Od samego początku koronaszaleństwa postanowiłam jedno: jakoś to przeżyję, z podniesionym czołem, choć możliwe, że wcale nie najlepiej, jakby się dało. Wiedziałam, że żadna ze mnie koronakrólowa. Nie robiłam żadnych innych postanowień, bo od lat wierzę, że jak chcesz schudnąć, to już teraz odkładasz batonik, a chrupiesz jabłko. Jak chcesz zmienić pracę, zaczynasz dopieszczać swoje cv, a jak chcesz zacząć ćwiczyć, to wkładasz buty i w pierwszej wolnej chwili idziesz biegać. 

Ze zdziwieniem przyglądałam się wielu kobietom i ich deklaracjom. Najpierw tym bezdzietnym, które jakby nagle zostały wyrzucone na pustynię wypełnioną wolnym czasem. Co robić, jak żyć, kiedy wszystkie ścieżki prowadzą przez rozwidlenie przy toalecie i zakręt w kuchni, na sofę? Tak jakby nagle się okazało, że proste, powolne życie, jest niemożliwe do strawienia. Kursy, diety, porządki, webinary, remonty. A tu w tym wszystkim ja, której od 8 rano wydaje się, że wydałam już 56 posiłków, 3 razy napakowałam zmywarkę, odkurzałam, odrabiałam matmę, pisałam dyktando, wieszałam pranie, a nadal jest dzisiaj!!!! 

Potem przecierałam oczy, kiedy kolejne matki podniecały się nagle podarowanym czasem dla dzieci, dla rodziny, dla siebie. Tak jakby nagle się okazało, że wcześniej wciągnął je kołowrotek spraw i nie chciał nigdy wypluć. Codziennie pogrążałam się w coraz czarniejszej dziurze wyrzutów, bo mój dzień z w miarę uporządkowanego stał się chaotyczny i totalnie nie mogłam sobie z tym poradzić. Wszyscy w domu, jedną ręką prowadzę domową gastronomię, która wymaga ciągłej inwencji i uzupełniania zapasów, drugą nauczam zdalnie, próbując ogarnąć trójkę dzieci, kilku nauczycieli i net na korbkę, trzecią sprzątam, bo jednak pięć osób i pies robią burdel, czwartą pracuję. Wszyscy czegoś ode mnie cały czas chcą, zasypiam na stojąco o 20. Jeśli moje życie matki przed wirusem było dość przewidywalne, teraz jest dniem świstaka do ósmej potęgi. W mojej głowie słychać wieczne brzęczenie. Cały czas towarzyszy mi miks skrajnych emocji, od złości, strachu, rozżalenia, po frustrację, niepewność, aż po nagły, niezrozumiały i zupełnie niespodziewany spokój. 

Nie mam bladego pojęcia jak ktokolwiek jest w stanie zrobić coś dodatkowego, coś kreatywnego, coś wymagającego większego wysiłku, poza utrzymywaniem się na powierzchni. Każdy reaguje inaczej na zmiany. Jedni pieką chleby i malują ściany, inni chodzą po ścianach. W piżamie. Sama przeszłam małą żałobę po rzeczach, które w tym czasie się nie odbyły, po spotkaniach, na których nie śmiałam się do rozpuku, po wspomnieniach, których nie będzie. 

Po pierwszym szaleństwie, zajadaniu smutku i rozpaczy za utraconymi wygodami i planami, jestem w punkcie, w którym nauczyłam się na nowo akceptować rzeczywistość. Wiele rzeczy nie będzie możliwych, ale przecież świat się nie skończył. Wróciłam do siebie. A wszystko dlatego, że dałam sobie masę czasu. I przestałam porównywać się i podglądać ludzi, którzy nagle stali się robotami ze sztucznym uśmiechem na twarzy. Koronakrólowa w natarciu doprowadzała mnie do szału, więc po co to komu? Przecież doskonale wiem, że łatwo jest pokazać świeżo odmalowany taras, ale schować tony prania i brudne gary w zlewie. Po drugie przyznałam przed samą sobą, że nie muszę stać się koronakrólową. Od początku wiedziałam, że kwarantanna nie sprawi, że stanę się mądrzejsza, szczuplejsza, lepsza. Bo nic zewnętrznego nigdy nie popycha mnie do zmian. 

Cieszę się, że tak wiele osób ułożyło sobie na nowo listę priorytetów. Tak wiele osób próbowało przez ten czas stać się lepszą wersją siebie. Tylu samozatrudnionych poszukało jeszcze lepszego pomysłu na swój biznes, chylę czoła. 

Moje życie wiele się nie zmieniło. Nadal wiem, że rodzina jest najważniejsza, że dom to nie tylko budynek w którym się śpi i opróżnia lodówkę. Nadal znam najprostszą metodę na poprawienie nastroju. Dobre jedzenie, dobry film, dobra książka, rozmowa, nawet jeśli przez ocean, zawsze działa. Wiem, że nic nigdy tak nie smakuje, jak coś, co zrobiliśmy własnymi rękami. Żaden kupny chleb, żadne ciasto, nawet te z najlepszych francuskich kawiarni, nie pachnie tak, jak rosnące w domu drożdżowe. Już wcześniej cieszyły mnie roślinki na ogródku, udawało mi się to zobaczyć przed wirusowym szaleństwem. 

Nic nowego nie osiągnęłam przez ten czas, nie przeczytałam miliona książek, nie wynalazłam lekarstwa na raka, nie gotowałam skomplikowanych potraw, nie przewróciłam chaty do góry nogami, nawet nie zaczęłam kursu origami. Zmęczyła mnie pornograficzna wręcz produktywność wylewająca się z mediów społecznościowych. 

Udało mi się za to utrzymać przy życiu i zdrowiu moją rodzinę. I nie oszalałam. To tyle. Myślę, że poszło mi całkiem nieźle, choć żadna ze mnie koronakrólowa.

I jeśli Ty też masz wrażenie, że jesteś jedyną, która teraz nie jest jak ta koronakrólowa, nie zamieniła się teraz w Masterchefa, businesswoman, Marię Montessori, nie zaczęła tkać, piec, szyć, remontować, synchronicznie tańczyć na tic toku i władać biegle suahili, wiedz, że to naprawdę jest ok. To nie dla wszystkich był bodziec, najlepszy czas, olśnienie. Niektórzy na walkę z niewidzialnym wrogiem wykorzystali całą energię. I to wystarczy. 

Zdjęcie: https://unsplash.com/photos/_Ymbl69g18g

    • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
    • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
    • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
    • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
    • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl