Gorszy dzień z dzieckiem? Phi! Zdarza się, że miewam tragiczne dni z dziećmi. Chcę, żeby ten tekst dotarł do wielu osób, więc nie będę tutaj w zbyt drastycznych szczegółach opisywać przypadłości i mini dramatów, które powodują, że odkąd zostałam matką, więcej mam na głowie siwych włosów i zmarszczek na czole.

Myślę jednak, że większość z nas zna te dni, kiedy dziecko chce wyjść z domu w sandałach na śnieg, dostaje kociokwiku na widok kanapki pokrojonej w trójkąty, bo miała być w trójkąty, przypomina sobie o 7:55 rano, że dziś na lekcje miało przynieść sznurek w czerwonym kolorze, bibułę, 4 niebieskie guziki, zdjęcie, na którym miało roczek, strój trolla i egzotyczny owoc, albo zalewa się powodzią łez, bo koleżanka z ławki pokazała mu język, albo bolą je włosy.

Doskonale znam te wieczory, kiedy padasz z nóg, a dziecko właśnie zamienia się w artystę cyrkowego, który nie dość, że potrafi stojąc na głowie śpiewać, domaga się oklasków, to jeszcze oblewa się na zakończenie występów wodą, bo mu gorąco. Szukanie lwa w szafie, zadawanie egzystencjonalnych pytań, nagłe zapalenie pęcherza obfitujące w częste wizyty w wc i konieczność szukania misia, który zaginął w 2015, to stały repertuar, podczas gdy Ty liczysz na moment, kiedy uśnie, bo Twój wieczór niestety nie kończy się o 20. Gary umyję, rachunki popłacić muszę, pranie powieszę, ale prysznic to już sobie dziś podaruję, śpij, myślisz, dodając w głowie coraz bardziej siarczyste epitety.

Bywało, że beznadziejny poranek psuł mi humor na pół dnia. Nie mogłam się na niczym skupić, w myślach rozpamiętywałam swoje zachowanie i co powinnam, a czego nie powinnam była robić, lub zrobić na następny raz, żeby taka sytuacja się nie powtórzyła. Jeśli puściły mi nerwy, dodatkowo się samobiczowałam. To tylko dziecko, to ja jestem dorosła w tej relacji, moja reakcja mogła być lepsza, czemu nie policzyłam do stu. W kółko analizowałam swoje kiepskie zachowanie i szukałam sposobu na polepszenie tej sytuacji.

Bywało, że wykańczający wieczór odbierał mi radość całego dobrego dnia razem. Już nie pamiętałam tego, że poranek spędziliśmy śpiewając w drodze do szkoły, a syn przy śniadaniu powiedział, że jestem najlepszą mamą na świecie. Bardzo dobrze jednak potrafiłam sobie przeanalizować mój brak cierpliwości, kiedy, opadając wykończona na łóżko, pięć minut po ucieczce z oka cyklonu, mówiłam głośno „serio nie wiem o co mi chodzi, przecież te rachunki mogę popłacić jutro, ona jest jeszcze taka malutka”. Zasypiałam w poczuciu klęski.

Nadal nie uważam, że utrata cierpliwości, krzyki, straszenie i groźby, to są metody wychowawcze i martwi mnie to, że tak wiele osób zwyczajnie się rozgrzesza, uważając, że to normalne ludzkie odruchy, emocje i to jest ok. Nie jest tak, bo przecież w stosunku do osób dorosłych, na których nam zależy, tak się nie zachowujemy. Dlaczego uważamy, że w stosunku do dzieci nam wolno? Bo są małe, a my mamy nad nimi władzę? Bo ryby i dzieci głosu nie mają? Czego chcemy tym zachowaniem nauczyć nasze dzieci? Jasne – zdarza się, wszystko jest dla ludzi. Ale świadomy rodzic powinien się nad tym raczej pochylić i starać się lepiej.

I ja się często nad tym zastanawiam, analizuję sytuację, swoje zachowanie, powody moich wybuchów, czynniki, po których występują i dlaczego czasami nie pali mi się lampka z napisem „spokój, tylko spokój może nas uratować”, a czasami jestem jak ten kwiat lotosu na środku jeziora. Odpowiadam setny raz na to samo pytanie, tłumaczę, ojojam i jestem niewzruszoną ostoją cierpliwości.

Jestem zwykle bardzo surowym krytykiem samej siebie (nie tylko w kwestiach macierzyństwa) i bywa, że za bardzo skupiam się na małych porażkach, które przysłaniają mi całe mnóstwo rodzicielskich sukcesów. Z komentarzy, które codziennie dostaję od czytelników, wiem, że nie tylko ja chciałabym lepiej. Chciałabym nie tracić tak często cierpliwości. Chciałabym częściej machnąć ręką. Chciałabym wypracować sobie lepsze reakcje na wybuchy moich małych ludzi. I z tego, co czytam, nie tylko ja traktuję bycie mamą jako (chyba?) najważniejszą życiową rolę.

Psychoterapeuta, z którym współpracuję, zaproponował mi metodę małych kroków, również w stosunku do mojego dnia z dziećmi. Jest bardzo prosta, aż dziw, że sama na to nie wpadłam.

W moim przypadku każdy dzień podzieliłyśmy na pięć mniejszych części:

PORANEK (pobudka, śniadanie, toaleta, ubieranie, pakowanie do szkoły, ścielenie łóżek, itp.)
SZKOŁA (droga do szkoły, przygotowanie do lekcji, pożegnanie)
POWRÓT ZE SZKOŁY (pakowanie plecaków, droga ze szkoły, toaleta, przebieranie)
POPOŁUDNIE (zadanie domowe, zabawa, kolacja)
WIECZÓR (sprzątanie pokoju, kąpiel, zasypianie)

Jak widać, jak się to tak rozpisze, strasznie dużo rzeczy może pójść nie tak! Przecież mówimy o matce i dziecku, dwóch (lub czterech, w moim przypadku) osobach, o zupełnie różnych momentami chceniach, priorytetach, humorach.

I teraz, zamiast się biczować, kiedy coś poszło nie tak, myślę sobie – poranek był kiepski, ale przecież potem w szkole poszło nam świetnie i wieczór mieliśmy całkiem udany, zasypialiśmy w pełnej zgodzie ściskając się na pożegnanie. Było nie było, wygrana.

Albo – rano poranek był kiepski, ale zamiast myśleć sobie, że reszta dnia taka będzie, myślę, że jeszcze przecież mam 4 szanse na to, aby ten dzień był dobry. Mogę się bardziej zmobilizować i zadbać o to, żeby tego dnia jednak nie spisać na straty.

Albo – wieczór był kiepski, ale przecież poranek i popołudnie mieliśmy naprawdę spoko, może to tylko zmęczenie materiału.

Albo – masz dwójkę dzieci. Jedno aktualnie zbiera pochwały, a drugie dokazuje. Skąd te pochwały? Czyż to nie jakaś Twoja zasługa? Może odpieluchowanie chwilowo Cię pokonuje, ale Twój szkolniak rewelacyjnie sobie radzi?

Ja wiem, że czasami naprawdę trudno w ciemnicy szarych dni dostrzec tęczę, dlatego piszę ten tekst. Swój dzień możesz podzielić oczywiście inaczej. Może to być czas przed drzemką, spacer, po drzemce, po wieczornym karmieniu. Możesz też codziennie pracować metodą małych kroków nad POLEPSZENIEM danego etapu, inny spisując na straty, bo akurat Twoje dziecko ma kiepski okres. Po co skupiać się na czymś, na co nie masz wpływu (ząbkowanie, bunty dwu, trzy, czterolatka, czy odpieluchowanie), jeśli możesz swoją energię spożytkować na coś, na co realnie masz wpływ?

Mnie na przykład kiepsko szły poranki. Popracowałam nad nimi i choć kilka czytelniczek i nawet jedna blogerka śmiały się z mojego sposobu, mam to serio w pupie. Bo robię to, co dla mojej rodziny jest dobre. Wiem, że dla niektórych fakt, że to właśnie o 6 rano znajduję godzinę czasu dla siebie i świcie, po godzinie ciężkich ćwiczeń, piję kawę spoglądając na ocean, wydaje się ponadludzkim wysiłkiem. A już to, że wracam do domu uśmiechnięta, od progu skacze na mnie trójka hiperaktywnych dzieci, dla których, o dziwo, właśnie wtedy mam cierpliwość i czas (uuuuu), wydaje się dla wielu pozą. Ale teraz mi to działa doskonale i uważam te poranki jako inwestycję w cały mój dzień. Musiałam tylko przyzwyczaić się do wstawania wcześniej, co nie jest wielkim poświęceniem w zamian za spokój i nie latanie jak indyk bez głowy, wrzeszcząc na domowników każdego poranka.

Chcę być dobrą mamą. Wystarczająco dobrą, nie idealną, nie perfekcyjną, a świadomą. I to, co tu piszę, nie wynika z mojego pędu do doskonałości, bynajmniej. Po prostu uważam, że macierzyństwo jest w wielu przypadkach cholernie ciężkie i same (sami) musimy dojść do naszego dobrego sposobu na przeżycie tego etapu jak najlepiej. Nikt nie da recepty, nie ma mapy ani przewodnika.

Miewam momenty, kiedy biję głową w ścianę i wyję z bezsilności, możliwe, że jak większość. I szukam remedium. Może i Tobie ta metoda pomoże w odnalezieniu pozytywnego aspektu w te dni, które niezbyt dobrze się rozpoczęły, albo skończyły? Bo to nie jest tak, że całokształt jest kiepski! Kiepskie są tylko chwile. Robisz dobrą robotę, mamo, tato. Dlaczego z momentem stania się rodzicami wydaje nam się, że możemy wszystko i na każdym polu będzie wychodziło nam idealnie? Przecież w każdej pracy, każdy człowiek popełnia błędy, myli się i ma gorsze dni. Jako rodzice częściej powinniśmy sobie dawać przyzwolenie na gorszy dzień z dzieckiem. 

Trzymam kciuki. I mam prośbę. Na pewno znasz rodzica, który uważa, że wcale tak dobrze mu nie idzie, a przecież tak naprawdę rewelacyjnie sobie radzi. Podziel się tym tekstem, może poprawisz komuś humor i pomożesz dostrzec światełko w tunelu?

Zdjęcie: źródło

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl