Całe życie mam wahania wagi. Całe życie, od szkoły średniej, do dziś. Albo się spinam, przechodzę na dietę, jem liście, ważę, liczę kalorie, popijam ziołowe herbatki i mierzę obwody, albo odpuszczam i bum, w momencie jestem kilka kilo grubsza. I całkiem mi z tym dobrze. W końcu wiem, skąd to się bierze. 

Kiedy byłam młodsza, wystarczyło, że ominęłam kilka kolacji i chudłam jak szalona. Teraz każdy dodatkowy kilogram okupiony jest ciężką pracą, jeśli chcę się go pozbyć.

I doskonale wiem, skąd to się bierze.

W lecie nie potrafię odmówić sobie krzyczących do mnie sezonowych owoców i warzyw, prosecco pitego z kumpelkami na hektolitry i bezy ozdobionej truskawkami i malinami.

W zimie bywa, że po nartach nie mam ochoty na nic innego, jak tylko na ogromny placek ziemniaczany lub kromkę ze smalcem.

Jak mam dużo pracy, trudniej jest mi wyczarować dla siebie samej zdrowe danie, szybciej jest mi złapać gotową kanapkę.

Mam świadomość tego, że te rzeczy nie są zdrowe. Oczywiście. Mnóstwa niezdrowych rzeczy sobie odmawiam, nie jem na przykład parówek, chipsów, drożdżówek, gąbkowego chleba, kupnych ciastek, batonów, nie piję gazowanych napojów, nie jem cukierków. Nie potrafię jednak całe życie sobie wszystkiego odmawiać i u znajomych nie zjeść schabowego, którym gospodyni częstuje, bo a fuj, to smażone i w dodatku w panierce. Nie potrafię odmówić sobie czerwonego wina pitego z mężem w sobotni wieczór czy lodów na wakacjach z dzieciakami.

Możliwe, że zajadam jedzeniem jakieś swoje emocje, możliwe, że jedzenie to dla mnie forma nagrody. Chociaż bliższe jest mi uczucie, że te kilka kilo, które albo chudnę, albo tyję, to po prostu moje życie. To najlepsze wspomnienia spontanicznych gofrów z dzieciakami, grzanego wina na pocieszenie w listopadowej szarówce, niekończących się spotkań na grillu w lecie, wakacji, na których zachwycały nowe smaki i zapachy. To PMS, na który akurat pomaga tylko tabliczka czekolady. To w końcu kuracja hormonalna albo zwykły brak czasu, kiedy życiowe zawirowania nie po drodze są z liczeniem kalorii. To często te momenty, które towarzyszą radości, dzieleniu się szczęściem z bliskimi osobami i niekontrolowanej przyjemności. Nawet, jeśli oznacza ona trudniejszy trening na następny dzień, a po lecie detox – dla mnie warto.

Moje ciało jakoś samo dąży do tych nadmiernych kilogramów. I z taką samą regularnością, po okresach folgowania, wraca na właściwe tory. Jak przez dwa tygodnie jest luz blues na urlopie, organizm sam dopomina się czegoś lekkiego i zielonego. Bo i w przypadku stylu życia, jak we wszystkim, ważny jest umiar. I kiedy już jem pyszną kolację w doskonałym towarzystwie, nie mam wyrzutów sumienia. Ciszę się chwilą, z tych dobrych chwil składa się życie.

Nigdy nie będę osobą, która nie napije się piwa na ognisku, bo to przecież gluten. Serniczka u babci też spróbuję! Nie muszę się nim obeżreć do wymiotów, ale kawałek na pewno zjem, bo wiem, że robiony specjalnie na tę okazję. Zjem pączka w Tłusty Czwartek. A jak idę ze znajomymi na pizzę, zjem pizzę, a nie zielony koktajl. Sobie i innym imprezy nie psuję wyliczaniem, co w tym jest, co nam może zaszkodzić.

Wielu z nas po ciąży zostały kilogramy, rozstępy, większy rozmiar stopy. Mnie też. Ale takie jest życie, przecież coś niewątpliwie się zmieniło, na planecie Ziemia pojawił się nowy człowiek, wyprodukowany w bólach przez nasze ciało. Już nic nigdy nie będzie takie samo.

Te dodatkowe kilogramy to radość, spontaniczność, wolność i wybór. Moje życie, które jest ważniejsze od tego, czy akurat mam -2 czy +2 kilo. Ja wiem, że sobie schudnę. Że znowu się zmobilizuję, że się ograniczę i wrócę na właściwe tory. Te kilka kilo to najlepsze wspomnienia. Nie można chyba całe życie się odchudzać i nie znać smaku świeżej bagietki z masłem.

Kochajcie siebie dziewczyny, jak będziesz szczęśliwa, na oponkę nikt nie zwróci uwagi, za bardzo skupi się na uśmiechu! Nie ma sensu wszystkiego sobie odmawiać, bo może się okazać, że co prawda tyłek mniejszy, ale za to humor do bani. Nie ma sensu się katować, aby sprostać Internetowym ideałom. Nikt nie jest idealny. Czasami wszystko, co nam potrzebne do szczęścia, to kawałek pizzy i kieliszek wina. I bób. I fasolka. I lody.

Amen.

Zdjęcie: źródło

Do napisania postu zainspirowała mnie wypowiedź Brittany Aldean.

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl