dziennik

Przyszła zima. Podobnie jak w Polsce, nastał czas rozpoczynania absolutnie każdej konwersacji od „cholera ale zimno”, utyskiwania na pogodę z nieznajomymi ludźmi w kolejkach, zakupami ciepłogaciowo-kocowymi (niestety grzanego wina brak, buuu) i witaniem każdej ulewy w myślach “Aaaa! Pranie! Na sznurku! Aaaa”!

Co śmieszne, średnia temperatura na zewnątrz to 20 stopni, odczuwalna ze 25, więc człowiek z zimnej Polski ma ochotę krzyknąć „Ludzie! 20 stopni to jest szczyt sezonu nad Bałtykiem. Może parawanik”? Ale szczerze przyznaję – domy tutaj buduje się z myślą o ochronie przed upałem, więc są zimne – mało słońca, dużo cienia, płytki na podłodze, brak ogrzewania. Można oszaleć, bo za oknem nadal piękne słońce, trzeba się filtrami smarować i okulary zakładać, a w domu lodówka. Nawet ostatnio mąż z gorącą herbatą w ręce, we flanelowej piżamie i okutany po dziurki w nosie kocem, z nutką rozmarzenia w głosie przyznał, że chyba najbardziej z Polski tęskni za ogrzewaniem podłogowym i kominkiem (trochę zmienił zdanie na wspomnienie zupy z chmielu, śląskiej i bigosu). Moda uliczna codziennie bawi mnie do rozpuku. Obok siebie stoją: pani w wełnianej czapie i puchówce z futerkiem, pani w japonkach i krótkich spodenkach i dziecko w kąpielówkach. Grunt to, jak mawiają Australijczycy, „no worries”!

Z tej okazji prezentuję strój, w jakim pomykam po domu. Mój pierwszy w życiu szlafrok, dostałam od dzieci na Dzień Matki. dziennik

Przeżywam kolejny kryzys wieku średniego i tak od dwóch miesięcy wstaję w tygodniu o 5:15. Serio. Wiem, że odwaliło mi już zupełnie. Gdyby ktoś mi kilka lat temu powiedział, że nadejdzie taki czas, uznałabym, że oszalał (gdyby jednocześnie dodał, że będę regularnie, długodystansowo biegać, rezerwowałabym mu pokój bez klamek w Tworkach). Nawet czasami moje dzieci, które nadal potrafią bezbłędnie odnaleźć w nocy drogę do mojej sypialni, na dźwięk budzika zrywają się, patrzą na mnie jak na ufo i syczą z niezadowoleniem „mamo, zgaś to światło”. Zemsta jest słodka, a to przecież dopiero preludium, jeszcze nie wiedzą, że w latach młodzieńczych, kiedy człowiek uwielbia gnić w wyrku do południa, mam zamiar często wiercić od świtu dziury w ścianach, wołać z kibelka o papier i trzaskać w kuchni garami. I znowu będzie, będzie się działo. Ale do rzeczy. Wstaję i albo biegam nadmorską promenadą, albo jadę na siłownię. Po ciemku. Czuję się wspaniale, kiedy wracam do domu akurat przy wschodzącym słońcu i budzącym się do życia świecie. Wszyscy zaspani, a ja już poćwiczone i z adrenaliną na nowy dzień. Jadę w ciszy, powoli łykam wodę, oddycham, słucham polskiego radia, czasem tylko siebie, w głowie układam plan na dziś. Nigdy chyba jeszcze w życiu nie czułam takiej energii. Czuję też satysfakcję z walki z lenistwem. Wstałam, zwlekłam się, nie szukałam wymówek. Polecam każdemu, kto chciałby coś zmienić, kto chce ćwiczyć, ale nie ma czasu, komu brakuje energii, kto nie ma chwili na usłyszenie własnych myśli. To tylko godzina, ból szybko mija, satysfakcja pozostaje. Oczywiście, muszę w tym celu wcześniej się kłaść. Zrobiłam jednak mini ankietę – czy lepiej chodzić później spać, tracąc czas albo przed tv albo kompem, czy lepiej pójść wcześniej spać i wstać skoro świt dla swojego zdrowia? Nie wiem ile to jeszcze potrwa, ale tak bardzo się przyzwyczaiłam, że na razie nie wyobrażam sobie poranka bez ćwiczeń.

Dwa razy w maju wychodziłam z dziewczynami. Tak, tak, może się wydawać, że to przecież nic dziwnego. Z tym, że dla mnie to było coś nowego, bo te dziewczyny to były mamy dzieci, z którymi moje chodzą do szkoły. Wiecie, jak to jest, kiedy pozna się kogoś lepiej, okazuje się, że nasze postrzeganie tej osoby jest zupełnie inne? No więc tutaj się też się to sprawdziło. Poza tym jesteśmy same odpowiedzialne za budowanie swojej wioski. Bardzo żałuję, że komitet rodzicielski w PL nie wpadał na takie pomysły. Bo tutaj obydwie kolacje były zorganizowane przez trójkę klasową. Były i tańce i głupie dowcipy i narzekania na mężów i uściski i pochwały dla bardziej zorganizowanych czy kreatywnych mam. Były rozmowy o szkołach średnich, o zajęciach dodatkowych w okolicy, ploteczki o nauczycielach naszych dzieci. Na następny dzień były żenujące zdjęcia i szalone wspomnienia dzikich pląsów matek spuszczonych z łańcucha. Druga impreza była dużo spokojniejsza, bo to tylko pizza w tygodniu, ale było naprawdę fajnie połączyć dziecko z matką i zwyczajnie spokojnie pogadać z kimś, z kim dwa razy dziennie wymieniasz tylko „cześć” przed klasą. Okazuje się, że choć niektóre z nas wyglądają na uporządkowane, zorganizowane i opanowane, tak naprawdę wszystkie mamy podobne problemy, obawy i przeżycia. Czy nie fajnie byłoby się napić wina z mamą, którą codziennie mijasz na korytarzu w szkole swojego dziecka? Przyjaznych ludzi wokół nigdy za dużo. Polecam bardzo! Można zawsze zacząć od kawki. Ja kolejny raz odetchnęłam z ulgą. Wszystkie siedzimy w tym po uszy, możemy sobie pomagać i się wspierać bez durnej rywalizacji.

Kulinarnie zachwyciłam się zupą z gruszki i pietruszki. Jadłam ją już kilka razy, ale w tym sezonie po prostu mnie oczarowała. Przepis od cudownej Marty Dymek tutaj. Jest bardzo szybka do zrobienia, zdrowa, proste składniki (ja daję mleko migdałowe) i dzieciaki ją wprost uwielbiają. Robiłam ten krem na eleganckie obiady, jak i na codzienne kolacje. Koniecznie spróbuj, to połączenie smaków jest zachwycające.

W końcu zaczęłam opanowywać polskie koneksje – dzieci zapisałam do sobotniej polskiej szkoły, znalazłam panią Ewę, która robi pyszne pierogi, polski sklep, w którym kupiłam kaszankę i prawdziwą kiełbasę (Australijczycy w kiełbasę nie umieją wcale), byłam na festiwalu polskich filmów (oglądać naszą wyklętą podwójną noblistkę), a w niedzielę jedziemy na dzień matki i dziecka do polskiej restauracji. Nie wiem, czy bardziej się cieszę na placki ziemniaczane, kiełbaskę z ogniska, czy tłum rodaków na festynie.

Dominikowi ściągnęli gips. Złamaną na pół kość łokciową podtrzymywały dwa klipsy. Kiedy ściągnęli gips, z ręki wystawały mojemu małemu bohaterowi dwa wielkie druty. Niewiele myśląc, lekarz i pielęgniarka, bez znieczulenia, wyszarpali mu te druty! O mało nie zeszłam, choć Domi, chyba z wrażenia i ze strachu, tylko piszczał w niebogłosy, ale ani nawet drgnął. Podkówka rosła, kapała krew, kapały łzy. Strasznie dziwna metoda, żeby nie powiedzieć traumatyczna…

Nadal meblujemy dom, brakuje nam właściwie w każdym pomieszczeniu mebli, które sukcesywnie dokupujemy. Kiedy ostatnio pojechałam do Ikea po świeczki, znowu kosztowały mnie kilkaset dolarów. Wysłałam mężowi takie zdjęcie z podpisem – „Zazdroszczę Ci, będziesz miał TYYYYYLE zabawy”:

image1_1

Nie zakumał dowcipu. Mówi, że przecież powiedział, że zbuduje, nie muszę mu co dwa tygodnie przypominać!

Popycham urodziny trojaczków, dylemat za dylematem. Zapraszać trzy klasy, czy tylko po kilka najbardziej zaprzyjaźnionych „psyjaciółek” i best friends, których lista w mniemaniu dzieci codziennie się zmienia? Wybrać kulki, czy zoo? Tort jeden czy trzy? Piec, czy zamówić wymarzony tort lodowy? Spełnić marzenia dzieci i zrobić trzy różne motywy (aktualnie Emma kocha jednorożce i syrenki („Czy syrenka może być jednorożcem mamusiu”?), Nina Shopkins (czy już mamy w Polsce te głupoty?), Domi wierny jest Transformersom), czy tylko wspólne dziewczyńsko-chłopięce pastele? Uspokajam od razu hejterów, którzy niedawno mi wytknęli, że dwa miesiące wcześniej planuję urodziny dla dziecka (Skandal!) – planuję z wyprzedzeniem, bo urodziny moich dzieci to dla naszej rodziny najważniejszy dzień w roku, to nasze największe święto. Ten dzień zmienił WSZYSTKO. I póki starczy sił i środków, zawsze będzie głośno, będzie dużo gości, będzie z pompą, będą torty, fanfary, balony, będę stawała na głowie, żeby ten dzień był wyjątkowy, magiczny i zapierający dech w piersiach. Dopóki nie zamknę oczu po raz ostatni. Tak będzie. Moja mama na moje 23 urodziny (byłam już wtedy „na swoim”) w listopadzie (!) potrafiła wyczarować naręcze moich ukochanych tulipanów, a tata, w czasach Komuny, kiedy w sklepach nic nie było, przywiózł, bodaj z Węgier, niebieskiego szampana. Możliwe, że to się wynosi z domu? Bo u mnie w domu celebrowało się życie – imieniny, urodziny, wszystkie dni matki, dziecka, babci. I ja to podtrzymuję. W tym roku na urodzinach będzie gość specjalny. Bo w lipcu przylatuje do nas moja mama, nasza ukochana Babcia i najlepsza teściowa (czyli taka, która słabo mówi w Twoim języku i mieszka 20 godzin lotu od Ciebie). Cudownie, prawda?

Dziękuję że jesteście tutaj. Codziennie. ♥

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:i

    • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
    • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
    • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
    • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i butów!
Written by calareszta.pl