Byłam w szkole robić naleśniki, w ramach modułu naukowego. Dzieci uczyły się o przejściu ze stanu ciekłego w stały, poznawały różnicę konsystencji, działanie temperatury itp. Dzieciaki były zachwycone, bo przecież każdy kocha naleśniki, a już w szkole, na lekcji? Czad. Mniej zachwycone były dzieci z alergiami. Z alergią na gluten, na laktozę, na jajka. Te dzieci, mimo najszczerszych chęci, sporo omija. Był chłopiec, który aż z żalu się rozpłakał. Nie wiedział, czy może, czy nie może, które naleśniki są specjalnie dla niego, pogubił się w składnikach i zanim ktoś z dorosłych zdążył zareagować, zalał się z żalu wielkimi łzami. A i tak jedna matka szepnęła „o rany, od jednego naleśniczka nic by mu znowu nie było”.

Zaprzyjaźniłam się z matką chłopca, który ma alergię na orzechy. To jest prawdziwa gehenna. To jest życie jak z bombą zegarową w ręce. To jest konieczność wyczyszczenia swojego domu, domu dziadków i bliskiej rodziny nie tylko z orzechów, ale wszelkich produktów, które mogłyby je zawierać. W praktyce są ich miliony, na prawie każdej rzeczy jest napisane, że mogła mieć kontakt z orzechami. Dla synka mojej znajomej te kilka słów, napisane małymi literkami na etykietce produktu, mogłoby oznaczać śmiertelne niebezpieczeństwo. Szkoła ma politykę, która ostro zabrania orzechów, są wszędzie na ten temat plakaty, są informacje w każdym newsletterze wysyłanym do rodziców, są w końcu ulotki informujące o tym na początku każdego semestru. Wstrząsy anafilaktyczne po kontakcie z orzechami mogą mieć tragiczne skutki. Synek mojej znajomej ma tak silną alergię, że nawet kontakt z dzieckiem, które rano jadło kanapkę z masłem orzechowym i nie umyło rąk, może dla niego oznaczać silny wstrząs. A i tak codziennie ktoś do szkoły przynosi batonik z orzechami, matki ciągną za rękę młodsze rodzeństwo z kanapką z masłem orzechowym w ręce i ktoś wzdycha „o rany, jakie głupie wymysły, już nic nie wolno”.

Wkrótce Halloween. Czy ktoś obchodzi, czy nie, dzieci to święto uwielbiają. Chodzenie po domach w przebraniu diabła bezkarnie prosząc o cukierki? No bajka. Ale jedna mama pisze – nie możemy przyjść na imprezę. Mój syn ma insulinoodporność i dla nas takie imprezy są wesołe co najmniej jak pogrzeb. Jemu jest przykro, nam jest smutno, wszyscy naokoło nie wiedzą, jak się zachować, inne dzieci zadają niekomfortowe pytania. To dlatego, w punkcie medycznym w szkole, jego zdjęcie wisi na szczycie dzieci, które mają jakieś komplikacje zdrowotne. Przy jego słodkiej, niewinnej twarzy grymas i lekkie dreszcze budzi to jedno, przerażające słowo. Zagrożenie: śmierć. Halloween to dzień, w którym temu dziecku pozwala się zbierać coś, przed czym chroni się je pozostałe 364 dni w roku. Czyli cyrk, tylko mało zabawny. „O rany, to niech nie je, nie będziemy innym przecież psuć zabawy” pisze jedna matka.

Szczepienia. Temat na topie, nigdy chyba nie zrozumiem osób wierzących w teorie spiskowe i świadomie rezygnujących ze szczepień. Ale rozumiem doskonale, co przeżywają osoby, których dzieci nie mogą zostać zaszczepione. Nie jest to wynikiem ani focha, ani mody, ani wierzeniem w laleczki voodoo i wróżenie z fusów, a stanem zdrowia dziecka, który szczepienia uniemożliwia. Wrzuca się ich do tego samego wora co tych szaleńców, którzy wierzą, że przez szczepienie dziecko może zachorować na autyzm.

Otyłość. Nie, to dziecko nie wpieprza jak szalone codziennie frytek z maka. To dziecko nie je na kolację lodów. Nigdy jeszcze nie piło koli, choć ma już 8 lat. Nie, jego mama nie jest leniwa i nie pakuje w dziecko dań z mikrofalówki i fast foodów, a codziennie gotuje zdrowo, na parze, z grilla. W ich domu nie je się panierek, białego pieczywa, ciastek. A mimo to dziecko jest otyłe. To jest codzienna walka o dokładkę, o tort na urodzinach, o cukierka w sklepie. Codzienna, męcząca. I ona nie kończy się w domu, w którym tych pokus zwyczajnie nie ma, choć pozostałe dzieci i inni domownicy problemów z wagą nie mają. To jest walka na każdym przyjęciu, na każdym pikniku, na każdej szkolnej wycieczce., na każdej rodzinnej imprezie. To jest sms napisany do mamy, która zaprosiła do wspólnej zabawy u siebie w domu “przepraszam, ale bardzo proszę, nie podawaj słodyczy, pizzy, frytek, mamy problem z wagą”. “Akurat ona się odzywa, przecież jej dziecko jest grube” komentuje matka na zebraniu, na którym pada prośba o ograniczenie śmieciowego jedzenia w stołówce.

No weź, nie cyrkuj. Nie przesadzaj. Jeden cukierek go nie zabije, co tam taki orzeszek, przecież jest napisane – śladowe ilości. Nie rób focha.

A gdyby to było Twoje dziecko? To dziecko, które do pewnego wieku nie chodzi na urodzinowe imprezy, bo nie może nawet powąchać kawałka tortu, a Tobie zawsze wtedy pęka serce. To dziecko, które nie może iść po prostu na lody. To dziecko, które dzielnie je kawałek ciasta bez wszystkich szkodliwych dla niego substancji, bez cukru, bez mąki, bez mleka, bez jajek, bez smaku, podczas gdy inne dzieci pakują w siebie czekolady, cukierki, gumki, kolę. To dziecko, które w restauracji ma do wyboru jedno tylko danie, które na pewno nie jest zagrożeniem. Ma uczulenie na czosnek, może choć w naleśnikach go nie będzie? To dziecko, z którym wyjście do restauracji jest ogromnym kredytem zaufania, balansowaniem na krawędzi, powierzasz życie ukochanego dziecka personelowi, który może też uważa, że przesadzasz. To dziecko, które inne dzieci przezywają grubym. 

Nikt z nas nie chce dla swojego dziecka źle. Nikt nie chce, aby było wykluczone, smutne i nieszczęśliwe. Nikt nie chce, aby beztroskie dzieciństwo przerwane było zmartwieniami, zakazami, niekończącymi się badaniami. Nikt nie chce, aby życie naszego dziecka było zagrożone rzeczami, które dla innych dzieci są frajdą i nieodłącznym atrybutem dzieciństwa. Nikt.

Odrobina empatii, zrozumienia, chęci pomocy. To tak niewiele kosztuje. Przecież gdyby to było Twoje dziecko, wydrapałabyś oczy każdemu, kto bezmyślnie ryzykuje jego życie głupią kanapką z orzechami czy cukierkiem. Trawa u sąsiada wcale nie zawsze jest bardziej zielona. Chłopczyk, który płakał o naleśnika, to mógł być Twój ukochany synek, któremu dałabyś gwiazdkę z nieba i całą ciężarówkę bezglutenowych naleśników. Pomyśl zanim powiesz “wymysły, nie przesadzaj”.

Zdjęcie: źródło

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Nie masz na nic czasu, w szczególności dla siebie? Kup moje autorskie produkty, które pomogą w ogarnianiu rzeczywistości. Stworzone przez matkę trojaczków – to działa! SKLEP.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl