Dzieci są cudowne. Co do tego nie mam absolutnie żadnej wątpliwości. Nie zamieniłabym się już  na życie bez nich. Pisząc to mam jednak świadomość, że należę do rodziców, którzy nie poświęcają się dla dzieci. Tym samym z moich ust nie padnie nigdy skarga, że dzieci są mi coś winne, za te lata “poświęcenia”. Najważniejsze jednak jest to, że mimo zmęczenia i ograniczonego czasu, potrafię znaleźć chwilę dla siebie. 

Kiedy opublikowałam to zdjęcie z wypadu na snowboard:
i podpisałam go “Nie chodzi o to, żeby się zerwać ze smyczy, uciec od dzieci. Chodzi o to, żeby zatęsknić, naładować akumulatory, na moment wyłączyć funkcję “rodzic”, złapać dobrą perspektywę i trochę energii, zrobić coś dla siebie. Kiedy ostatnio Ci się to udało?” pojawiły się komentarze:
  • nie pamiętam
  • dawno już temu
  • nawet nie wiem kiedy
  • wieki temu
  • jeszcze nigdy od ponad 7 lat
  • od 5 lat jeszcze nie
  • od kiedy urodziłam 3 lata temu ani raz
  • fajnie jak się ma z kim dzieci zostawić, ja nie mam
  • od 4 lat jeszcze nigdy.

Przeraziło mnie to. Zmęczenie (fizyczne i psychiczne) może prowadzić do depresji. A depresja to choroba, mała, zdradziecka franca, która atakuje wszystkie sfery życia, a której leczenie bywa długie i bolesne. Jeśli zachorujesz na depresję, bądź pewny, że ucierpi na tym wszystko, co masz. Twój związek, dzieci i Ty sam. W moim poście nie chodziło tylko o czas dla mamy i taty. Chociaż przecież rodzice to też rodzina. Bardzo ważny element, fundament. Trzeba o niego dbać, pielęgnować relację, która przy dzieciach łatwo może przekształcić się w nocowanie pod jednym dachem i dzielenie się obowiązkami.

Oczywiście jest to daleko idący wniosek, że nie posiadając czasu dla siebie zachorujemy na depresję. Patrząc jednak na siebie wiem, że gdyby nie istniały wieczory, kiedy mogę wyjść z domu i nie wracać przez kilka godzin, najpewniej bym zwariowała. Nagromadzenie emocji, które przy dzieciach często tłumię (wiedząc, że coś, co robią, choć mnie złości, nie jest jednak personalne i robią to bezwiednie), pytań, na które bez znudzenia odpowiadam, zabaw, które bywa, że mnie nudzą, zniżania się do poziomu kilkulatka, a w końcu ciągłego kieratu kupki-zupki-pranie-drzemka powoduje, że o godzinie 20, kiedy dzieci usną, jestem psychicznie wykończona. Bywa, że tak bardzo, że nie chce mi się nawet rozmawiać. Gdybym w takim stanie egzystowała, codziennie, przez 30 dni w miesiącu, 365 dni w roku, 10 lat pod rząd, nie wiem, co by się wydarzyło. Wiem na pewno, że nie byłabym osobą szczęśliwą, a przede wszystkim silną na tyle, aby dać moim dzieciom wszystko to, czego ode mnie potrzebują. A potrzebują wiele.

Mam trojaczki. Jednych dziadków za granicą, drugich 60 km od domu, z czego Babcia pracuje. Nie mam niani, siostry, ani nawet zaprzyjaźnionej sąsiadki. I nie zrezygnowałam ze wszystkiego. Spotykam się stale z opinia, że jestem super mamą. Ciągle ktoś mnie pyta jak ja daję radę i w ogóle ludzie dziwią się, że jeszcze nie oszalałam. To, że nie mam szaleństwa w oczach, że umiem sklecić razem kilka zdań, nie mam odrostu, połamanych paznokci, moje dzieci jedzą warzywa i nie chodzą brudne, też część osób widzi w kategorii wyczynu. A już fakt, że biegam długodystansowo, systematycznie piszę blog, eksperymentuję w kuchni, mam cudny ogród, wiem jak wygląda mój mąż i utrzymuję stałe kontakty z kilkoma osobami – to już niektórzy porównują z wyprawą na Księżyc. To, że często się uśmiecham i nie jestem w depresji wiele osób uważa tylko za pozę.

Nie zrezygnowałam ze wszystkiego, bo głęboko wierzę, że ja też mam prawo do szczęścia tu i teraz i bywają dni, kiedy dzieci nie są jego szczytem, a jeden bezzębny uśmiech wszystkiego nie wynagradza. Mam prawo, jak każdy inny człowiek do… siebie. I choć to moje “ja” jest teraz w dużej mierze podporządkowane dzieciom, jest tam jeszcze miejsce na moje potrzeby. Wszystko to wymaga jednak odrobiny wysiłku, na który składają się:

 

Potrzeby – ich nazwanie
Możliwości – określenie na co możemy sobie pozwolić
Planowanie – kto, gdzie, kiedy
Konsekwencja – przestrzeganie grafiku

 

Potrzeby.

 

Moje potrzeby są od dawna jasno określone. Chcę realizować swoje pasje. Odkąd mam dzieci jest to sport i kino. Pasję do pisania realizuję pisząc blog, pasję do kuchni wykorzystuję karmiąc rodzinę. Chwilowo na tym się skupiam, bo na nic innego nie mam czasu, siły ani środków. Chcę dwa razy w roku wyjechać z mężem na weekend (w okolicy naszej rocznicy ślubu i w zimie na deskę). Raz w miesiącu chcę wyjść z mężem na kolację, do kina, na koncert.

 

Możliwości.

 

Nie mam na miejscu żadnej pomocy. Od czasu do czasu pomaga nam Babcia, zdarza się, że i Dziadek, w pozostałe dni pozostaje nam liczyć na siebie. Postanowiliśmy z mężem, że dwa razy w tygodniu to on będzie miał wolny wieczór, a dwa razy w tygodniu ja. Wielu matkom wydaje się, że ich partner sobie nie poradzi. Że dziecko zostawione na dwie godziny z ojcem zginie. Że partner coś zrobi źle. A tymczasem okazuje się, że robi często lepiej. Zdarzało się, że mój mąż zostając z dziećmi, wysyłał mi zdjęcia, a ja łapałam się za głowę. Ale na tym się kończyło. Nigdy nikomu nic się nie stało. Bo tata to przecież tak jak mama – rodzic, ani ciut lepszy, ani gorszy.

W dni, kiedy przypada moje “wychodne” robię to, co chcę. Poświęcam ten czas w 100% dla sobie. Chodzę do lekarza, jeśli jest taka konieczność, do kosmetyczki, do fryzjera, ćwiczę – albo biegam w terenie, albo chodzę na siłownię, basen lub jogę. Włóczę się po sklepach, bardzo często chodzę samotnie do kina, spotykam się z koleżankami. Czasami po prostu siadam gdzieś z laptopem, czytam. Zamawiam kawę i myślę o niebieskich migdałach. Robię to, na co mam ochotę i środki lub czego akurat potrzebuję. Planujemy ten czas skrupulatnie i bardzo go szanujemy, nic sobie nie wypominając. Możemy wtedy wrócić kiedy mamy ochotę, nikt nikogo z czasu nie rozlicza. Nie mamy z tego powodu wyrzutów sumienia, a dzieci dawno się już do tego przyzwyczaiły. W dni, kiedy to mąż ma wychodne, nie wraca z pracy do domu. Po prostu zajmowałoby to zbyt wiele czasu. Kiedy jeszcze pracowałam, też tak robiłam. To mąż odbierał dzieci, a ja miałam po pracy wolne.

W naszym partnerskim związku zakładamy, że oboje pracujemy (choć ja w domu), więc mamy takie samo prawo do odpoczynku. Praca w domu nie jest ani łatwiejsza, ani trudniejsza niż etat. Jest po prostu zupełnie inna, co nie oznacza, że prosta i przyjemna.

Obserwuję masę rodziców naokoło i od razu jestem w stanie wychwycić tych, którzy nie mają ani minuty czasu wolnego dla siebie. Są po prostu zaniedbani, rozdrażnieni, smutni, częściej się kłócą. Zmęczenie, nadmiar obowiązków, nuda, frustracja, która się w nich rodzi, odbija się na dzieciach, związku i ich samych. Nie da się w 100% zapomnieć o sobie. Zawsze przynosi to więcej strat niż pożytku. Dbanie o siebie, w tym zdrowie psychiczne, to też nasz obowiązek. Dzieci potrzebują nas silnych.

W pozostałe dni kiedy “siedzę w domu” (mój ulubiony zwrot) odbieram dzieci (kiedyś po pracy) bawimy się, w cieplejsze miesiące idziemy do parku, potem podaję im kolację, kąpiel, czytanie, usypianie. Jak dzieciaki zasną, ja zabieram się do sprzątania, prania, zakupów (on-line) i gotowania obiadu na kolejne dwa dni. Spędzam ten czas bardzo produktywnie, żeby potem móc dwa kolejne wieczory robić to, na co mam ochotę.

W weekend staramy się maksymalnie skupić na dzieciach i na sobie. Jesteśmy oboje w domu, ograniczamy prace domowe, które możemy wykonać w tygodniu. Wtedy pozwalamy sobie na spontaniczność i robimy to, na co akurat mamy ochotę, chodzimy do zoo, na plac zabaw, wymyślamy rozrywki dla dzieci. Weekendowe wieczory spędzamy wspólnie z mężem nadrabiając zaległości, bo w tygodniu prawie się nie widujemy. Mimo dość ekstremalnej sytuacji, potrafimy za sobą zatęsknić, stąd nasze wspólne wieczory są świąteczne i wyjątkowe, choć bywa, że nie robimy nic szczególnego. Ten układ działa dla nas bezbłędnie, od prawie już 4 lat.

 

Jeśli mąż w tygodniu wyjeżdżał, bywa, że w weekend też się rozdzielamy. W końcu zawsze jest moment, w którym nie jesteśmy oboje potrzebni (kiedyś na przykład w czasie drzemki dzieci, teraz kiedy oglądają bajkę) i to też jest moment, który można wykorzystać dla siebie.

 

Planowanie.

 

Najlepiej zaplanować cały tydzień z wyprzedzeniem. Ponieważ mój mąż ma bardzo absorbującą pracę, często wyjeżdża, tydzień planujemy pod koniec poprzedzającego, czyli około czwartku wiem, co mogę zrobić w przyszłym tygodniu (od jakiegoś czasu używamy aplikacji na telefon, w  której zapisujemy ważne daty z wyprzedzeniem, ale sprawdza się też mail, czy lista na lodówce). Pozwala nam to na zarezerwowanie zajęć sportowych, umówienie się ze znajomymi, itp. Daje to też kopa. Kto z nas nie jest wykończony po pracy, czy po dniu z dziećmi? Jeśli mam coś zaplanowane, mam motywację, żeby wyjść, a nie tylko opaść na fotel i oglądać bezsensowny serial.

Jeśli nie masz dziadków, aby wyrwać się z mężem z domu – pomyśl o alternatywie. Dobrą jest niania. Oczywiście jeśli nie masz środków lub przekonania, że poczujesz się bezpiecznie, wybierz inną opcję. Na pewno masz przyjaciółkę lub rodzeństwo. Kiedy mieszkaliśmy w Australii, stworzyłyśmy z innymi mamami siatkę wsparcia. Żadna z nas nie miała tam rodziny, mogłyśmy więc liczyć tylko na siebie. Kiedy dzieci zasypiały, przychodziła koleżanka, a my wychodziliśmy na kolację, bywało, że w tygodniu. W inny dzień ja szłam posiedzieć u niej, kiedy wychodziła, a jej dzieci spały. Raz tylko zdarzyło się, że obudził się nasz synek i nie pozwolił się uśpić “cioci”. Byliśmy w pobliżu i kiedy 45 min później znaleźliśmy się w domu, sytuacja była opanowana butelką i bajką. Naprawdę da się. Rozejrzyj się wokół siebie, znajdziesz na pewno chętnych. Jeśli Ci się to nie uda i wspólnie z partnerem nie będziesz opuszczać domu, tym bardziej dbaj o własny czas wolny.

 

Konsekwencja.

 

Z początku będzie to trudne. Ciągle coś przesuwaliśmy, nic się nie dało zaplanować, więc ponownie rosła nasza frustracja. Z czasem jednak nauczyliśmy się nowego porządku i od dawna nie wyobrażamy sobie innego życia. Wychodziliśmy nawet wtedy, kiedy dzieci były chore, niezależnie od pogody i humoru. W naszym domu to już nawyk, do którego wszyscy się przyzwyczaili i bardzo go szanują. Ściśle trzymamy się grafiku.

Wychodząc z domu uczymy dzieci dwóch bardzo ważnych rzeczy. Po pierwsze tego, że rodzic ma prawo do swojego czasu, który wszyscy musimy szanować. Po drugie, że każdy człowiek potrzebuje czegoś ponad pracę, obowiązki i nakazy. Każdy z nas powinien o czas dla siebie walczyć i wykorzystywać go zgodnie z własną wolą. Uczymy tym samym nasze dzieci szacunku do siebie.

Gwarantuję Ci, że jeśli na chwilę opuścisz dom, odpoczniesz. Nabierzesz energii i zupełnie innej perspektywy. Kiedy miewam dni, w których wydaje mi się, że zacznę wyć, kiedy usłyszę kolejne Maaaaaaamoooooo, wychodzę i wracam z nową siłą. Zapominam nawet o co mi wcześniej chodziło. Mam znowu chęci na układanie klocków i robienie w kółko tych samych czynności, widzę ich koniec, nawet jeśli przerwa jest bardzo krótka.

IMG_9397 IMG_9396
Wiele osób mówi, że mam szczęście, bo dzieci koło 20 śpią, więc mogę wyjść. Albo, że mam farta, bo mąż chętnie zajmuje się dziećmi. Albo, że mi się udało, bo dzieci mnie wypuszczą z domu, a innych to za nogę trzymają. Gwarantuję Ci, że to wszystko to nie kwestia szczęścia, czy przypadku. Nad tym można popracować, trzeba tylko chcieć, bardzo się starać i nie odpuszczać, dopóki się nie uda.

Życie jest tylko jedno, fajnie, kiedy się nie kończy razem z nadejściem dzieci, które przecież sprawiają, że nasze życie jest jeszcze lepsze. Ty w tym życiu grasz główną rolę, napisz więc swój scenariusz. Rodzina to nie tylko dzieci, ale też Twój partner i Ty. Wszyscy jesteście jednakowo ważni, a Wasze potrzeby muszą być spełnione, żeby te puzzle dawało się codziennie poskładać w jedną, piękną, kompletną całość. To co? Damy radę?

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:

  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i butów!

 

Written by calareszta.pl