Doszłam do wieku, w którym wszystko mogę, nic nie muszę. Ale im jestem starsza tym bardziej widzę, że świat jest wuefem, a ja ciągle nie mam stroju.

Nie muszę nikomu udowadniać, że moje dzieci są geniuszami, bo sama mam wystarczająco dużo osiągnięć, że na połechtanie mojego ego wystarczy. Nie chwalę się mężem, bo ważne jest dla mnie to, że on dla mnie jest najlepszy, laurek nie potrzebuje.

Mogę przyznać głośno, że czegoś nie wiem. I jak mi z tym dobrze, to od lat jest dla mnie największy luksus. Nie wiem. Po prostu. Nie znam się na wszystkim, mam opinię na każdy temat, ale nie muszę się nią zawsze dzielić.

Od kilku lat uczę się częściej stać. Nie ciągle biec, a stać w miejscu. Rozwój to też akceptacja i docenianie teraz.

Nie muszę zawsze być szczęśliwa, wręcz odwrotnie – pozwalam sobie na smutek, żal, ból, rozpacz. Ludziom wokół nie dogodzę, więc mało mnie interesuje to, że kiedy jestem smutna, uważają, że przegrałam życie. Sama wiem najlepiej, jak jest.

Znudziło mi się udawanie super woman i bohaterki. Jestem silna, wcale nie muszę silna być w każdym aspekcie życia, mogę mieć gorsze dni, które zamienią się w tygodnie. Mogę prosić o pomoc i przyznawać, że coś mnie przerosło.

Znudziło mi się podążanie za ideałem, polubiłam siebie. Mam siłę, energię, często się uśmiecham, cieszę się jedzeniem, lubię i pizzę i prosecco, urodziłam trzy człowieki, codziennie biegam. Dżinsy zawsze mogę kupić o rozmiar mniejsze. A wiek na tyle mi się już zepsuł na starość, że zawsze się sobie podobam w lustrze.

Potrafię docenić swój sukces, nie muszę być w tym obszarze fałszywie skromna. Biję innym często brawo, potrafię bić też sobie. Smak porażki znam doskonale, wygranej też.

Jeśli coś mi się nie podoba, próbuję to zmienić. Nie czekam, aż spadnie mi z nieba, ktoś się domyśli, coś mi podaruje, coś się wydarzy. Wiem, ile mogę. Głową muru od lat nie próbuję nawet przebijać. Po co?

Wiem, że jak coś ma się zdarzyć, to się spieprzy wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewam. To dlatego bawię się do upadłego, celebruję chwile i dobre dni. Jutro to dla mnie wciąż abstrakcja. Nie wybiegam tak daleko.

Cierpię na zaniki pamięci krótkotrwałej i codziennie budzę się z petardą w ręce i nadzieją, że może akurat dziś będzie zajebiście?

Dużo od siebie daję, dużo od siebie wymagam, chętnie pomagam, ale i zaczęłam oczekiwać tego samego.  Bywają dni, że to ja potrzebuję wsparcia i nie jestem zadowolona bylejakością.

Mam dystans do świata. Niektóre rzeczy już za godzinę nie będą miały żadnego znaczenia, po co się nimi zatruwać? Do siebie też mam dystans. No mam ten krzywy nos, jestem analfabetką i kilka kilogramów mogłabym zrzucić. Co komu do tego?

Nie interesuje mnie to, aby pocieszać się, że ktoś ma gorzej ode mnie. Cieszę się z tego, co mam, a mam tyle, ile potrzebuję. Jeśli chcę więcej, sięgam po to, ale nie po trupach.

Kibicuję ludziom, którzy żyją po swojemu, to dla mnie oznacza najwyższy sukces. Sama wiem, jak ciężko na to pracuję, tym bardziej trzymam kciuki wszystkim, którzy próbują. Im jestem starsza, tym bardziej model życia, który wybieram, innym może wydawać się specyficzny. Nie przejmuję się tym.

Wyczuwam fałsz, nie potrafię udawać, że kogoś lubię, czy coś mi się podoba, jeśli rzeczywiście tak nie jest. To samo tyczy się mojej działalności w mediach. Jeśli ktoś przychodzi, żeby zanieczyścić powietrze, przyczepić się do jakiegoś gówna, czy skrytykować, wypraszam. Nie jestem zupą pomidorową, nie musi każdy mnie lubić.

Wiem, że nie jestem niezniszczalna, wcale nie mogę wszystkiego, nie jestem kotem, nie mam siedmiu żyć. Nauczyłam się rozróżniać, co jest dla mnie dobre. Tyczy się to też ludzi, którzy mnie otaczają. Im jestem starsza, tym bardziej chcę, aby pasowali, jak rękawiczki – jak ulał. Jak jestem czymś lub kimś zmęczona, nie zmuszam się. Jest kilka osób w moim życiu z którymi nigdy nie udaje mi się spędzić tyle czasu, ile bym chciała i to na tym się skupiam, a nie na tym, że z kimś już nie po drodze razem iść.

Potrafię popłakać się na dźwięk melodii, posikać ze śmiechu na reklamie proszku do prania, olać gary w zlewie ale składać w kosteczkę ręczniki. Jak wariat.

Moja szklanka jest do połowy pełna. A bywa, że jest rozlaną na podłodze śmierdzącą i burą plamą. Żyćko.

Mam 41 jeden lat nie wiem, kim chcę być jak dorosnę i wcale się tym nie martwię. Bardziej niż inwestycje, stałe zatrudnienie i adres, zabezpieczenia na starość i na kupce odłożone pieniądze, marzą mi się podróże, tatuaże i zupełnie niepraktyczne auto bez dachu.

Świat jest wuefem, a ja ciągle nie mam stroju.

Pomyślę o tym jutro.

Albo nie.

 

Photo by Noah Buscher on Unsplash

Written by calareszta.pl