OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czytałam wiele artykułów, w których autorzy przestrzegali przed publikacją zdjęć dzieci w Internecie. Przytaczali rozmaite argumenty, z których część skłania mnie do refleksji, a reszta zupełnie do mnie nie przemawia.

Dlaczego publikuję zdjęcia moich dzieci?

STRACH

Publikuję zdjęcia moich dzieci w sieci, bo nie mam zamiaru żyć w strachu przed potencjalnym zboczeńcem, który coś niecnego z tymi zdjęciami zrobi. Dlaczego normalny człowiek ma wycofywać się z rzeczywistości, nawet wirtualnej, z powodu patologii? Mam przeczucie, że ktoś, kto ma złe zamiary, i tak tych zdjęć szuka na zupełnie innych stronach. Myślę o analogiach – w sumie nie powinnam też wozić moich dzieci samochodem, bo przecież może wydarzyć się wypadek. Nie powinnam zabierać ich na basen, bo mogą się utopić. Nie powinnam pozwalać im na zjedzenie orzeszka, bo mogą się udławić. Absolutnie nie powinnam z dziećmi chodzić do Kościoła, a w przyszłości na pewno nie będą mogły chodzić na religię, bo przecież ksiądz może być pedofilem. Nie powinny (przynajmniej do osiemnastki) oglądać żadnych kanałów informacyjnych, ani czytać gazet bo to sam horror i patologia, nie dla dzieci. Powinnam zablokować zdjęcia moich dzieci z przedszkola, niech będą zakrywane, a dzieci niech stoją z boku, kiedy na balu jest fotograf, im ma zdjęć nie robić! Na Mikołajkach w pracy nie będzie zdjęcia z Mikołajem, bo przecież na pewno obiegnie później cały świat.

Nie chcę wychować moich dzieci w atmosferze strachu i ciągłego czyhającego na nich niebezpieczeństwa. Nie chcę, aby bały się wszystkiego i wszystkich. W zamian chronię moje dzieci przed realnym niebezpieczeństwem i już teraz, mimo tego, że mają tylko 4 lata, uświadamiam im zagrożenia codziennego życia, a kiedy zaczną korzystać z Internetu, uświadomię im niebezpieczeństwa cyberprzestrzeni. W jaki sposób, pisałam o tym jakiś czas temu w tym poście.

WIZERUNEK

Moje dzieci oczywiście są niezależnymi ludźmi i mogą sobie w przyszłości takich publikacji nie życzyć. Ich wola. Na razie są za małe, aby zaprotestować, jak podrosną, nie będę tego robić, jeśli nie będą sobie tego życzyły. Mam wrażenie, że tak jak snapchat teraz rejestruje każdy mało istotny detal z życia nastolatków, tak jak moje dzieciaki będą większe, ingerencja netu w ich życie będzie jeszcze silniejsza. Będzie jeszcze więcej mediów społecznościowych, a poziom autokreacji Internetowej większy i o jeszcze bardziej znaczącym zasięgu niż teraz. Prognozuję, że zmieni się też nasze postrzeganie intymności. 10 lat temu nie mieściło nam się w głowie, aby swoje brudy prać publicznie, pokazywać w Internecie czym się opijemy w sobotni wieczór, co mamy w lodówce i z kim śpimy. Teraz jest to zupełnie normalne.

Dzieci podrosną i mogą mieć do mnie pretensje, że wykorzystałam ich wizerunek. No jasne. Mogą mieć też pretensje o to, że karmiłam je mlekiem modyfikowanym, że uczyły się angielskiego, a nie koreańskiego, że uczyłam je jeździć na rowerze, zamiast grać na harfie. Mogą mieć w końcu pretensje, że obcinałam im włosy, puszczałam do przedszkola, kupowałam ciężarówki dla syna, a dziewczynki zapisałam na balet. Może im się nie podobać to, że nosiły sandałki, a na urodziny był tort, wcale nie wegański. Mogą w końcu mieć pretensje o to, że zaszłam w ciążę dopiero w wieku 31 lat, a wolałyby młodszą mamę. Taka były i są moje decyzje na dziś, zgodne z moimi przekonaniami względem świata, które odbijają się na dzieciach w całej okazałości, nie tylko w kwestii postów w social media. Nie jestem w stanie (i bynajmniej nie mam zamiaru) każdej swojej decyzji konsultować z kilkulatkiem.

INTYMNOŚĆ

Dzieci nie są moją własnością, dlaczego publikuję zdjęcia i historie dotyczące również ich życia? Dzieci są ogromną częścią mojego życia. Największą. Podejrzewam, że kiedy same zrobią coś interesującego/kompromitującego/skandalicznego w szkole, w pracy, w życiu, nie będą się zastanawiały nad tym, co pomyśli o tym mama. To duży skrót myślowy, ale to, co pokazuję nie przekracza naszej strefy intymnej. Jest wiele tematów, których nie poruszam, a które na pewno dodałyby mi “zainteresowania”. Nie mam jednak potrzeby pokazywania nikomu moich dzieci podpiętych do rurek inkubatora, czy leżących na szpitalnym łóżku (nawet jeśli ktoś to robi to jego sprawa). Jeśli ktoś uważa, że pokazując zdjęcie ze spaceru z dzieckiem ktoś sprzedaje swoją prywatność, myli się. Nikt nie żyje na Facebooku, prawdziwe życie dzieje się zupełnie gdzie indziej, a to, co widzimy w social mediach do jedynie kreacja i wycinek z życia.  

Myślę, że moje dzieci, które kiedyś przeczytają, że miałam dylematy dotyczące ich wychowania, że miałam gorsze dni, że brakowało mi siły, pomyślą sobie „Ale ta moja mama mądra, mogę się od niej tyle nauczyć sam teraz będąc rodzicem! Teraz już wiem, jaki trud włożyła w moje wychowanie”. Nie sądzę, aby moje dzieci pomyślały wtedy „Ojej, mama 15 lat temu opublikowała post, że jej ciężko, a przecież wiadomo nie od dziś, że życie usłane jest różami! Jak mogła tak perfidnie kłamać”! Możliwe, że dzieciom łatwiej będzie zrozumieć pewne moje decyzje i zachowania.

Wiele osób pyta mnie o wykorzystywanie zdjęć dzieci, są zagubione. Lepiej zadbać o właściwy dobór słów, to mocne słowo „wykorzystywanie” jest według mnie nieadekwatne. Dobro dzieci jest dla każdego rodzica priorytetem i zapewniam każdego – nie jest go mniej przez publikację ich zdjęć w sieci. Ci sami obrońcy publikacji zdjęć dzieci na swoich profilach mają pełno żarcików i śmiesznych filmików, których bohaterami są właśnie dzieci. Jasne, można powiedzieć – nie moje dziecko, nie mój problem, mogę się pośmiać. Autorzy, którzy nie wykorzystują zdjęć własnych dzieci, nie mają jednak problemu z wykorzystywaniem zdjęć z banków zdjęć, a przecież dzieci na tych zdjęciach też mają swoją prywatność. Jak widać to zjawisko jest wielopoziomowe i nie czarno-białe, a krytyka dotyczy obu stron.

Proces wychowania dziecka to milion decyzji podejmowanych przez rodzica w dobrej wierze, ale jednak w imieniu dziecka. Nie chcę popadać w skrajność, unikam postaw definitywnych, bo wiem, że moje zdanie może się zmienić. Znam zagrożenia, jakie niesie publikowanie zdjęć dzieci. Niestety, nie mogę moich dzieci ukryć w domu i nie wypuszczać ich poza cztery ściany. Na zwykłym spacerze, w parku, w przedszkolu, moje dzieci narażone są na wiele niebezpieczeństw, w tym na kontakt z osobami obcymi. Idąc na plac zabaw czy na basen, nie narzucam moim dzieciom kocyka na głowę z obawy, że zza krzaka jakiś pedofil nie cyknie im foty, którą potem wykorzysta do niecnych celów. Jaki jest cel ukrywania moich dzieci przed światem, jaka jest szansa na to, że mi się to uda? Jakie są granice absurdu i wyimaginowanego strachu?

SZYKANOWANIE

Internet nie zapomina i dzieci mogłyby kiedyś mieć pretensje o to, że ich zdjęcia mogą teraz służyć rówieśnikom jako powód do kpin. Nikt chyba nie uważa, że moje nastoletnie dzieci będą bohaterami bloga lub mojej ścianki na Facebooku? Zdjęć wszelkiego typu pojawia się tyle, że już jutro są nowe, bardziej szokujące, a te stare zapominane. Wątpię, aby nastolatkom za 10 lat chciało się przeszukiwać Facebook (o ile jeszcze będzie istniał) w poszukiwaniu kompromitującego zdjęcia mojego dziecka. Niestety z hejtem już tak jest, że jeśli ktoś chce kogoś zgnoić, znajdzie powód i bez zdjęcia.

Sama mam foty, kiedy ubrana w futerko z królika (Mamo!) leżę pod stołem, bo nie chcę sobie dać tego zdjęcia zrobić. Mam wiele paskudnych zdjęć z okresu dzieciństwa, jak to upamiętniające fryzjerskie zapędy kilkuletniej sąsiadki, która w przypływie weny skróciła mi grzywkę do 3 milimetrów. Mam też takie w obskurnych rajstopach, ze strasznym Mikołajem, kokardami od których mam wytrzeszcz i z gilem do kolan. No i co z tego? Widziałam je ja, mój mąż, znajomi bliżsi i dalsi, cała rodzina. Nie namawiałam rodziców, aby je spalili i jakoś nie wywołały w moim życiu traumy.

ALE

Doskonale znam argumenty przeciwko publikowaniu zdjęć dzieci i szanuję osoby, które tego nie robią. To ich zdanie i prawo. Nie wpływa to w żaden sposób na mój odbiór tych osób. Ja robię inaczej, zupełnie świadomie. Z jednym tylko wyjątkiem. Nie publikuję zdjęć, które mogą być wykorzystane przeciwko moim dzieciom. Nie podkreślam ich ułomności, nie wyśmiewam ich w żaden sposób, nie robię żartów ich kosztem, nie pokazuję ich nagości, sytuacji intymnych np. kiedy śpią w łóżku, aktów fizjologicznych (zdjęcie na nocniku NIE JEST słodkie), nie zdradzam stanu ich zdrowia, nie publikuję zdjęć, które mogłyby rodzić odrazę (zdjęcie dziecka od stóp do głów ubrudzonego czekoladą budzi moją odrazę). Kieruję się taką samą zasadą, jaką kieruję się w kreowaniu własnego wizerunku – pokazuję tylko zdjęcia, które przedstawiają moje dzieci w najlepszym świetle. Skoro nie wrzucam do sieci swoich nagich zdjęć, nie publikuję też nagich zdjęć mojego dziecka. Jeśli chcę na każdym zdjęciu, które ujrzy Internet dobrze wyglądać, taka sama zasada dotyczy moich dzieci.

Apeluję do rodziców: niektóre zdjęcia (jak moje w króliczej skórze) powinny być do wglądu tylko dla najbliższych. Warto to przemyśleć i mimo wielkiej pokusy nagich, ośmieszających czy obraźliwych zdjęć swoich dzieci jednak nie publikować. Nie warto.

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:i

    • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
    • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
    • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
    • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i butów!
Written by calareszta.pl