To nie będzie wpis dla perfekcyjnych matek idealnych dzieci żyjących w wyidealizowanym świecie, gdzie ptaszki śpiewają, a do nocniczka robi się kupkę. Nie.

Bywa, że się wydzieram, no i co? Prawdopodobnie, podobnie jak większość z nas, wstałam dziś nadal zmęczona. Weekend z dziećmi, kiedy praktycznie 24 godziny na dobę mam ich w zasięgu wzroku, nie jest chyba dla żadnego rodzica odpoczynkiem. Ciągłe mamo, kłótnie rodzeństwa, nudzi mi się, nie chcę, nie będę, zostańmy jeszcze dłużej w parku, bo trzy godziny to za mało! Mój weekend upływa na wiecznym zdziwieniu – przecież dopiero co prałam, dopiero było odkurzane, ledwo posprzątane po śniadaniu, a już trzeba robić obiad. 

No ale przecież matki nie bywają zmęczone, rzekła do mnie kobieta w parku, kiedy odmówiłam latania za piłką, po tym jak godzinę huśtałam. Mrugnęła co prawda, chociaż wszystkie wiemy, że to mrugnięcie jest jak opakowanie gówna błyszczącym papierkiem. W środku nadal gówno. Bo to jej mrugnięcie miało sprawić, że straszna prawda ukryta w jej zdaniu, stanie się trochę lżejsza do zniesienia. Dzieciom przecież się nie odmawia. Chcą latać za piłką, to latasz. Nawet i trzy godziny pod rząd. 

Ale ja się nie daję. Moje dzieci są wychowywane przez kobietę z krwi i kości. Kiedy się wkurzę, bywa, że nie potrafię policzyć do 10, a krzyknę. Czasami tylko ten krzyk działa, kiedy już poprosiłam spokojnie 3 razy. Wraz z porodem nikt nie podarował mi oceanu niekończącej się cierpliwości. Kiedy idę do parku, oczywiście – bawię się. Ale i siadam, bo nie jestem niezniszczalna. Moje dzieci wiedzą, że mama ma prawo do zmęczenia, choroby, gorszego dnia. Nie jestem cyborgiem. Nie bawię się w przynieś, wynieś, pozamiataj, bo dla nikogo nie jestem służącą i droga do lodówki jest dla nas wszystkich taka sama. Nauczyłam moje dzieci obsługiwać ekspres do kawy i bywa, że podają mi kawę. W morzu rzeczy, które ja muszę codziennie zrobić, nie wydaje mi się to trudnym zadaniem. Dzieci wiedzą, że kawa jest święta, kiedy ją wypiję, znowu możemy się bawić. Nauczyłam dzieci, że ja też chcę poczytać książkę, czy obejrzeć serwis informacyjny. 

Moje dzieci wiedzą, że mama jest człowiekiem. Bywa, że się wydzieram, no i co? Próbuję nad tym panować, ale czasami się nie udaje. To też jednej z moich obowiązków – pokazać wachlarz emocji i sposoby na radzenie sobie z nimi. Skoro mama coś karze, to trzeba to zrobić. Skoro krzyknie, to znaczy, że przekroczyliśmy jakąś granicę. Jeśli mówi nie, to znaczy nie, a nie może, jeśli spytam sto razy. Moje dzieci znają emocje. Ja przed nimi nie udaję, że codziennie mam rewelacyjny dzień. Nie mam przyklejonego uśmiechu. Życie nie jest przecież usłane różami. Wkurzam się na innych kierowców, wymagam ciszy, kiedy rozmawiam przez telefon, dokańczam swój obiad, mimo, że dzieci już znowu czegoś ode mnie chcą. Moje dzieci wiedzą, że dziś może być kanapka na kolację, bo nikomu nie chciało się nic wymyślanego ugotować. Widzą mnie też wtedy, kiedy podskakuję ze szczęścia, widzą mnie, kiedy tańczymy z radości. Jest balans i równowaga. 

W weekend zdenerwowałam się na męża. Do tego stopnia, że aż ze złości zaczęłam płakać. I nie, nie zamknęłam się w pokoju, żeby to z mężem przedyskutować, nie ukryłam łez pod makijażem, czy udając, że coś mi wpadło do oka. Po prostu ta sytuacja była na żywo, na gorąco, nie dało się jej ostudzić. Kiedy burza minęła, a my powiedzieliśmy “przepraszam” i znaleźliśmy wspólne rozwiązanie konfliktu, wytłumaczyłam dzieciom – są takie tematy, na które mamy odmienne zdanie, są rzeczy, które nas denerwują, ale nie oznacza to, że się nie kochamy. Pokłóciliśmy się, powiedzieliśmy przepraszam, znaleźliśmy rozwiązanie. Jest miłość, jest spokój. Bywa, że się wydzieram, no i co? To normalne. Najważniejsze wydaje mi się pokazanie dzieciom reakcji na negatywne zdarzenie. Kiedy przeklnę tłumaczę, że taki język nie jest dobry, nie powinniśmy tak mówić, bo to nieładnie. Kiedy się złoszczę, tłumaczę dlaczego. Kiedy krzyknę, przepraszam. Nawet kiedy się kłócimy, nikt nikogo nie bije, nie wyzywa. A to, że podniesiemy głos? Dla mnie to normalne. 

Na panią w parku, która rzuciła, że mamy nigdy nie są zmęczone, zerknęłam z rozbawieniem i powiedziałam “Matki nie bywają zmęczone, bo bywają wykończone”. Po czym uśmiechnęłam się i zarządziłam powrót do domu.  W parku już się wysiedziałam, była pora na kawę. Dla mnie. 

Zdjęcie: źródło. 

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Nie masz na nic czasu, w szczególności dla siebie? Kup moje autorskie produkty, które pomogą w ogarnianiu rzeczywistości. Stworzone przez matkę trojaczków – to działa! SKLEP.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl