Mówię NIE imprezowaniu z dziećmi.
Piątek, 23.45. Na mieście tłum, w większości już lekko zmęczony, królują pijani Anglicy z wieczorów kawalersko-panieńskich. Gdzieś pomiędzy oni. Rodzice. Z dzieckiem lub dziećmi. Dzieci w wózkach, śpiące na krzesłach, grające w gry, lub tępo wpatrzone w ekran smartfona, na którym leci Peppa. I rodzice, rozbawieni, zadowoleni, że śpi, albo, że nie przeszkadza.
Domyślam się, że to na pewno szczególne okazje, spotkania ze znajomymi, których się dawno nie widziało, brak innej opieki. Kumam. Odkąd mam dzieci, jedną z rzeczy za którą tęsknię, to właśnie wieczorne wyjście ze znajomymi. Cudna pogoda, taka, w której po prostu widzę się w wysokich sandałkach, z zimnym mohito w ręce, pogrążonej w wesołej rozmowie, ewentualnie oglądaniu kolorowego tłumu. Noc, palą się latarnie, zagra hejnał. Jest wesoło. Rozumiem tą chęć, może nawet potrzebę, jesteśmy w końcu młodzi, życie takie krótkie, a noc taka ciepła.
Ale mam 3 dzieci. Mogę sobie na te wyjścia pozwolić dosłownie kilka razy w ciągu całego lata. Dzieci na miasto nie ciągnę, mówię NIE imprezowaniu z dziećmi.
Kiedy mam ochotę wyjść, proszę mamę, koleżankę, a gdybym miała, może siostrę, czy teściową, aby zostały z dziećmi w domu. Zdarza się, że wychodzimy z mężem osobno. Na męskie, czy babskie imprezy, bo razem się nie udaje. Dzieci absolutnie nam w tym nie przeszkadzają. Mamy potrzebę spotkań ze znajomymi i ją też można pogodzić z wychowaniem nawet trójki dzieci.
Ale mówię NIE imprezowaniu z dziećmi. Kiedy wychodzę, rażą mnie dzieci śpiące na krzesłach w głośnym barze, dwuletnia dziewczynka o północy bawiąca się słomką, w co prawda pustym, ale jednak kuflu po piwie, wdychająca papierosowy dym, wózek w przejściu, a obok student uzewnętrzniający „niestrawność” zjedzonego po ostrym pijaństwie kebaba.
Tak, to środek miasta, pełno ludzi, tak, to też jedna z najbardziej niebezpiecznych dzielnic w moim mieście (według raportów policji najwięcej tam gwałtów, awantur i rozbojów). Gadanie, że o, słodko śpi, wyluzuj, przecież nic się nie stało, jest dla mnie podobnym argumentem do jeżdżenia bez fotelików, bo „tylko koło domu”.
W ubiegłą sobotę, o godzinie 11.15 rano, weszłam z córeczką do delikatesów na Rynku Głównym w Krakowie. Niby zwiększone bezpieczeństwo, bo to czas tuż przed Światowymi Dniami Młodzieży. Od razu ją zobaczyłam – młodą, 17 letnią może dziewczynę, spuchniętą, spłakaną, całą we krwi. Przed sklepem kilka minut wcześniej zdarzyła się bójka. Ona tylko przechodziła, niestety, źle wycelowany cios trafił centralnie w jej policzek i oko. To samo może się zdarzyć z butelką, która wpadnie na wózek z Twoim dzieckiem, albo na krzesełko, na którym śpi. Czy warto aż tak ryzykować dla kilku drinków? Bo przecież możesz mieć mniej szczęścia niż ta dziewczyna.
W trakcie imprez z alkoholem tak już jest, że człowiekowi poszerzają się granice, nagle północ wydaje się jeszcze wczesną godziną, a środek miasta bezpiecznym miejscem dla dzieci. Zaciera się granica pomiędzy tym, co wypada, a czego już nie. Tak samo oczy przestają być wkoło głowy, łatwo coś przeoczyć.
Nie robię tego. Nie dlatego, że jestem święta i nagle sobie zapomniałam, jak to jest dobrze się bawić. Dzieci zmieniają życie! NIC nie jest tak samo. Czas imprezowania na mieście dla mnie albo już minął, albo zdarza się bardzo rzadko. Zdaje mi się, że Ci rodzice, włóczących swoje dzieci nocami po mieście, chcą udowodnić całemu światu, że z dzieckiem wszystko można. I ja się z tym zgadzam, naprawdę dzieci wzbogacają nasze życie, nie muszą nam nic zabierać. Można nadal zdobywać swoje szczyty, realizować plan na życie, zwiedzać świat. Ale czy trzeba przy tym ryzykować?
Kiedy mam ochotę zobaczyć się ze znajomymi, zapraszam ich do siebie. Jesteśmy w bezpiecznym dla dzieci miejscu. W domu, nawet jeśli nie jest to mój dom, a znajomych. Jest tam toaleta, łóżko, gdyby małego delikwenta trzeba było położyć, są w końcu drzwi i zero potencjalnych niebezpieczeństw i sytuacji, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Wszyscy czujemy się bezpiecznie.
W hotelu NIGDY nie zostawiam moich dzieci samych w pokoju. Choćby był mały i na zadupiu. Lampkę wina mogę zawsze wypić na tarasie, mogę w końcu wyjść, po powrocie do domu. Naprawdę nic się nie stanie, jeśli ominie mnie drink w hotelowym barze.
Okres wakacji może być wyjątkiem, jestem w stanie zrozumieć spacery brzegiem morza, podziwianie zachodu słońca i pozwalanie dzieciom na późniejsze chodzenie spać wieczorami (z nadzieją, że może w końcu padną i choć na urlopie pozwolą pospać przynajmniej do 7). Niestety, obserwując dzieciaki, którym się na to pozwala, widzę, że rzadko kiedy ktoś dobrze się bawi. Rodzice strofują, dzieciaki są zwykle nadmiernie podekscytowane, nie słuchają, ktoś z towarzystwa i tak musi ich pilnować i tak naprawdę, za cenę piwa, wszyscy są lekko poddenerwowani. Chyba nie warto, co?
Kiedy raz mi się zdarzyło, że z powodu winy restauracji, 2 godziny czekaliśmy na kolację i o godzinie 21.45 musiałam przejść z dziećmi przez Rynek we Wrocławiu, wstydziłam się. Przed samą sobą czułam się nieodpowiedzialnie i głupio. I trochę się też bałam, mimo tego, że było nas 4 dorosłych i nikt nie tknął nawet w ten wieczór alkoholu. Moim dzieciom otwierały się szeroko oczy, ktoś puścił obok głośną wiązankę przekleństw, jakaś dziewczyna krzyczała, ktoś gdzieś biegł. Dzieci były wyraźnie zaniepokojone, choć przecież obok szła mama, tata i dziadkowie i wcale jeszcze nie było tak późno. Nie wiem czemu miałabym im to ponownie, świadomie fundować.
Abstrahuję już od tego, że trochę głupio jest się zataczać przed swoimi dziećmi i chwiejnym krokiem prowadzić wózek. Zostawiam to własnej samoocenie. Sama piję przy dzieciach alkohol. Nie mam zamiaru oszukiwać, że w lodówce jest piwo dla gości, albo wmawiać dzieciom, że to soczek, tylko taki dla dorosłych. Kulturalny kieliszek wina do obiadu to nie jest w moich oczach przestępstwo i chcę, żeby moje dzieci nie czuły, że jest to coś nienormalnego, jakieś tabu. Nic co ludzkie… dla mnie jest to całkowicie normalne. Ale i na ten alkohol jest właściwa pora i miejsce.
Moja 25 letnia kuzynka (pisząca świetnego bloga o podróżach gadulec), z pokolenia, gdzie już wszystko można, opowiadała mi o tegorocznym festiwalu Heineken. Uwielbiam go, nie potrafię policzyć, ile razy się na nim bawiłam, nawet wtedy, kiedy byłam już matką trójki. To wspaniałe święto muzyki, koncerty plenerowe, wielkie gwiazdy no i cudne Trójmiasto. Jakie było moje zdziwienie, kiedy moja kuzynka stwierdziła, że jest wolontariuszką w kids zone. Że co? Spytałam. No tak, taka strefa, gdzie mogą bawić się dzieci. Ze względu na natężenie dźwięku, dzieci muszą chodzić w specjalnych słuchawkach, ale pod okiem animatorek, mogą sobie tam zostać do północy, to taka strefa specjalnie dla nich. Najmłodsze dziecko, które widziała kuzynka, nie umiało jeszcze chodzić. Nie muszę chyba dodawać, że szczęki długo nie mogłam pozbierać. Wiem, że zbliżając się do czterech dych, pewnie nie jestem już ani cool, ani trendy, ani nie rozumiem młodych. Za to doskonale rozumiem rodziców. I nie rozumiem potrzeby pojechania na taki koncert z takim małym dzieckiem. Na koncert, na którym leje się alkohol, w powietrzu czuć zioło, a krzaki się ruszają. Po co? Nie przychodzi mi nic innego do głowy, jak tylko niepotrzebne ryzykowanie.
Ostatnim moim argumentem jest błagalna prośba o litość! Jeśli już w nosie ma się komfort własnego dziecka, skulonego, w hałasie śpiącego na krześle, czas pomyśleć o innych. Bo jak ja, niech nawet będzie, że wyrwana od garów dzikuska, zmęczona matka trójki dzieci, w końcu włożę te szpilki, oko pomaluję i pójdę w tany na miasto, ostatnie, czym chcę się przejmować, to obok przy stoliku śpiące dziecko, czy takie, które głośno wyraża swój sprzeciw w stosunku do nowego miejsca, hałasu, nadmiaru światła i braku szacunku do jego rutyny. Mnie to po prostu psuje zabawę i bardzo przeszkadza. Bo odkąd stałam się mamą, reaguję na płacz nawet obcego dziecka i od razu, mimowolnie, wydaje mi się, że dzieje mu się krzywda. Oczywiście, że dzieci płaczą i hałasują. Wiem to doskonale, mam taką trójkę w domu. Ale czy ja muszę to oglądać o północy na mieście? Nie.
To nieprawda, że rodzice, czy rodziny, są wykluczone z rozrywek. Jest mnóstwo koncertów, festynów i miejsc, gdzie dzieciaki i rodzice mogą pójść się „zabawić”. Oczywiście na miarę wieku i możliwości. Są rodzinne restauracje, takie, w których jest plac zabaw i menu dla dzieci. Są hotele w których jest strefa dla dzieci, wszelkie udogodnienia, animatorzy i place zabaw. Wystarczy poszukać.
Mając swoje dzieci, dorośnijmy choć trochę. Niestety, możliwe, że z dziećmi nie da się wszystkiego zrobić, a naszym obowiązkiem jest przede wszystkim zapewnienie im bezpieczeństwa. Mówię NIE imprezowaniu z dziećmi. Teraz jestem mamą, czas imprez pozostawiam na rzadkie chwile, kiedy moje dzieci słodko śpią i opiekuje się nimi ktoś inny.
Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:
– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

Nigdy nie byłam zwolenniczką brania dziecka wieczorem na miasto, tak samo jak, jeszcze jako bezdzietna i potem tak samo jako dzieciata uważałam i uważam, że wesele to nie miejsce dla dziecka. Nikomu to nie daje korzyści, a tylko nerwy, tak jak piszesz. Bardzo dobry tekst! Brawo 🙂
Ja też jestem tego zdania, choć wiem, że czasami nie ma wyjścia, szczególnie wtedy, kiedy dzieci są trochę większe i chcą w tym wydarzeniu uczestniczyć, no i oczywiście wtedy, kiedy cała rodzina i większość znajomych też na tym samym weselu się bawią. Ale i tak można sobie poradzić, są przecież nianie. Z dziećmi na weselu jest zawsze trochę inaczej i ja np. nie chciałam za bardzo, aby były obecne. W Kościele, na obiedzie, tak, wieczorem dzieci idą spać, dorośli się bawią.
Mam co prawda duże dzieci (12 i 11), ale całkowicie się zgadzam. Chodzenie po mieście w nocy to nie jest miejsce dla nich. Zdarzają nam się wieczorne spacery, nawet po ciemku w lato, ale są to sporadyczne wyjścia. Nie lubię też tłocznych miejsc, jakiś koncertów czy pikników gdzie człowiek jeden na drugim siedzi. Ostatnia imprezą w plenerze jaką zaliczyliśmy było Choinka na starówce w Warszawie – taki tłum, że nie było jak szpilki włożyć. Boję się takich miejsc, ataku paniki tłumu, który jest wtedy nieobliczalny.
Twoje dzieci już są na tyle duże, że pewnie i tak nie chodzą już tak wcześnie spać, to jeszcze co innego. Ja mam trójkę i takie zatłoczone miejsca też mnie kosztują dużo nerwów, bo nawet rąk tylu nie mam, żeby ich opanować, a zgubić się bardzo łatwo.
Nie jesteś odosobniona w swoich przekonaniach, ja też je podzielam. Nie wyobrażam sobie nocnego imprezowania z dziećmi na mieści. Serio, w głowie mi się to nie mieści. Podobnie jak Ty, rzadko wychodzę na wieczorne spotkania ze znajomymi (zwykle zapraszam do siebie lub jedziemy z wizytą), ale nie przyszłoby mi do głowy brać je do baru czy ogródka… W sobotę za tydzień mamy wesele, dzieci będą do późnego wieczora, a potem wracają do domu, gdzie zajmie się nimi babcia. Kiedyś nie mogłam wyjść ze zdumienia, jak na weselu 4-letnie dziecko bawiło się do 2 w nocy, gdzie oboje rodzice byli już dość „weseli”… Większość gości nie mogła się nadziwić, że 4-latek jest taki dzielny i tyle wytrzymuje, a ja się dziwiłam jego rodzicom, że brakło i m rozumu. O 2 w nocy większość gości jest pod wpływem alkoholu, to nie jest miejsce dla dziecka.
Alkohol to jedno, ale ja jak jestem z dziećmi jestem przewrażliwiona, cały czas kontroluję sytuację, może trochę przesadzam, nie wiem. W takiej sytuacji ciężko mi jest się w 100% wyluzować. Możliwe, że dlatego, że jak już imprezuję, to lubię się bawić, a nie oglądać za siebie, sprawdzając, czy moje dziecko akurat nie wkłada sobie noża do oka.
To też racja, dzieci trzeba ciągle pilnować, zwłaszcza na takiej imprezie. Ja też nie potrafię wyluzować się i ciągle jestem „na posterunku”:-):-)
Czasem wracam do domu tramwajem późnym wieczorem… ok 21-22 i spotykam w nim male dzieci z rodzicami, często jeszcze w wózkach i powiem że jestem w szoku. Zawsze się zastanawiam co one tu robią, dlaczego nie są w swoich łóżkach. Widać że dzieciaki znużone, często płaczą albo śpią w wózku. Ale impreza mamusi się przedłużyła… co tam dziecko. Przynajmniej padnie jak wróci…
Jeszcze ta 21 i już przynajmniej wracanie do domu to jakieś pocieszenie. Ale co innego siedzenie o tej porze w barze z dzieckiem.
Za nami 2 wesela w ostatnim czasie i na żadne nie braliśmy Hanki. Po co? Ani ona nie bawiłaby sié dobrze, ani my. Nocne wyjścia z dzieckiem są dla mnie jakąś abstrakcją i nie wyobrażam sobie tego. Jeżeli już chcemy wyjść z dzieckiem, to fajnie byłoby gdyby impreza była do tego dostosowana. Np. ostatnio wybraliśmy się razem na koncert, darmowy. Zaczynał się już o 19, więc fajnie, bo o 22 byliśmy w domu. Hanka była zachwycona i dobrze się bawiła, bo to raczej był taki piknikowy koncert. Wszystko z umiarem.
Na piknikach jest jeszcze co innego. Też bym pewnie poszła, to nawet z nazwy imprezy rodzinne. Tu nie chodzi o to, że dzieci mają o 19 być w łóżkach, po prostu są miejsca, które są tylko dla dorosłych, szczególnie po 21.
Odkąd zostałam mamą, czyli od ciut ponad dwóch lat, uważam, że wysokie obcasy niszczą mi zdrowie ( stopa, kręgosłup, wiadomo) Oj tak, zmienia się punkt widzenia… Nad morzem byłam w czerwcu, ponad m-c, zachód słońca widziałam raz (dziecię pod opieką już słodko spało). Już naprawdę ich wiele podziwiałam, prawdopodobnie wiele ich jeszcze zobaczę. Moje dziecię odpada między 20 a 21-szą. Dziecię, które rośnie, każe sobie śpiewać ulubione kołysanki, które małe, takie małe, jest właśnie teraz. ,,Cały świat, mój świat, nie może się kręcić wokół tego bajtla, do cholery jasnej!!!”- myślę sobie nie raz i…patrzę na niego, a on taki mały, bezbronny, zdany na, daj mu Wszechświecie, odpowiedzialnych rodziców, potrzebujący kołysanki, jest DZIŚ. Więc dziś zostaję właśnie z nim. A wydawało mi się ,że ma problem z trafnymi wyborami. Nie, odkąd wiem, że nie można mieć wszystkiego, ale można się cieszyć właśnie tym, co się ma. Pozdrawiam 🙂
Świetny tekst! Rownież nie imprezujemy z synem na mieście i szczerze mówiąc nie czuje ze przez to cokolwiek tracę czy poświęcam a wieczorny drink nigdzie mnie tak nie odpręży jak ten zrobiony przez męża w domu 😉
No cóż, ja pierwsze dziecko urodziłam na 30stkę. Pewnie dzięki temu czas ostrych imprez mam za sobą. Wyszumiałam się i nie czułam się pokrzywdzona, że moi bezdzietni znajomi znów idą na kolejną imprę. Studiowałam i mieszkałam w Poznaniu> mieszkałam na Wildzie i Dębcu. I jeśli wracałam w nocy pieszo to tylko na własną odpowiedzialność.
I wiesz powiem szczerze, ze teraz gdy spotykamy się ze znajomymi, nasze dzieci zostają pod opieką babci, choć częściej wynajętej opiekunki. Grill u znajomych, fajna sprawa, ale nie po to załatwiam opiekę do dzieci, aby przyjść do znajomych a tam inna rodzina …z dziećmi…Nie po to zostawiam dzieci pod dobra opieką, aby iść się pobawić a tam marudzące, znudzone dzieci…Ja jeśli nie mam opieki – nie idę – trudno – czemu inni nie pomyślą, że dorośli też czasem chcą odpocząć od dzieci? od ich wrzasków, marudzenia…Przecież na takiej imprezie na dorosłych dzieci się po prostu nudzą. Ostatnio jedno w ciemnościach /grill wieczorem/ rozciachało sobie nogę…naprawdę warto dla tej „kiełbaski z grilla” targać ze sobą małe dzieci, żeby się napić, a dzieci samopas?…ja szanuję innych prawo do odpoczynku bez dzieci. Bo to tez jest ważne dla rodzica.
Bardzo dobry tekst. Popieram cię w 100&
Dzięki Gosiu i ja uważam, że był czas na imprezy a i teraz jak mam na nie ochotę, mogę iść. Sama.
a moze troche wyluzuj… Cały swiat tak działa, ze gdzie rodzice tam i dzieci. Nie myslę o skrajnościach ale .. poczucie wstydu b po 21 idziesz z dzecmi ? …. wyluzuj, bo to Twoje spięcie dopiero źle wpływa na dzieci…
No, strasznie jestem spięta bo nie chleję po nocach z dziećmi pod pachą 🙂
Jesteś spięta bo wszystko strasznie poważnie traktujesz, I znów skrajności …. nie mówiłam o chlaniu a o byciu razem z dziećmi. Byciu usmiechniętym, w sympatycznym towarzystwie – taki luz rodziców- jestem przekonana- ma na dzieciaki fantastyczny wpływ, zdecydowanie lepszy niz zestresowany rodzic przezywający, że nie położył dziecka o godzinie jak każa w poradnikach. Szczesliwy rodzic- szczęśliwe dziecko. Po prostu – http://www.sosrodzice.pl/wiadomosc-pewnego-pediatry-ktora-wstrzasnela-internetem/#article
Chyba ktoś nie do konca zrozumiał sens tekstu… Ty o jednym zdaniu o przejściu przez rynek przed 22, a tekst generalnie o ciaganiu dzieciaków po knajpach i imprezach nocnych
Rzeczywiście mówimy o dwóch różnych sprawach. Ja o wychodzeniu z dziećmi, nawet wieczorową porą, spotykaniu się ze znajomymi, nawet wypiciu lampki wina, a Wy o „imprezowaniu” co statystycznemu Polakowi kojarzy się totalnie z pijaństwem, burdą i wszystkim niefajnym. Ech ….
Czasami nie ma innej opcji jak wziąć dziecko ze sobą, szczególnie takie co się z popołudniowej drzemki obudziło o 18, spać ono po 20 nie pójdzie.
A co jak pracę kończysz o 21 i dopiero dziecko od babci odbierasz to masz z nim się po mieście skradać. Są naprawdę różne sytuacje i czasami taki jednorazowe późne spanie nie będzie złe dla nikogo. Co do wesel fajnie czas dzieciakom zorganizować wynajmując animatorów i tworząc dla nich imienne zaproszenia.
Ja myślę, że na weselu trzeba o dzieciach po prostu pomyśleć. Zorganizować opiekę, tak, żeby nikt nie czuł się niekomfortowo. Może być pokój z animatorem, może być niania, osobny stolik, menu, wszystko się da, trzeba tylko chcieć. Wiadomo, że dzieci też chcą w takim wydarzeniu uczestniczyć, choć ja na przykład, z racji trójki, na wesela jeżdżę bez.
Ciekawostka z irlandzkiego frontu: ostatnio byłam w kinie, seans normalny (nie z tych dla mam z dzieckiem), przychodzi pani z kilkumiesięcznym niemowlakiem. Na oko 3-4 miesiące. Cóż za wspaniały pomysł! Mały człowiek cały film płakał, no bo trudno żeby nie, skoro bardzo głośny dźwięk, obraz, kolory, zapachy i cała masa rzeczy, które sprawiają, że nie czuł się bezpiecznie. Też bym płakała!!! Całe kino wkurzone, bo nie po to wychodzą do kina, żeby słuchać płaczu cudzego dziecka. A mama? No cóż, mam nadzieję, że mama też nie bawiła się za dobrze i następnym razem pomyśli zanim narazi własne dziecko na stres, a innych ludzi na złość tylko po to, żeby nie opuścić filmu, który za dwa miesiące będzie na DVD.
Problemem jest też w opóźnienie czy inicjacji rodzicielskiej 🙂 rodziny startują z dziecmi mając 30 lat na karku oraz swoje przyzwyczajenia 🙂 mamy z żoną 2 pary znajomych z dziecmi, reszta to jeszcze narzeczeni, więc siłą rzeczy nas nie rozumieją. Moje córki 2 i 4 lata chodzą spać odpowiednio 18 i 19. W wakacje na które pierwszy raz pojechaliśmy wszyscy był bufor godzinnej opóźnienia ale były zmęczone więc i tak padały. W nocy budziły nas powroty wstawionych par, również z dziecmi. Nie moja sprawa ale niesmak pozostał. Poza tym piwo pijemy od święta a co dopiero inne trunki. Szanujemy komfort dzieci i swój 🙂
Na wszystko w życiu jest czas – był czas na prawdziwe imprezowanie i jest czas na spędzanie wiecej czasu w domu. Nie wyobrażam sobie pójścia z dzieckiem na krakowski rynek czy Kazimierz po 22! w ubiegłym roku byliśmy w Turcji i fakt dzieci chodziły później spać ale nie biegały do północy. Bylo mini disco dla dzieci które moje uwielbiały – potem jakieś występy – jak ich zainteresowały to zostawaliśmy jak nie to spacer i do spania. Dla mnie to jest takie męczenie dzieci i siebie też. Nawet jak robimy imprezy domowe ze znajomymi to myślimy o dzieciach – jakieś atrakcje, zaczynamy wcześniej. Zdarza się że odwozimy dzieci do domu po 21 i wracamy już sami na pozostałą część imprezy 😉
Trochę się zgadzam a trochę nie. W tym roku byłam na jednym z
festiwali i widziałam rodziców z dziećmi. Wszystko fajnie, bo festiwal
zaczął się od godziny 18. Około godziny 21.00 rodzice z mniejszymi
dziećmi zaczęli kierować się do bramy wyjściowej, nie wszyscy jednak.
Koło godziny 2 w nocy przechodziłam koło 3 zawiniątek na ziemi i
zastanawiałam się, czy nie sprawdzić im pulsu. To trójka małych dzieci
spała na ziemi na kocu a rodzice stali obok nich z piwem. To była dla
mnie lekka przesada. Wiadomo, że chcesz zobaczyć swojego wykonawcę na
festiwalu, ale jeśli jego koncert jest późno, to załatw kogoś do opieki,
a nie ciągaj za sobą dzieci. Co do powrotów z wózkiem o 21.45. Nie
popadajmy w skrajności. To nic złego i nie ma się co wstydzić. Pamiętam
pierwszy raz mojego syna, kiedy mógł nie spać do północy (w Sylwestra w
domu). Czuł się taki dorosły i dumny z siebie. Kilka minut po północy
zasnął. Są wakacje. Wieczorny spacer z dziećmi nikogo nie dziwi. Trzeba
znać granicę i to jest chyba rozwiązanie dla wszystkich.
W 2006 roku pojechałam do Hiszpanii na Erasmusa. Był wrzesień, ciepło, na ulicach do późnych godzin nocnych ludzie, a wśród nich dzieci w każdym wieku. Pomyślałam, że to super sprawa, że rodzice mogą korzystać z życia,że posiadanie dzieci w niczym nie przeszkadza. Ale tak myślałam do czasu jak zostałam mamą 🙂 Teraz,gdy córka ma 15 miesięcy, a za chwilę urodzi się syn inaczej na to patrzę i również uważam,że dzieci w nocy powinny spać, a nie być wloczone przez rodziców po imprezach.
Moim zdaniem wesela to trochę inna bajka – to jednak impreza rodzinna, zamknięta, bezpieczniejsza. Za tydzień jedziemy przez pół Polski na wesele mojego szwagra (jedyny brat mojego męża). Zabieramy ze sobą rocznego syna. Oprócz tego: chusta i słuchawki ochronne dla dziecka. Nie stać nas na nianię, moi rodzice mieszkają pół Polski dalej, ale w drugą stronę a teściowie – będą bawić się tam, gdzie my. W pełni zdajemy sobie sprawę z tego, że się nie pobawimy, a przynajmniej nie za długo, bo w końcu któreś z nas (lub na zmianę) wyląduje w pokoju ze śpiącym bąblem. Ktoś może nam współczuć, ktoś inny pukać się w głowę. Chcemy tam być, a możemy jechać tylko z dzieckiem – innej opcji nie ma. Nie nastawiamy się na wielkie imprezowanie. Nie zamierzamy pić alko. Nie mamy ciśnienia na doczekanie oczepin. Zero spiny w tym temacie. Zero żalu. Po roku rodzicielstwa i ciągłego nurzania się we frustracji różnego pochodzenia, osiąga się pewien ZEN 😉 W październiku czeka nas powtórka – tym razem żenić się będzie mój jedyny brat 😉 Wszystko dla ludzi? Jasne! Ale z głową. I rodzicielskim rozsądkiem.