Kim jest bloger? Kim jest influencer? Co to znaczy, że ktoś na kogoś wpływa? Idzie na tym zarobić?

Piszę bloga od 4 lat, choć znam takich, którzy piszą 10, można więc powiedzieć, że to jest już stary jak świat temat. A jednak nie. Codziennie spotykam się z tym, że nadal wiele osób nie wie, co to jest blog, co to są media społecznościowe i jak to wszystko działa.

Możliwe, że dobrze byłoby jednak wiedzieć, po pierwsze dlatego, żeby nie robić z siebie ignoranta, po drugie, żeby nie drażnić lwa, po trzecie – żeby nie nabijać kasy głupkom. To tak w skrócie.

Inkoguto – FAŁSZ

Większość szanujących się influencerów (influence, czyli po angielsku wpływ, czyli po polskiemu, influencer to po prostu wpływacz 🙂 ), czy to działających na blogach, nagrywających wideo (tzw. vloger), czy robiących zdjęcia na Instagramie, to osoby podpisane z imienia i nazwiska, ewentualnie pseudonimu. Większość, bo nadal są tacy, którzy występują anonimowo, ale to już raczej rzadkość, przynajmniej w świecie, w którym ja egzystuję, gdzie tematy są zgoła inne niż zachwyt nad jajkiem niespodzianką. Dlatego nigdy nie skumam, jak to jest, że ktoś do mnie pisze per WY. Jakie my? Kto my? O kogo chodzi? Bo ja cały czas podkreślam i nawet w moim logo jest moje pełne imię i nazwisko, że ja to ja, nie ktoś gdzieś tam.

Pisz co Ci każę – FAŁSZ

Hej Wy tam, całareszto, to coś tam róbcie lub nie róbcie. Co mogę lub nie mogę robić, to mi kiedyś mówiła mama, ale to już było bardzo dawno temu i teraz jak mi ktoś tak próbuje swoją wolę narzucić, to robię popcorn, wyciągam nogi na biurko, klawiaturę kładę sobie na oponce na brzuchu i jadę z tym koksem. Internet na razie w obu krajach, pomiędzy którymi stoję w rozkroku o zasięgu dwóch półkul, jest wolnym medium i ja, proszę Państwa, będę pisała tutaj o czym tylko mi się podoba, albo częściej jednak, nie podoba. Będę jechała po PiSie, będę za małżeństwami jednopłciowymi, będę za aborcją. I będę sobie do woli zmieniała zdanie, w końcu jestem kobietą, a tylko krowa nie zmienia światopoglądu. Ale uspokajam – jest nas, piszących, nagrywających, fotografujących, gotujących i ogólnie wymądrzających się w necie miliony! Można sobie szybciutko zamknąć, klikając w krzyżyk w prawym górnym rogu denerwującą nas mordę i przerzucić się na to, co bardziej nas jara. A jak mamy tak strasznie dużo pomysłów na posty – piszmy sami! Nikt nikomu nie broni! Bloga można założyć i pisać na nim o czym się chce. 

Się klika, kasiura leci – FAŁSZ

Jeśli chodzi o zasięg, to w przypadku blogów, czy insta, działa to trochę tak, że nieważne jak, ważne, żeby mówili. Liczy się każdy komentarz i każde polubienie, każde jedno udostępnienie dalej, to darmowy zasięg, za który nikt nie musi płacić Markowi Cukierkowi. Bo jak się nie zapłaci, to bywa, że masz 100 tysięcy fanów, a Twój wpis zostanie pokazany tylko 5 tysiącom. Jeśli więc nie podoba Ci się jak śpiewają Godlewskie, kpisz z Big Brothera, czy coś tam jeszcze innego Cię drażni, udostępniając to dalej, robisz twórcy przysługę, nawet jeśli napiszesz o tym coś negatywnego. I tu obalę kolejny mit – z samego niesienia się tekstu czy video nikt nic nie ma. Jeśli kanał jest darmowy, twórca nie zbiera za to kasy. Jest jednak coś długoterminowo ważniejszego – popularność. To ona sprawia, że do kogoś, kto ma dużo odsłon, użytkowników, fanów, zgłaszają się rozmaite firmy z propozycją reklamy. A za nią stoi kasa. Często niemała.

W Internetach można świetnie zarobić – PRAWDA

Im lepszy blog, im częściej i porządniej publikuje treści dobrej jakości, które są lubiane, tym więcej propozycji reklamowych. Różnie to z tym bywa, ale generalnie każdy chce swój produkt pokazać w miejscu, które jest odwiedzane i ma swoje grono stałych odbiorców. Bo wtedy jest szansa, że fan tej osoby spojrzy na ten produkt. Działa tu kwestia zwykłej sympatii, zaufania, czasami tylko skali. Gazet już prawie nikt nie czyta, a blogi tak. Minimum 100 tysięcy osób zagląda na mojego bloga MIESIĘCZNIE. Czytelnicy wracają do starych tekstów, a gazeta? Wiadomo. Po kilku dniach zamienia się w makulaturę. To gdzie lepiej puścić reklamę?

Prawdziwe współprace to normalne umowy, podatki, szczegółowo wyliczone, zaplanowane drobiazgowo i z datami, działania. To negocjacje i w końcu praca, na końcu której widzisz zdjęcie, czy czytasz tekst. To szkice, to ustalenia, to próby, to proces twórczy. Przynajmniej tak jest w moim przypadku, bo mój czytelnik nie jest już małolatem, któremu wystarczy fotka z batonikiem i już leci do kiosku kupować ten batonik.

Jeśli Halina z Radomia pisze bloga, którego czyta tylko sąsiad, kot i babcia Halinki, kasy z tego nie będzie. I pomimo tego, że Halinka doskonale wpływa na swojego starego, sąsiada i babcię, jej możliwości przekonania kogokolwiek do zakupu, używania, zjedzenia czy odwiedzenia czegoś są zerowe.

Ile można zarobić, to już jest bardzo indywidualna sprawa, znam influencerów, którzy mają stały cennik, publikują go na blogu i jest on pięciocyfrowy, są i tacy, jak na przykład ja, że dopuszczam negocjacje i zawsze współpracę wyceniam indywidualnie. Są produkty, które reklamują się same, bo je kocham i każdemu bym nakazała wręcz ich używać, są osoby, które uwielbiam czytać, słuchać, próbować każdego ich przepisu i śledzić każdą podróż i zareklamuję je zawsze, praktycznie w ciemno, bo w nie wierzę. Są zaś takie współprace, które wymagają ode mnie zaangażowania innych środków, własnej rodziny i ogromnej ilości czasu i to wszystko składa się każdorazowo na moją wycenę. Częściej mówię nie, bo nie zgadzam się z produktem i nie chcę być z nim kojarzona.

Są blogi, na których reklama jest codziennie. Ja nie mam nic przeciwko! Nie czytam ich, bo mnie to drażni i nie interesuje, ale jeśli ktoś czyta? Czemu nie? To normalna praca, jest koniunktura, to dlaczego nie? Kredyty same się nie spłacą. Jeśli ktoś ciężką pracą stworzył miejsce, które firmy uważają za atrakcyjne pod kątem powierzchni reklamowej, to dlaczego nie? To czytelnik końcowo decyduje. Nie chcesz reklam? To po co tam zaglądasz?

Reklamy na blogach będą, bo blog nie jest za darmo, a kosztuje choćby czas, czyli coś, czego nikt nigdy już nikomu nie wróci. Pytanie jest jednak jedno – ile jest tych reklam i jakie? I ponownie – to Ty, drogi czytelniku, decydujesz, czy te reklamy pochwalasz, czy nie. Ja sobie myślę, że warto też i tą działalność Blogera wspierać, bo jeśli nie ma ich za często, trzeba uszanować i trochę podbudować. Nie stać mnie na utrzymywanie bloga, kredyty same się nie płacą, dlatego zgadzam się na sporadyczne reklamy. Jest reklama, to czytamy tak samo jak wszystko inne i dajemy lajka, bo dzięki temu czytamy setki innych tekstów, które nas bawią, uczą, zmuszają do przemyśleń, pocieszają. Jeśli chcemy, żeby nie zniknęły, dajemy lajka i reklamie, za wysiłek, za całokształt. To bardzo proste.

Oczywiście nadal jest jeszcze mnóstwo firm, które piszą do influencerów z propozycją napisania tekstu w zamian za długopis. Mam dla nich zwykle jedno pytanie – czy długopisem zapłacę za hosting, serwer, za rachunki, za mój czas, za jedzenie w lodówce? Zwykle nie odpowiadają. Najlepsze są wydawnictwa, które chcą, abym poświęciła swój czas po pierwsze na przeczytanie książki, która wcale mnie nie interesuje, a po drugie na napisanie angażującego posta, który ją wypromuje. To wszystko oczywiście w zamian za książkę, która, podkreślam, wcale mnie nie interesuje.

Nadal jest mnóstwo firm, które piszą do mnie z propozycją reklamy produktów, które kiedyś już skrytykowałam, na przykład kolorowe serki, jogurciki z cukrem, żelki, czekoladki, wafelki na śniadanki. Albo z propozycją reklamy produktów dla kobiet w ciąży, niemowlaków, magicznych syropków, suplementów na apetyt, wzdęcia, śmierdzące stopy i tak dalej. Nie obrażam się, bo wiem, kto się zwykle w agencjach tym zajmuje i wiem, że to leci automat, chociaż, kiedy w pierwszym zdaniu pada „Dagmara, kocham Twojego bloga, jestem jego fanką”, a potem propozycja reklamy wózka, to wywołuje u mnie lekki uśmieszek, żeby nie być złośliwą. No bo jak, używałam innego, potrójnego, do jasnej ciasnej, to jak mam teraz napisać, że ten jest naj? Ktoś to kupi? 

Nadal jest mnóstwo firm, które piszą do mnie, bo wujek kuzyna ma siostrę, która czyta mojego bloga, a on razem ze szwagrem potrzebują lekkiego wsparcia przy rozreklamowaniu ich interesu, no wiesz sama jak jest, dej. Bo on ze szwagrem czyści dywany, a wiadomo, przy dziecku czysty dywan to ważna rzecz. Te dywany to czyści w Wołominie. To co? Nada się? Ty wspomnij o nas na blogu, a jak będziesz przejazdem w Wołominie, podrzuć dywan, wyczyścimy. Autentycznie, mam takie propozycje. Odpisałam ostatnio jednemu Panu bardzo grzecznie „Pan raczy żartować”? Nie odpisał. Szkoda, bo zapowiadało się interesująco.

Blog jest publiczny – FAŁSZ

To nie jest publiczna toaleta, do której każdy może nasrać i nie spuścić wody. To, że ktoś publikuje coś w necie, nie znaczy, że automatycznie staje się workiem treningowym dla wszystkich sfrustrowanych złamasów. LUDZIE! Ja mam Wasze ID, mam adres mailowy. Mogę Was znaleźć, jak będę miała na to ochotę albo jeśli zajdzie taka potrzeba. Znam już kilkunastu co najmniej twórców, którzy przyczynili się do zwolnienia kogoś z pracy, zdemaskowania drapieżnego hejtera, pozwali kogoś do sądu. Blog nie jest publiczny, jest mój. Nie pobieram opłat za jego czytanie, więc nie ma prawa do reklamacji, mogę dowolnie nim administrować, blokować kogo chcę. To jakby mój dom. Jak mi narobisz na wycieraczkę, też więcej Cię nie zaproszę. I, tak jak w życiu, nie podbiegam do laski na ulicy i nie mówię jej – ale masz beznadziejną fryzurę! Coś Ty sobie rano przed wyjściem z domu myślała? I, tak jak w życiu, rozwody są dla ludzi. Rozluźniamy kontakty, spadamy stąd chłopaki, bo towarzystwo kiepskie. Błagam, niech nikt nikomu nigdy nie pisze, że sobie idzie, że odlubia profil, że kiedyś było lepiej. Jeśli ktoś coś napisał, to zrobił to świadomie. Kiedy masz tysiące obserwujących, jedna czy dwie, którym nie spodobał się dany tekst, to ryzyko wliczone w tą zabawę. Idź w pokoju, ale proszę, wyjdź po angielsku, nie mów nikomu, że zabierasz zabawki, bo to trochę żenuła. I nie wiem, co taki ktoś sobie myśli? Że będę przepraszać? Za swoje zdanie? Będę błagać, żeby został, czy co?

Krytykę bierz na klatę – FAŁSZ

Śmieszy mnie to, jak mi ktoś pisze, że jak się publikuje coś w Internecie, to trzeba się liczyć z krytyką. No więc nie trzeba. Nie trzeba, bo ja tak mówię. O. I kto mi zabroni? Daję natychmiastową nagrodę tym, którzy uważają inaczej. Nazywa się ban. Krytyka w Internecie nie istnieje. I żeby była jasność – można napisać ja się nie zgadzam, uważam inaczej, nie jest tak, itp. Oczywiście! Nie musimy wszyscy sobie poklaskiwać i miziać się po pleckach! Ale jak mi ktoś pisze – Jesteś taka a taka, robisz źle, Twoja rodzina to coś tam, robisz błąd, bo jesz mięso, pijesz wino i chodzisz do zoo, to jest KRYTYKA. To już nie jest inna, odmienna opinia, bo ona zaczyna się od TY. Ty robisz coś, co mnie się nie podoba i ja Ci to teraz wygarnę. Opinia w moim świecie zaczyna się od JA. Ja uważam coś tam. Z drugą osobą nie ma to jednak nic wspólnego, bo przecież wiadomo, że opinia jest jak dupa i każdy ma swoją. Mam i ja. I Ty i tamten Pan też!

Bloger nie jest encyklopedią – PRAWDA

Możliwe, że to tylko ja tak mam, ale dostaję masę pytań o porady. Jak rozkochać w sobie niewiernego męża, jak poradzić sobie z teściową, jak zakręcić ładnie włosy, jak powiedzieć przyjaciółce, że jest głupia, ale nie urazić jednocześnie jej uczuć, jak zrobić suflet. Najbardziej kocham listy w stylu – chcemy z Zenkiem wyemigrować do Australii. Skrobnij no parę słów jak to jest z tymi wizami. To jest generalnie takie pytanie, za które agencje pobierają TYSIĄCE dolarów, a ja mam komuś skrobnąć parę słów. Uwielbiam listy i aż często zalewam się rzewnymi łzami, tak pięknie ludzie piszą, od serca, szczerze, o życiowych dylematach, o moim blogu, o sobie. Niestety jak wywabić plamę z wina, do teraz nie wiem, a mój blog to nie kącik porad. Sorry not sorry!

Jeśli masz jakieś pytania nie bój się ich zadać! Blogi i social media będą miały coraz większy zasięg, coraz bardziej wyszukane formy i jeszcze bardziej zdominują dostęp do informacji, opinii i szeroko pojętego wpływu na czytelnika. Warto więc wiedzieć, co, jak i kogo.

Z wrodzoną skromnością polecam się na przyszłość. Nie postawiłam jeszcze ostatniej kropki.

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl