Gruby żart Lewandowskiej wcale mnie nie śmieszy. Chciałabym nauczyć moje dzieci dbania o zdrowie. Bo to ono daje ciało, które wiele może. Ciało, które tańczy, zdobywa szczyty, pozwala się uczyć, kochać, podróżować, kiedyś rodzić dzieci, mieć pomysły i dowolnie je realizować. Zdrowie to dla mnie również kontrolowanie wagi, otyłość to choroba, nie wybór.

Całe życie muszę walczyć z wagą. Lubię jeść i choć jem zdrowo i bardzo dużo się ruszam, mam skłonności do tycia. Pomiędzy poniedziałkiem, a niedzielą, moje wahania wagi mogą wynieść nawet 4 kilo! Nigdy nie byłam i nie będę chuda. Zaakceptowałam to. Bo na tym, w moim subiektywnym odczuciu, polega idea pozytywnego ciała. Nigdy nie patrzę w lustro z obrzydzeniem. Patrzę raczej krytycznym okiem, kiedy muszę schudnąć, bo czuję, że odbiegłam od wagi, w której dobrze się czuję, dokładam treningów, odkładam lody. Sama się motywuję, nie potrzebuję promowanych fit batoników i nowych getrów na tyłku. Do znanej metody MŻ – mniej żreć, dokładam WR – więcej ruchu i widzę efekt.

Moje dzieci widzą moje zmagania. Nie ma sensu udawać, że #takasięurodziłam. Moje dzieci mają ogromny apetyt. I przysięgam, to jest problem takiego samego kalibru, jak posiadanie w domu niejadka. To jest codzienna walka z tym, co wolno, czego nie wolno, ile można, a ile nie. To są nieskończone rozmowy na temat tego, że inne dzieci do szkoły przynoszą paczkę chipsów, a my nie. To jest tłumaczenie na zakupach, że ten pyszny jogurcik to sam cukier, nie kupimy go. To jest rozmowa przed imprezą, że wystarczy jeden tylko kawałek tortu. To w lodziarni do znudzenia powtarzane, że jedna gałka loda jest ok, nie musi ich być pięć. To negocjacje – dziś była słodka bułka, nie będzie deseru. To odmawianie dokładek, bo to przecież ja wiem, ile powinno zjeść dziecko. I stety niestety – mówimy również o tym, że nadmierne jedzenie to nie tylko kwestia zdrowia, a otyłości. Bo to, że dzieci nie mieszczą się w kanonie, to obok chorób, genów, predyspozycji, kiepskiej diety, również problem nadmiernego apetytu. I to nie jest tylko walka z dziećmi, a z otoczeniem. Podczas gdy dzieci na stołówce na obiad mówią ble, moje jedzą cztery dokładki. I Pani w szkole jest przykro, nie potrafi odmówić, bo one proszą, bo są głodne, a to przecież zdrowe. Zdrowe jest jedno jabłko, ale pięć, czy to nadal zdrowe? Nikt tego nie rozumie, nawet lekarz pediatra mnie zbeształa, kiedy poprosiłam o badania tarczycy i hormonów, przecież wyrosną, cieszyć się, że jedzą, a nie na siłę wyszukiwać problemy. To prośba do rodziny i znajomych, aby nie kupować słodyczy, nie dawać dokładek, nie częstować syfem. Oj tam oj tam, to tylko dzieci, to tylko jeden cukierek, to tylko… U nas nie tylko. Moje dzieci zjadłyby dorosłą porcję obiadu, wypiły litr soku i poprawiły ogromnym deserem. Na każdy posiłek. Moje dzieci są zawsze głodne, nigdy nie mają dość jedzenia, ciągle o nim mówią, zaglądają do szafek, choć rzadko kiedy coś tam znajdują.

Okazuje się, że nawet kilkulatek może mieć skłonności do tycia. To JEST problem, z którym się walczy przy pomocy specjalistów. Konsekwentnie odnoszę sukcesy, choć jest mi przykro i smutno, że ten temat musi się w naszym domu pojawiać. A musi, bo otyłość to choroba i walka z nią od najmłodszych lat wydaje się jednym z obowiązków rodzica. A dzieci są coraz większe i już same wiedzą co i jak. Nie jestem w stanie kultu wyglądu w otaczającym ich świecie zniwelować i wykluczyć do 0. A przecież trzeba delikatnie, dyskretne, żeby zaburzeń żywieniowych nie wywołać, bo to nie o to chodzi.

Naprawdę jest mnóstwo domów, w których jest problem z jedzeniem, jest problem z wagą, obojętnie przecież w którą stronę, jest i nie daje o sobie zapomnieć.

Znam mamy dzieci bardzo chudych, które na każdym kroku słyszą głosy krytyki, ironiczne komentarze, nie tylko do siebie, w stylu on nic nie je, ale i do dziecka, mama cię nie karmi? Nikomu z tego powodu przyjemnie nie jest.

Znam chudych i drobnych dorosłych, którzy marzą o dodatkowym kilogramie, o piersiach, na które w końcu potrzebny będzie stanik, o wyglądzie dorosłego, bo w wieku 30 lat i z dwójką dzieci na karku, stale proszone są o dowód i wcale ich to nie śmieszy.

Znam rodziny, w których pojawił się jadłowstręt. Nie pomagało przedstawianie nowych pokarmów, rozszerzanie diety, wciąganie dziecka w zakupy i gotowanie. Dla niego pożywienie mogłoby nie istnieć. I wcale nie była to wina rodziców. I wcale samo nie minęło.

Znam otyłych dorosłych, którzy mają pretensje do swoich rodziców, którzy na czas nie zareagowali, nie pomogli, nie leczyli, nie uświadamiali, a pozwolili urosnąć do ogromnych, chorobliwych rozmiarów.

Znam otyłych po kilku operacjach żołądka, bezsilnych.

Znam otyłe dzieci, które cierpią, bo są przezywane, wyśmiewane, stygmatyzowane, a są w wieku, kiedy chcą się podobać, chcą być atrakcyjne.

Znam osoby, które nie mogą ćwiczyć, bo cierpią na schorzenia, które to uniemożliwiają. Znam takie, które nie mają środków, czasu i wiedzy na jedzenie 1500 kcal dziennie. To dla wielu osób nie jest wcale takie proste.

Problem jedzenia i wagi dla wielu jest ogromny. I nie zamyka się w modnej diecie, treningu w skąpych majtkach i proteinowym szejku. Czy chcemy, czy nie, waga jest istotnym elementem życia. Nie można wszystkich z nią problemów zredukować do lenistwa, wstania z kanapy i pogryzania marchewki, a już wszystko będzie dobrze.

Dlatego boli Lewandowska, która założyła sobie kostium grubasa, żeby poheheszkować. Idea ciało pozytywności to akceptowanie swojego ciała jakim on jest, na każdym etapie. Otyłość to nie śmieszne wdzianko, które ładna pani może zrzucić w kilka sekund. Dystans to śmianie się z własnych ułomności i kompleksów, nie z cudzych.

Dla Lewandowskiej, osoby, która poświęca całe życie na sport, grube ciało to żart. Mnie nie śmieszy. Celowo stworzony na tę okazję kostium grubasa, zamiast edukować, razi. To nie ciało pozytywność, to fat shaming, wyśmiewanie otyłości. Dla wielu osób kwestia wagi, wyglądu, jedzenia, to choroba i ogromny problem. To ograniczenia, wyrzeczenia, kpiny, prześladowanie, ból, operacje, zaburzenia, ciągła walka. To nie jest kwestia puddingu chia na śniadanie i kilku treningów, to dużo większy problem. Problem, który często trwa całe życie.

Dziś śmiejemy się z grubasów, czy jutro będziemy obśmiewać starość i niedołężność? A może bezpłodność? Czy pójdziemy w łachmanach pod most cykać sobie selfie, bo przecież bezdomność jest taka cool? Zabawimy się kosztem niepełnosprawnych? Może taniec na wózku inwalidzkim? Hehe, nadal śmieszne?

Są tematy, na które się nie żartuje. Bo dla wielu są prawdziwymi dramatami.

Written by calareszta.pl