Nie zaskoczył mnie świat, w którym trzeba zwolnić. Sama doszłam do takiego wniosku wiele lat temu. Potrafię zwolnić na zawołanie, stale, niezmiennie, zatrzymać się w biegu. Bo tak naprawdę od jakiegoś już czasu nie pędzę.

Może i omijają mnie wielkie hajse, zawrotna kariera, kontrakty, kontakty, szybkie auta, międzynarodowe delegacje i cholera wie co jeszcze. Wybrałam tempo życia dla siebie. Takie, w którym pamiętam jak się nazywam, piję bez pośpiechu gorąca kawę, codziennie odbieram moje dzieci ze szkoły i daję im całusa przed snem. Mogę zająć się moją rodziną, kiedy mnie potrzebuje. Albo wtedy, kiedy chcemy pobiegać po łące. Mogę. Spędzam z dziećmi masę czasu. Znam wszystkie planszówki, jeżdżę na rowerze i pomagam w tabliczce mnożenia. Nie potrzebuję Apokalipsy, żeby ze swoimi dziećmi ułożyć puzzle, czy upiec ciastka. 

Od lat mam ustalone priorytety, więc nic zewnętrznego nie musi pierdzielnąć w mój świat, żebym nagle się dowiedziała, że najważniejsze jest zdrowie, rodzina i żeby jakoś w zgodzie, z podniesioną głową, żyć. Jednym z cytatów, które sobie często przypominam, kiedy jest mi źle, to ten porównujący życie do jazdy na rowerze. Żeby nie upaść, musisz pedałować. Einstein to był jednak mądrala, co nie? 

Zachwycam się detalami. Umiem i robię to chyba całkiem nieźle, nie musiało w tym celu przestać istnieć centrum handlowe czy kina. O ile byle pierdoła nie niszczy mi dnia, o tyle bukiet świeżych kwiatów, dobra kawa, czy słońce za oknem, potrafią zrobić mi cały dzień. Cieszy mnie podmuch wiatru, każdy jeden zachód, uśmiech mojego dziecka, czerwone wino z tym samym od lat mężem, zapach domowego ciasta, odcinek Przyjaciół, który, choć znam na pamięć, nadal śmieszy i otula niewidzialną kołderką przeświadczenia, że everything is gonna be all right. 

Od jakiegoś czasu wiem już, że tak naprawdę świat ma mnie całkiem gdzieś, nikt nie jest winny moich utraconych szans, los mi kłód pod nogi wcale nie podkłada. To, co jest mi do szczęścia potrzebne, noszę zawsze przy sobie. I jeśli coś w tych moich puzzlach nie pasuje, to ja muszę odnaleźć brakujący element. 

Wiem też nie od dziś, że ludzie są dobrzy. Zwyczajnie, takimi się otaczam, takich szukam, na innych nie marnuję oddechu.

Lubię mój dom i chętnie spędzam w nim czas, nikt nie musi mnie do tego zmuszać, ani zakazywać. Często czyszczę weekendowy kalendarz, żeby pobyć w domu. Nie mam miliona modnych gadżetów, aby moje wnętrze dobrze prezentowało się na zdjęciach. Mam za to kuchnię, która tak jest zaprojektowana, żeby można było wszystko schować, czary mary i nie ma bałaganu, można w niej siedzieć godzinami, jeść, pić, tańczyć. Lubię ją, choć nie wisi w niej huśtawka. Nie mam ani termobajeru ani kitchenmaga, a i tak umiem zrobić w kuchni dobrze. Piekłam chleb lata temu. I pizzę też robię i bułki. Tak po prostu, dla nas, nie dlatego, że nie mogę pójść do sklepu. Nauczyłam się dbać o ogródek i teraz sprawia mi to przyjemność, choć wcale nie jestem domatorem. To  jakiś rodzaj psychicznej ekstazy obserwowanie w marcu czegoś pięknego, co sobie bure i bezkształtne włożyłaś do ziemi w październiku.

Nie marnuję jedzenia, robię zakupy raz w tygodniu i zawsze w dzień przed zakupami jemy kreatywne danie z resztek. Tak bardzo odsuwam od siebie myśl, że są dzieci, które marzą o kromce chleba. Uczę dzieci, że jedzenie trzeba szanować. Lepiej dołożyć, niż wyrzucić niedojedzone. 

Zapraszam do tego domu ludzi, których lubię. Nie takich, którzy mogą mi coś załatwić, czy w których towarzystwie wypada być. Mogą przyjść z pustą ręką, wyjeść wszystko z lodówki, opróżnić barek i wyjść po trzech dniach. Wiem, że nikt nigdy nie zrobi tu testu białej rękawiczki. 

Mam małą rodzinę, której nie widuję zbyt często. Ale jaka ta rodzina jest fajna! Głowa boli od przekrzykiwania się nawzajem, a brzuchy od śmiania. Nasze spotkania są epickie. Nikt nikomu nie zadaje debilnych pytań w stylu a kiedy dziecko, ale przytyłaś, aż miło popatrzeć, czy po ile to auto i czemu na kredyt. Po prostu, lubimy się. I to za ludźmi najbardziej tęsknię, nie za fryzjerem, czy butikami. Najlepszy grill bez znajomych nie smakuje tak samo. 

Doceniam podróże. Wcale nie biegam od zabytku do zabytku. Wolę posiedzieć, powdychać klimat miejsca, pójść do knajpki, do której chodzi lokalna banda, powłóczyć się po uliczkach. Kaplica Sykstyńska na żywo wygląda gorzej niż na zdjęciach i filmach, za to nigdy nie zapomnę smaku lodów, które jadłam tuż obok. Niezmiennie zachwyca mnie świat na wyciągnięcie ręki i ludzie, którzy, choć inni, są wszędzie tacy sami. 

Nie pociesza mnie to, że ktoś ma gorzej. Codziennie dziękuję za to, co mam. I nie muszę przeżywać pandemii, żeby wiedzieć, że mam tak wiele, mam takie szczęście, niech mnie ktoś uszczypnie.  

Nie potrafię myśleć, że los mi coś podarował, bo zmusił mnie do siedzenia w domu z bliskimi. Podarowałam sobie to sama wiele lat temu, wybierając życie skrojone na moją miarę. 

Życie jest niesamowite, jedyne i żaden wirus tego nie zmieni. 

Widzisz to, prawda?

 

    • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
    • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
    • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
    • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl