Ach Bali Bali, moje marzenie, padały słowa pod moimi postami z wakacji na Bali, Bali zrobiło się egzotyczne i co tu dużo mówić, szalenie modne. Sama jarałam się jak pochodnia, oglądając fotki z raju kilku naszych celebrytek. Z Polski to kierunek daleki, a co za tym idzie drogi i mniej dostępny niż Europa. Czy warto więc, jako wielkie podróżnicze marzenie, na swojej liście mieć Bali? Według mnie, z Polski – nie. Ale już wyjaśniam.

Aktualnie mieszkam w Australii, a tu Bali to najtańsza opcja wczasów, poza kempingiem i namiotem. Do namiotu ze świadomością wszystkich dzikich węży, pająków i innych niebezpiecznych cudów natury zamieszkujących Australię, raczej tutaj dobrowolnie nie wejdę, zwiedziłam już wszystkie okoliczne atrakcje, więc pozostaje Bali.

Bali jest popularne z wielu powodów – po pierwsze – jest tam tanio. Nawet jeśli wybierzesz bardzo drogi hotel, jest on i tak kilkakrotnie czasami tańszy od byle jakiego hotelu w Australii. Australia jest po prostu strasznie droga i ceny atrakcji turystycznych to zwykłe zdzierstwo. I choć w tych najdroższych hotelach wszystko jest drogie, to na ulicy kupisz to samo za grosze.

Po drugie – takie sobie Perth na przykład, jest na końcu świata. Jeśli więc marzą Ci się zagraniczne podróże, musisz się nastawić na długie loty, długi urlop, ogromne koszty. A Bali to najbliżej od Perth położony międzynarodowy kierunek i można się tam znaleźć za trzy godzinki. To dlatego, przeciętny mieszkaniec Perth, był już na Bali x razy, czasami nawet na weekend, babski wypad, kawalerski, na wesele, czy ważne urodziny. Po trzecie – Bali żyje z turystyki, więc turystów traktuje się tam fantastycznie, spełniając ich zachcianki i dbając o to, aby urlop na Bali stał się rodzinną, coroczną tradycją.

Bali dla Australijczyków jest jak Egipt dla Polaków. Stosunkowo tanio, gwarantowana pogoda, egzotyka, niedaleko i można ustrzelić fajne promo na przyzwoity hotel. To dlatego latają tam co najmniej tak, jak my jeździmy nad polskie morze – obowiązkowo przynajmniej raz w roku. Nam się to za bardzo nie mieści w głowie, bo przecież świat jest wielki, piękny i nie widziałam jeszcze wszystkiego, ale jest na mojej liście, po co więc stale jeździć w to samo miejsce? No ale jeżdżą, bo inaczej do wyboru mają namiot w swoim regionie (mówię tutaj o Zachodniej Australii, do której rzucił mnie los, która jest porównywalna wielkością do całej Europy, może się więc okazać, że przejedziesz 2500 i jesteś nadal w tym samym stanie, ups).

Byłam kilka razy w Egipcie i tak mi się kojarzy, że to Bali to jest taki azjatycki Egipt. W Egipcie panuje „zemsta Faraona”, na Bali zaś choroba nazywana „Bali belly”, od słowa brzuch. W skrócie – zatrucie pokarmowe, związane ze zmianą jedzenia i wody i standardów czystości. Zwykle kończy się na biegunce i wymiotach, może jednak mieć bardzo różny przebieg, od lekkiego po odwodnienie, gorączkę i potrzebę hospitalizacji. Na szczęście i tu i w Egipcie mnie to ominęło, choć wcale nie przestrzegałam zasad, typu mycie zębów wodą z butelki, wystrzeganie się napojów z lodem, czy też niejedzenie owoców, jedzenia ulicznego, lodów. Jadłam, piłam, nic mi nie było. Może akurat takie szczęście, odpukać.

Bali jest brudne. Kiedy tylko wyjdziesz z hotelu, zobaczysz jak bardzo jest zaśmiecone i zaniedbane. Rozwalające się budynki, wszędzie masa śmieci, okropny smog. Niby coś się z tym robi, ale nadal jest to kropla w morzu potrzeb. Wszędzie jest ochrona. Na plaży co kilka metrów umundurowany strażnik. Boją się terrorystów, przed wjazdami do stref turystycznych sprawdzają samochody. Niby dobrze, bo bezpiecznie, ale jest to trochę przerażające. Mimo tego, że turyści zostawiają na Bali masę kasy, jest tam bieda, w wielu miejscach, mniej turystycznych – skrajna. Zobaczysz tutaj i ciężarówki wypełnione po brzegi pracownikami fizycznymi i pracujące dzieci. Popularność Bali sprawia, że na każdym kroku jest mnóstwo turystów. Tysiące, z każdego właściwie miejsca na Ziemi. Spotkać można i studentów z Ameryki i emerytów z Niemiec. No i masę Australijczyków, którzy miejscowych nauczyli nawet slangu, co jest wyjątkowo komiczne, kiedy balijski taksówkarz po skończonym kursie rzuca australijskie powiedzonko „no worries”. Plaża na Bali nie zachwyca, bez kokieterii powiem, że nasza, nad Bałtykiem, ładniejsza. No i niestety – Bali bardzo boi się tsunami i trzęsień ziemi. Trochę przerażają tabliczki informujące o tym, gdzie się udać w przypadku zagrożenia tsunami, choć chyba wszyscy wiemy, że gdyby nadeszło, to sącząc drinka na plaży nie mamy raczej żadnych szans.

Ale. Jest coś magicznego w balijskiej przyrodzie. Palmy na Bali są piękne, zielone, soczyste. Wszędzie jest pełno kolorowych kwiatów, wszystko aż buzuje. Rosną kokosy, których można się napić na każdym kroku, za grosze. Ogród w naszym hotelu wydawał mi się rajem. W piękniejszym nigdy nie byłam. Dbał o niego cały sztab ogrodników, którzy cały dzień i noc go podlewali, przycinali, podcinali, grabili, przesadzali. Pierwszy raz w życiu widziałam, aby ktoś trzepał drzewo, aby spadły z niego suche liście, które będzie mógł proaktywnie zagrabić, żeby nie śmieciły terenu. Ten ogród był wart zobaczenia.

Ale czy nie jest tak, że w Azji jest mnóstwo takich pięknych miejsc? Z tego, co wiem, Wietnam, Kambodża, Sri Lanka mają podobne atrakcje do zaoferowania i możliwe, że nie są aż tak zawalone turystami. I chyba nie tylko Azja. Na meksykańskim półwyspie Jukatan też na przykład nie miałam wrażenia, że jest zadeptany tak, jak Bali.

Jest też inny niepodważalny plus Bali – Balijczycy są cudowni. Ciepli, otwarci, uśmiechnięci. Bali żyje z turystów, więc oni opanowali sztukę hotelarską do perfekcji. W trakcie naszego pobytu kilkakrotnie mieliśmy kontakt z różnymi kierownikami. A to kierownik zmiany spytał, czy jesteśmy zadowoleni z czystości w pokoju, a to kierownik na stołówce pytał, czy odpowiada nam wybór jedzenia w bufecie. I naprawdę słuchali opinii gości, bo widzieliśmy natychmiastowe zmiany i udogodnienia. W klubikach dla dzieci, które w hotelach na Bali są bardzo popularne, pracują przemiłe osoby, które stają wręcz na głowie, aby najmłodszym umilić czas. W efekcie trzeba z dziećmi twardo negocjować godziny, które spędzą w klubiku, bo chętnie byłyby tam cały dzień, a to przecież miały być rodzinne wakacje. Obsługa hotelu prześciga się w wymyślaniu atrakcji dla gości. Joga w hotelowym ogrodzie, aerobik na basenie, wieczór filmowy pod palmami, pieczenie pianek na ognisku na plaży, zespół na żywo przygrywający w barze. Wszyscy są uśmiechnięci i nie traktują nikogo jak intruza. Nie widziałam nic niepokojącego, a wręcz czułam się początkowo nieswojo, kiedy do odstawionego na stół talerzyka biegł od razu kelner, żeby go odnieść do kuchni. No i oczywiście kochają dzieci. Zabawiają je składaniem origami, zagadują, zaczepiają, pozwalają wszystkiego dotknąć, wszędzie wleźć, niestrudzenie odpowiadają na tysiące pytań. Moje dzieci były więc w niebie. I nie ma to żadnego podtekstu. Pani w klubiku wołała do rodziców – nie przejmuj się, miłej przerwy, bawcie się dobrze, a jak coś będzie nie tak, znajdę Cię na basenie albo zadzwonię. W takich warunkach byliśmy więc i my na urlopie. Nie tylko uganialiśmy się cały dzień za dziećmi, a mogliśmy w spokoju porozmawiać, pójść sami na kolację, na spacer, czy na SUP. Wróciliśmy wypoczęci.

Bali słynie ze świątyń, w tym chyba tej najsłynniejszej – Uluwatu. Nie zrobiła na mnie wrażenia, jakiego oczekiwałam po opisach w necie. Tłum turystów, ścisk, a do środka wejść i tak się nie da. Zachód słońca, dla którego polecają ją przewodniki, widoczny jest z wielu miejsc w pobliżu Uluwatu, w których nie będziemy nikomu deptać na odciski i oglądać influencerów robiących milion pierwszą fotkę w tej samej pozie. Podobały mi się inne świątynie, mniej popularne, ale oddające ducha tutejszej religii. 

Podobały mi się też bardzo tarasy ryżowe. W szczególności ten w okolicach Ubud – Tegallalang. Nasz kierowca zawiózł nas do knajpki, która była bardzo wysoko, a z której rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok na tarasy. Knajpka nazywa się Boni Bali i jest cudowna. Przepyszne jedzenie, świeżo wyciskane soki i ten cudny widok. Kwintesencja Bali. I było tam prawie pusto, choć była pora obiadowa.

Jedną z atrakcji jest też las małp, w którym spotkałam przemiłe małżeństwo gejów z Polski. Chłopcy uratowali mnie przed małpą, która wskoczyła mi na plecy jak się schyliłam poprawić sobie klapek. Wskoczyła, zrobiłyśmy sobie foteczkę i nie chciała zejść! Powiem tylko tyle – mokre chusteczki, które Matka Polka ma zawsze przy sobie, bardzo się przydały. Małpki, delikatnie mówiąc, śmierdzą. I lubią kraść, więc trzeba uważać na okulary, torebki, łańcuszki, wiszące kolczyki, jakiekolwiek jedzenie.

Będąc na Bali trzeba koniecznie pohuśtać się na jednej z licznych Bali swings. Jest to świetne przeżycie i chociaż na moment przed, jak mnie już zapinali, prawie nie zwątpiłam, polecam bardzo. To jak lot nad palmami, fajne przeżycie, warte 20 dolarów. My byliśmy w okolicach Ubud, gdzie czekając na moją kolej, mogliśmy też spróbować różnej kawy i herbaty. Kawa na Bali jest mocna, oj, dobra. Próbowaliśmy też najdroższej kawy na świecie – kawy luwak, czyli kawy z ziaren, które wydobywane są z odchodów łaskunów, lokalnie zwanych luwak. Yyyy. Też dobra.

Kolejna atrakcja – Aquapark Waterbom – to mekka turystów. Jest tam mnóstwo wodnych zjeżdżalni, matka prawie straciła głos, ale nie jadł, nie pił, dla naszej piątki 6 godzin w Aquaparku to był koszt ponad 1000 złotych. No ale wiadomo – biznes to biznes, są wakacje, dzieci chcą mieć uciechę, a rodzice dla dzieci (i świętego spokoju) zrobią wiele. Więc płacą. Niektórzy hotelowi goście przyznawali się nam, że w trakcie 6 dniowego urlopu byli w Waterbom 3 razy. Ja chyba tego za bardzo nie rozumiem, bo kolejki sprawiają, że głównie się tam czeka. Na szczęście dzieci mam już większe, więc kumały, że nie ma marudzenia i trzeba stać, jeśli się chce zjechać, ale widziałam rodziców ostro się gimnastykujących, aby czas oczekiwania na swoją kolej maluchom umilić.

Byliśmy też na wyspie żółwi. Fajne miejsce, w którym wolontariusze zajmują się żółwiami. Widzieliśmy kawałek rafy, już chyba wspominałam – Bali to taki Egipt w Azji, prawda? 😉


Oczywiście tanie są wszelkie spa, w których robią typowe balijskie masaże. Grzech nie skorzystać. Można połączyć spa z leżeniem na plaży, czy to nie raj? 



Reasumując – wybrałam się na Bali, bo tutaj wszyscy o nim mówią no i jest blisko. Australia jest na końcu świata i kiedy się tu mieszka, wiele podróży jest zwyczajnie niemożliwych, jeśli nie dysponujesz nieograniczonymi środkami w postaci czasu i pieniędzy. Byłam na Bali w miejscach popularnych, bo z małymi dziećmi raczej podróże po ustronnych miejscach na razie uważam za niepotrzebne ryzyko. Możliwe, że Bali ma więcej do zaoferowania niż to, co my widzieliśmy, jednak Bali z Polski raczej nie polecam. Na to, co tam jest, jest zdecydowanie od nas za drogo i za daleko. No chyba, że Europę masz w całości obczaskaną, Stany zjeżdżone, Afryka w małym paluszku, to tak. Wtedy bardzo warto. Najbardziej na Bali podobała mi się bujna roślinność i hotel (Melia Bali, rewelacyjny, polecam bardzo, w moim prywatnym rankingu 6 gwiazdek, czuliśmy się całkowicie rozpieszczeni), ale takich hoteli jest mnóstwo w wielu miejscach na Ziemi, a w Europie to już w ogóle mamy ich tysiące. Lepiej kasę na przelot wydać na wypasiony hotel gdzieś bliżej. My mieliśmy świetne wakacje, bardzo nam się podobało i odpoczęliśmy, ale z Polski jest naprawdę wiele innych, równie egzotycznych i ciekawych kierunków, do których nie trzeba cały dzień lecieć. Przekornie: nie ma co się poddawać kolejnej modzie wykreowanej przez pozowane zdjęcia na Insta.

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Nie masz na nic czasu, w szczególności dla siebie? Kup moje autorskie produkty, które pomogą w ogarnianiu rzeczywistości. Stworzone przez matkę trojaczków – to działa! SKLEP.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl