Mój dom był kiedyś moją twierdzą. Sanktuarium, do którego można było wracać po ciężkim dniu w pracy, można było płakać w poduszkę ze złamanym sercem, łazić pół dnia w piżamie, w zielonej masce na twarzy, moczyć sobie stopy i mieć wszędzie porozwalane czekoladki, żeby były pod ręką. 

Byłam królową kanapy, z pilotem zamiast berła w ręce. Mogłam sobie oglądać ten sam serial w kółko i spać na okruchach w opakowanku, jeśli miałam na to ochotę. Mogłam sobie kupić lody i mieć pewność, że będą dokładnie tam, gdzie je zostawiłam, w tej samej ilości. Mogłam sobie słuchać piosenek w których ilość przekleństw stanowiła 90% tekstu. Mogłam w końcu posłuchać sobie błogiej ciszy. Do woli! Mogłam odpocząć, zebrać myśli, coś zaplanować, przemyśleć i pobyć w samotności. Często wybierałam pracę w domu, żeby zająć się trudnym projektem, który wymagał dobrej koncepcji. Zamykałam się w domu, żeby mi nikt przez ramię nie zaglądał. 

Można było, był, mogłam. Ech, to były czasy! 

Najpierw moje sanktuarium zaczął zaburzać konkubent, teraz mąż. Wyżerał z lodówki lody, produkował dodatkowe pranie, zajmował łazienkę o poranku, a błogą ciszę przerywał chrapaniem. No i ciągle kłócił się o pilota. Okazało się, że wcale nie chce oglądać Seksu w wielkim mieście i szybciej niż ja znajduje skitrane po domu czekoladki. 

Potem pojawiły się dzieci. Ciszy nie słyszałam od 8 ponad lat. A jak słyszę, to wcale mnie ona nie cieszy jak kiedyś. Nad pilotem mogę zapanować, kiedy w pobliżu nikogo nie ma, inaczej nikt nigdy nie chce oglądać telewizji śniadaniowej, ani programów kulinarnych, za to milion pierwszy odcinek świnki Peppy? Oczywiście!! Może być nawet po chińsku. 

Nigdzie nigdy nie jestem sama, bo przecież jak tylko udaję się do toalety, wszechświat wysyła moim bliskim alert o pilnym spotkaniu, które właśnie odbywa się w kiblu. Moje łóżko zwykle okazuje się najbardziej pluszowe w całym domu, a to, co na moim talerzu zawsze jest najlepszym kąskiem. 

Nie jestem w stanie o niczym pomyśleć, bo mniej więcej co 30 sekund słyszę mamo. A jak nie jest to mamo, to są to kłótnie A jak nie kłótnie, to wrzaski przez cały dom z zapytaniem, gdzie są czyjeś skarpetki i ewentualnie co na obiad. Nie da się podejść bliżej, trzeba przez pół domu. To dlatego ja już nic nie słyszę, możliwe, że ogłuchłam częściowo. Nic nie mogę skończyć, bo wszystko może nagle zostać przerwane. Bo pranie, bo obiad, bo pomóż, bo daj, zrób, znajdź, baw mnie, maaaaamo! Rozdwojenie jaźni to przy tym naprawdę pikuś. 

Niebezpiecznie obniżyły się też moje standardy. Dres kiedyś służył do leżenia na kanapie bez świadków, teraz jest wygodnym ubiorem dziennym. “Coś do żarcia” zastąpiło już dawno wymyślne dania, które gotowałam z książek kucharskich. Dywan można złożyć na najbliższe kilka lat, a jeśli można przejść z jednego pokoju do drugiego, można uznać, że w domu jest porządek! W końcu albo ja jestem czysta, albo dzieci, albo dom. Nigdy na raz. No chyba, że przez te kilka sekund w sobotę o 10 rano. Za czas dla siebie uważam 15 minut solo w aucie, a zrobienie czegoś dla siebie to może być nawet umycie sobie podłogi. No i całe moje dorosłe życie wciskam w dwie godziny pomiędzy moment, kiedy usnęły dzieci, a kiedy ja padnę. 

Nigdy już nie budzę się sama z siebie, kiedy mój organizm poczuje, że pora wstawać. Odkąd mam dzieci, budzi mnie wrzask, a wraz z nim moja gotowość bojowa, żeby stłumić jego źródło, bywało, że na autopilocie. Ten wrzask, który przez lata wżarł się w mózg, nigdy nie zwiastował nic dobrego. Albo głód, albo kupa, albo cumelek wypadł, skarpetka się zsunęła, albo inna katastrofa w ruchu lądowym łóżeczka, a z wiekiem wojny zwaśnionych plemion. Ten paraliżujący alarm budzi mnie nawet wtedy, kiedy jestem z daleka od dzieci na 2500 kilometrów! I cóż z tego, że z wiekiem moje dzieci zaczęły przesypiać noce, skoro nadal budzą się o nieludzkiej godzinie. Już mnie nie potrzebują, prowadzą wojenne negocjacje samodzielnie, ale ja i tak raz obudzona JUŻ nie śpię! 

Z miejsca, w którym się odpoczywa, dom stał się miejscem, w którym się zapiernicza, bo gdzie się nie obejrzysz tam pranie, pusta lodówka, paluszki odbite na szybie, lepka podłoga i rozrzucone buty. Lepiej się nie rozglądać jak już na moment klepniesz na tyłek, bo wszędzie ciągle jest coś do zrobienia! Przychodzisz z pracy do kolejnej pracy, nie odpoczywasz, bo w nocy wstajesz pińćset razy. A jak nie pracujesz zawodowo, bo zajmujesz się z dziećmi, to w ogóle nigdy nie wychodzisz z roboty! A szef jest wyjątkowo wymagający i bezlitosny. I zamiast cieszyć na powrót do domu, chcesz z niego uciec. “Kochanie, skończyły się pieluchy i mleko, to lecę do sklepu”! I już. Trzaskasz drzwiami, a tam cisza, spokój i nigdy nie dosięgnie Cię mamo. To znaczy dosięga, ale na to obce nie musisz reagować. Uff!

Kiedyś czekałam na weekend. To też się skończyło. Weekendy przestały być oczekiwaną przerwą od pracy, którą można było spędzić na hedonistycznych uciechach. W weekend wszyscy są w domu, jeszcze głośniej się wydzierają, jeszcze mniej śpią, jeszcze więcej jedzą i produkują jeszcze więcej prania! 

Kocham poniedziałki. 

Kocham być mamą. 🙂 

Photo by Allen Taylor on UnsplashPhoto by Allen Taylor on Unsplash

    • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
    • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
    • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
    • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
    • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl