnie lenistwem i wymówkami. A wcale, że nie!

Mój zwyczajny dzień, BC, Before Covid, czyli przed koroną, zaczynał się od wyprawienia dzieci do szkoły, a kiedy już o 7:15 razem z mężem opuszczały dom, ja zajmowałam się porządkiem. Olaboga zupełnie nie dlatego, że jestem maniaczką wylizanej podłogi, lub odczuwam podniecenie na myśl o dniu spędzonym na wybielaniu fug łazienkowych. Nie. Po prostu, żeby usiąść do twórczej pracy, muszę mieć chociaż kawałek czystego biurka. Nie potrafię spędzić całego dnia pracując z domu w towarzystwie pełnego śmierdzących garów zlewu.

Teraz, kiedy cała piątka plus pies siedzimy całymi dniami w domu, jemy 34 posiłki dziennie, malujemy, kleimy, śpiewamy, budujemy i robimy wykopki w ogródku, nasz dom jest cały dzień wielkim pierdolnikiem. Jeśli kiedykolwiek przez ostatnie prawie już 9 lat macierzyństwa przyzwyczaiłam się do tego, że albo ja jestem czysta, albo dzieci, albo dom, tak teraz stwierdzam, że są krótkie momenty, kiedy jedna z tych rzeczy jest czysta, a pozostałe? Lepiej nie mówić. 

Ale macham na to ręką, ubrudzoną naleśnikowym ciastem. Staramy się w tym domu, który stał się było nie było jakąś formą złotej klatki, nie oszaleć, nie pozabijać się nawzajem. Dom ma służyć nam, nie my jemu. Codziennie zamieniamy go w szkołę, biuro, stołówkę, lodziarnię, salę kinową, bibliotekę, salę gimnastyczną, ogromną sypialnię i plac zabaw. Nic dziwnego, że podłoga się lepi, przez okna wychodzące na ogród ledwo co pod koniec dnia widać, z lodówki nawet bez mikroskopu można pobrać odciski palców, a dzieciom myli się które ubrania nie są piżamą. 

W każdy weekend odgruzowujemy po kolei każde pomieszczenie, bo z obawy przed wirusem zrezygnowaliśmy z pani sprzątającej, codziennie wieczorem urządzamy sprzątanie, w którym uczestniczy nawet pies, po kolei porywając w pysku kolejne buty zupełnie nie do pary. I to wystarcza, aby wieczorem usiąść do w miarę czystej podłogi, a rano wypić kawę na sofie, która nie straszy żołnierzykami-minami, które kochają wbić się w plecy. Czasem udaję, że tych odcisków na wszystkich po kolei szafkach nie widzę, nie zaglądam pod stół. Bo czy to w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie? Nie. Mogłabym oczywiście sprzątać co 15 minut, klocki zachęcać do pozostawania w pudełkach, a książki na półkach. Tylko czy to ma sens? Przecież powszechnie wiadomo, że Lego najlepiej buduje się na środku salonu, a wycinanki wychodzą przepiękne tylko na dywanie. 

Lubię porządek, ale chwilowo zawiesiłam fanatyczne jego przestrzeganie, żeby sobie i rodzinie nie psuć dodatkowo dość kiepskiego momentami humoru. Jeszcze przyjdzie czas, kiedy dzieci będą przychodziły do domu ewentualnie się przebrać i przespać. Będę wtedy lizała podłogi, układała w szafkach i przeglądała się w kafelkach. Teraz nasz dom przypomina… po prostu życie, którego ślady są wszędzie. To, że ktoś zapomniał rozwiesić prania wcale nie oznacza, że jest śmierdzącym leniem, to znak, że zajęło go coś innego. Gary w zlewie to symbol kolejnego domowego posiłku, który zjedliśmy przy wspólnym stole. Farba na stole to pozostałości po młodocianym artyście. I tak dalej. 

Ten dom ma służyć nam, nie my jemu, w końcu my tu żyjemy, a nie przychodzimy pooglądać poukładane idealnie na półkach zabawki, którymi nikt nie może się bawić. Nie ma kultu dywanu, a na sofę można się wdrapać z ciastkiem w ręce. I jeśli ktoś znajdzie na tej sofie porzucony stanik, to oznacza, że przynajmniej jedna osoba poczuła się tu naprawdę komfortowo. Jak w domu. 

Photo by Jason Leung on Unsplash

 

Written by calareszta.pl