Macierzyństwo to jest takie ciekawe doświadczenie, które sprawia, że choćbyś nie wiadomo ile poświeciła czasu, wysiłku i energii, zawsze się okazuje, że coś na pewno robisz źle. O ile ojciec, który zabierze dziecko na pół godziny na plac zabaw, od razu jest bohaterem, któremu otoczenie bije na stojąco brawo, tak matki nigdy nie potrafią sobie przyznać medali za trud, który codziennie wkładają w wychowanie dzieci. Mało tego – żeby poczuć się lepiej, wyżywają się na innych.

Nikt tak skutecznie nie wbije Ci szpili, jak druga matka. Zawsze znajdzie się jedna taka, która lepiej wie, co, jak i kiedy trzeba, co działa, a co nie i dlaczego masz problemy wychowawcze. Ciśnie się na usta pytanie, skąd te rewelacje, bo kompletnej instrukcji obsługi dziecka nikt jeszcze nie napisał. I nawet, jeśli stosujesz się do mądrych poradników, wychowujesz żywego człowieka, a nie kawałek drewienka, który sobie możesz heblować, aż powstanie kształtna ciupaga, czy inna ławeczka.

Możesz spokojnie liczyć na zakamuflowaną szpileczkę, kilka ciepłych słów między wierszami, drobne złośliwości. Szczególnie, jeśli coś Ci wychodzi i akurat odniosłaś macierzyński sukces. Nawet cholera paskiem na świadectwie się pochwalić nie można, bo od razu komuś to przeszkadza, komuś jest przykro, fruwają przypuszczenia i nie bezpośrednio wypowiedziane, ale jednak namacalne wizualizacje, jak to na pewno stoisz nad dzieckiem z bacikiem, aż zapłakane wkuwa po nocach, żeby wymodlić ten pasek.

Te komentarze są takie stereotypowe, takie czarno-białe, aż żal. I to nigdy nie są szczęśliwe, wyluzowane matki, a te spięte i sfrustrowane. Te, które wiedzą, że to macierzyństwo to nie jest do końca jak projekt, nad którym jak posiedzisz nocami to wyjdzie, uda się, odbębnisz. Trzeba dowalić, żeby samej poczuć się lepiej, żeby nie było, że tylko Twoje dziecko ma w dupie brokuły, a w sercu Barbie, choć bardzo chciałabyś, żeby kochało jarmuż i gardziło plastikiem.

Ja mam taki przykład ze swojego doświadczenia. Błogosławię sobie wolne wieczory, to dlatego od wielu, wielu lat pracujemy nad rutyną, która sprawia, że moje dzieci najpóźniej o 20 smacznie śpią. Moje dorosłe życie jest wciśnięte pomiędzy ten czas, kiedy dzieci usną, a ja jeszcze nie śpię. W praktyce to są jakieś 3 godziny, w trakcie których mogę coś przeczytać, obejrzeć film, w którym padają siarczyste faki, pobyć z mężem, pogadać z przyjaciółką, poleżeć w wannie, czy pooglądać sobie w necie buty, które kiedyś na pewno sobie kupię! Ja spędzam codziennie masę czasu z dziećmi i po prostu wieczór jest dla mnie.

ZAWSZE kiedy przypominam tekst o tym, jak położyć dziecko spać i o 20 mieć wolny czas, pojawia się kilka złośliwych komentarzy. No tak, moje jakby tak poszły, to by wstały o 4 nad ranem. A ja to lubię te nasze wieczory wspólne, z dziećmi. Gdybym tak kładła dzieci, w ogóle nie spędzałabym z nimi czasu. Nie wyobrażam sobie takiego braku spontaniczności. U nas w domu nie panuje rygor. To Twoje macierzyństwo to jest takie właśnie byle do 20, któraś dodaje.

To nie jest pisane po to, żeby wyrazić swoje zdanie, nie po to, żeby prowadzić kulturalną dyskusję w necie i wymienić poglądy czy sposoby, które być może u nas zawiodły. To jest pisane po to, żeby komuś przywalić między oczy, tam, gdzie boli najbardziej wygarnąć, żeby pokazać, że JA JESTEM LEPSZĄ MATKĄ OD CIEBIE.

Z tym, że ja mam to w dupie. To znaczy – mam w nosie to, co ktoś do mojego macierzyństwa ma. Mam to szczęście, że moja sytuacja jest na tyle ekstremalna, że po prostu nikt nic na ten temat nie wie, nawet poradników na ten temat nie ma! Zawsze więc mam ten argument. Ale to nie o to chodzi.

Pisze do mnie mnóstwo kobiet, matek, które są tym zmęczone i mają tego dość. Tej ciągłej wojenki, tego ciągłego podjazdu, tej śmierdzącej kupy opakowanej w miło wyglądające dobre rady. To nikomu nie pomaga! Można napisać, co działa, bo akurat to może stać się inspiracją, może pomóc, sama niejednokrotnie skorzystałam z czyjegoś „sposobu”, bo przecież naprawdę trzeba wioski, żeby wychować człowieka, ale przechwałki i krytyka nikomu w niczym nie pomagają. Innym matkom się nie współczuje dziecka, nie można pouczać, kwestionować metod wychowawczych, czy porównywać dzieci. Po prostu nie mamy zielonego pojęcia z czym kto walczy, jakie ma obawy, jak bardzo coś go przerasta, boli i jak sobie z tym radzi.

Widzę mnóstwo rodzin, słyszę rozmowy, widzę bunty 2-3-5-10 latków, obserwuję pary, teraz to już na dwóch kontynentach. I wiem jedno. Każdy z nas ma swoje problemy. Każde dziecko coś ma! Nie masz problemu z zasypianiem, masz z jedzeniem. Je zdrowo, to znowu nie chce się uczyć. Dobrze się uczy, ale ma nadwagę. I tak w kółko. Bo ideałów nie ma i bardzo proszę, nie zgrywajmy się, że nagle jednego takiego same sobie w domu wyhodowałyśmy. W takie cuda to ja nie wierzę!

Macierzyństwo jest cholernie trudne. Życie też bywa nie takie znowu kolorowe. Każdego z nas czekają prawdziwe dramaty. Po co sobie dodatkowo dolewać? Lepiej nic nie mówić niż sprawiać komuś przykrość. Każda z nas miewa dość. Każda z nas jest wykończona. Każda z nas ma wiele obaw. I każda z nas kocha nad życie swoje dziecko.

Z chwilą urodzenia potomka wielu kobietom odbija. Nagle z początkujących mam stają się wszystkowiedzącymi ekspertkami. Cokolwiek by to było, czy szczepienia, czy dieta, czy karmienie piersią, czy zmagania szkolne, czy nauka jazdy na rowerze – stają się niepodważalnymi autorytetami, nie znoszącymi sprzeciwu. Bo przeczytały jedną książkę, bo obserwują na fejsie psychologa, bo są jakieś tam badania, które potwierdzają ich, jedynie słuszną, tezę.

A ja nic nie wiem, mało tego, im dalej w las, tym wiem mniej, o sobie jako matce, o dzieciach, o życiu, które mnie codziennie zaskakuje. I jak widzę takie komentarze, to mam ochotę się schować z powrotem do swojej skorupki i na czole sobie napisać, że przedmiotu o nazwie macierzyństwo w szkole życia jednak nie zaliczyłam. I wiem, że wiele z nas tak ma. Bo tak jest zawsze, kiedy na czymś bardzo Ci zależy, robisz, co możesz, wkładasz nadludzki wysiłek, a potem ktoś, zamiast docenić, powie – e, można lepiej. No może i można, ale nie zawsze się da! Bo, choćby skały srały, niektórych rzeczy zmienić się nie da i nie na wszystko, jako matka, masz wpływ. Czy to tak trudno zrozumieć?

Przecież tak naprawdę nie wiemy, co z tych naszych dzieci wyrośnie. Czy poświęcanie się nad miarę przyniesie nam tę mityczną szklankę wody, którą same od siebie nam na starość podadzą? Czy dzieci, które wcześniej zaczęły mówić, chodzić czy siadać, wynajdą lek na raka? Czy ograniczenie słodyczy da im życie wieczne i zawsze zdrowe zęby? Bo może te nasze dzieci wyrosną na alkoholików i degeneratów i ta cukrowa maniakalna obsesja w ogólnym rozrachunku nie będzie miała aż takiego znaczenia? Czy atmosferę w naszym domu dzieci będą wspominać miło, czy z komentarzem, że na pewno swoje dzieci wychowają inaczej?

Jeśli masz coś do powiedzenia na temat innej matki, to oprócz „dobra robota”, podaruj sobie. Bo nie pomagasz.

Zdjęcie: źródło

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl