Nie urodziłam się matką. Zwyczajnie, nie przyszło to do mnie wraz z dorosłością, małżeństwem czy wiekiem. Choć zawsze wydawało mi się to oczywiste, że kiedyś tam będę miała rodzinę, wcale nie bawiłam się lalkami i nie rozczulały mnie żadne bobaski. To wszystko miało się zdarzyć kiedyś. 

A teraz kładę codziennie do snu trójkę dzieci. Małych pieczątek idealnej krzyżówki mnie i tego jedynego. Trójkę już nie takich znowu maluchów, ze swoim bardzo głośnym zdaniem i wyrobionym gustem. Od pierwszej pozytywnej bety do wkrótce 9 już świeczek na torcie, jaką długą drogę przeszłam. Wyboistą, obficie skropioną łzami bezsilności i lwią walką. 

Ten dzień matki nie jest dla mnie bardziej szczególny od wszystkich innych dni razem. Dni, kiedy chce mi się te dzieci ścisnąć tak bardzo, że mówią, że nie mogą oddychać. Dni, kiedy zaglądam o północy do każdego pokoju i patrzę jak śpią, coraz większe i dłuższe, jakby przez noc rosły dwa rozmiary. Dni, kiedy duma rozwala serducho. Ale i dni, kiedy zamykam się w łazience i nie mogę sama oddechu złapać pomiędzy strachem, żalem, bezsilnością i złością. Głównie na siebie. 

Doszłam kiedyś do takiego etapu w moim życiu, że mi wszystko obrzydło. I choć teraz czasami śmieję się z tego, że byłam debilką nie doceniając wypłat wydanych na szpilki, niedzielnych poranków, które rozpoczynały się o 15, czy kaprysu pizzy, koniecznie w Rzymie. Nigdy nie czułam, że żyję bardziej, niż teraz, kiedy codziennie zmagam się z moim najważniejszym zadaniem. 

Czasami od niego uciekam, kiedy imbryczek mojego braku cierpliwości niebezpiecznie podskakuje. Ale przecież nawet jak jestem na drugim końcu świata, jestem zawsze mamą. Pod skórą noszę te trzy życia, gdzieś zawsze z tyłu głowy. 

Podobno dzieciństwo łatwo spierdolić, trudniej naprawić. Ale nie martwię się tym zbytnio. Dałam sobie rozgrzeszenie na wszystkie popełnione, popełniane i te błędy, które jeszcze popełnię. Nikt z nas nie jest rodzicem idealnym. Dzieci i tak rozliczą nas z tego, czego im w dorosłości zabraknie. Te mądrzejsze same te braki nadrobią. Nikt nie uczył mnie gotować, plewić, ani biegać. A jednak robię te rzeczy codziennie. Czy mogłabym ja, stara baba, obwiniać za coś moją mamę, która nie zrobiła czegoś 30-35 lat temu? 

Weszłam do klubu matek zupełnie nie spodziewając się tego, czym pachnie to drogie w cholerę członkostwo. Nie miałam pojęcia, że to inne członkinie najczęściej i najchętniej nogę podłożą i miażdżące referencje, choć nieproszone, wystawią. To dlatego w nosie mam to, jak wychowuje swoje dzieci Halinka i czy Zośka poleca Juula, Montessori, self-reg, czy inne metody, które mają wyprodukować idealnego człowieka. Moje dzieci nie muszą się dopasować do trzeciej strony czwartego rozdziału Jedynie Słusznej Teorii. Jestem w miejscu, w którym wiem, że choć nieidealnie, choć czasami w nerwach i łzach, po omacku, ogarniam. Mniej lub bardziej po swojemu. 

Kładę codziennie do snu trójkę dzieci. I one wcale nie z przyzwyczajenia mówią, że kochają, życzą dobrej nocy, często dziękują za dobry dzień. Czasami się dziwię, bo moje najlepsze przyjaciółki, wyrzuty sumienia, nigdy nie próżnują.

Znam smak samotności. I tak bardzo cieszę się, że nigdy już nie będę sama. Mam ich, a oni mają mnie. Do ostatniego mojego oddechu.

Mama. 

 

    • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
    • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
    • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
    • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
    • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl