Bycie mamą to też praca.

Mija właśnie rok, odkąd rzuciłam etat i z wyboru stałam się kurą domową, pachnącą lenistwem, matką siedzącą w domu. Wróciłam na tarczy z życiowej porażki, którą był powrót na etat do korpo. Pracująca na cały etat mama trojaczków, z wyjazdowym mężem i bez niani, z najbliższą babcią 60 km drogi, a drugą na końcu świata. I chociaż doskonale sobie zdawałam sprawę z tego, na co się decyduję, obalam też codziennie mity, którym obrosło bycie mamą w domu. Są rzeczy, których nie robię, z którymi się nie zgadzam i które śmieszą mnie do bólu. Bo bycie mamą to też praca.

Nie jestem służącą. Jasne, opiekuję się domem, ale nikomu nie usługuję i nie wykonuję poleceń. Piżama pozostawiona na samym środku pokoju prawdopodobnie zostanie na środku pokoju, zanim właściciel nie wróci do domu i łaskawie nie odłoży jej na miejsce. Brudy do kosza z bielizną wrzucam swoje, bo reszta też wie, gdzie można go znaleźć. A jak zapomina, zawsze chętnie przypomnę.

Nie stałam się perfekcyjną Panią domu. Nie przeprowadzam testów białej rękawiczki, a stan, kiedy można przejść z jednego pokoju do drugiego, uważam za porządek. Bywa, że pranie w pralce trzeba trzy razy prać, zanim ktoś się nad nim zlituje i je powiesi. Jeden pokój zamienił się w pralnię, zamykamy go na klucz i problem na chwilę znika, abrakadabra. Bywa też, że przewrócę pół domu do góry nogami bo doprowadza mnie do szału bałagan i nadmiar gratów. Jasne, miewam fiksacje kuchenne i potrafię zrobić trzydaniowy obiad z deserem, zaprosić 20 osób na grilla lub upiec, a potem fantazyjnie ozdobić, 40 babeczek. Ale nie robię tego codziennie i wątpię, aby którakolwiek mama w domu to robiła. Większość mam w zwykłe dni przygotuje coś, co wszyscy chętnie zjedzą. Repertuar pierogi-spaghetti-pomidorowa to zwykłe menu polskiej mamy. Nie znam nikogo, kto na co dzień piecze pasztety z kaczki i trzypiętrowe torty. Zdarza mi się nawet zamówić pizzę, bo jak każdy inny człowiek miewam dni, że brakuje mi czasu albo energii. Nie wróciłam się do lat 50-tych, nie chodzę po domu w sukience w delikatne różyczki i włosami w gustownych falach, nie myję podłogi w 10 centymetrowych szpilkach, na stałe nie noszę żółtych, gumowych rękawiczek, a mój dom nie pachnie miksturą wybielacza i babki drożdżowej. Kiedy mąż przychodzi do domu, nie podsuwam mu gazety i taboretu do położenia na nim spracowanych stóp, jednocześnie półszeptem ostrzegając dzieci, żeby były pół tonu ciszej, bo tata wrócił.

Jednocześnie śmieszy mnie pogląd, że nie sprzątam, bo dzieci i tak zrobią bałagan. Idąc tym tropem nie powinnam im dawać śniadań, bo przecież będzie obiad. Sprzątamy po każdej zabawie, zanim opuścimy dom i przed pójściem spać. Wszyscy. W pokoju, w którym jesteśmy stale, są dwie skrzynie na zabawki, pudełka na klocki i półka na przybory „plastyczne” i książki. Mój dom nie zamienił się w plac zabaw, wszystko ma swoje miejsce. W miarę zadbany dom jest po prostu przyjemniejszym miejscem do życia, chaos i brud nie sprzyja porządkowi w głowie.

Mam swoje pasje i czas. Też chcę wyjść z domu i to nie tylko po to, aby w supermarkecie kupić składniki na ciasto, detergenty do sprzątania i piwo dla pana domu. To, że zostałam w domu nie oznacza, że cały dzień pachnę. Wiem, że podobno istnieją, ale moje dzieci same się nie wychowują, a obiad sam nie gotuje. Możliwe, że to był mój wybór, możliwe, że konieczność. Gwarantuję, że większość kobiet w mojej sytuacji wie, że nie będzie to trwało wiecznie i zastanawia się co dalej. Niektóre szukają pomysłu na siebie, odnajdują sposoby pracy z domu, wpadają na kreatywne pomysły, tworzą swoje miejsca pracy, zakładają firmy. Inne cieszą się z tego, że mogą spełniać marzenie o obserwowaniu dzieciństwa swoich dzieci, dla nich bycie mamą wystarczy. Bo naprawdę wystarczy.

Śmieszą mnie ludzie, którzy uważają, że moim największym marzeniem jest powrót do pracy i na pewno wychowując swoje dzieci jestem nieszczęśliwa, bo robię coś, co nie ma znaczenia. Praca jak praca. Ani jakaś bardziej znacząca, ani mniej. Stresująca – nie. Frustrująca i męcząca – tak. I posiadająca wiele plusów! Nie uważam, że zmieniam losy ludzkości, bo jest nas miliony, każdy człowiek na ziemi ma mamę, czy tatę. Nie uważam jednak, że praca w domu jest mniej ważna czy mniej wartościowa od jakiejkolwiek innej. Byłam po drugiej stronie i praca w korpo też nie była na miarę Nobla. Po prostu. W domu moje talenty się nie marnują, a ja nie przestaję być sobą na korzyść domowej kury. Nadal mam ambicję. Nie tylko do zrobienia udanej Pavlovej. W ciągu tego roku nie zamieniłam się w potarganą dzikuskę. Wychodzę i robię to, na co mam ochotę, bo ja to nadal ja, a nie część większej całości, przyrośnięta do dziecka. Dom żyje beze mnie, dzieci mają też ojca, babcie, opiekunki, przedszkola.

Są dni, kiedy moją pracę w domu wykonuję na poziomie master. A są takie, kiedy mam gorszy dzień i czekam tylko aż się skończy. Tak samo było kiedyś w biurze! Były przebłyski ale i dni, kiedy czas w nieskończoność się dłużył. Nic się w tym względzie nie zmieniło.

Z momentem pozostania w domu nie zamieniłam potrzeby interakcji z innymi ludźmi na rozmowy o najnowszych wybielaczach i przepisach. Nie tworzę klik z innymi mamami. Mało tego, jak już znajdę się na placu zabaw, trzymam się z daleka od gadek nad wyższością czapeczek nad zimnym chowem. Jasne, mogę życzliwie się do kogoś uśmiechnąć, ale zwykle nie uczestniczę w utyskiwaniach o potwornym zmęczeniu i frustracji, które daje zamknięcie w domu. Zdarza się, że znajdę w tym tłumie bratnią duszę, wtedy wyłączam oceniającą francę i potrafię się zaprzyjaźnić z inną mamą. Ludzi nie dzielę jednak na tych, którzy należą do klubu rodziców i tych bez.

Mój intelekt nie maleje przez siedzenie w domu. Wręcz niektóre umiejętności np. zarządzanie czasem, logistyka, opanowanie kryzysu, czy negocjacje się rozwinęły. Nadal czytam i codziennie czegoś nowego się uczę. W domu!

Nie zapuściłam się, bo odkąd siedzę w domu nie potrzebuję fryzury, zadbanych paznokci, czy porannego prysznica. Nawet jako matka kilkutygodniowych trojaczków, brałam codziennie prysznic i nie chodziłam cały dzień w piżamie. Wydaje mi się to mitem stworzonym przez frustratów. Dzieci mają drzemki, łóżeczka, kojce i tylko zupełni nieudacznicy nie potrafią tego czasu wykorzystać na umycie zębów. To wymówka, nie stan faktyczny. Jasne, zdarzyło mi się w pośpiechu nie zauważyć koszulki na którą moje dziecko zwróciło, ale raczej z domu w takim stanie nie wychodziłam. Dbam o siebie dla siebie, a nie kiedyś dla szefa i jeśli go przez siedzenie w domu zabrakło, to znaczy, że mogę przestać. Mogę mieć dni piżamowe, ale nie oznacza to mojej nowej tradycji. Pozostałam kobietą, która lubi niepołamane paznokcie, szpilki w kolorze fuksji i brak odrostów. Jedno czy pięcioro dzieci by tego nie zmieniło. Mam wrażenie, że dzieci wszystkich matek na świecie wolą je zadbane i pachnące, a nie w wyciągniętych dresach z obłędem na twarzy i strąkami zamiast włosów.

Wiele osób zastanawia się, od czego matki siedzące w domu są zmęczone. Przecież macierzyństwo po brzegi wypełnione jest nudą. I właśnie ta nuda wykańcza. Było nie było, dzieci są dość powtarzalne i łączy je zamiłowanie do rutyny. Życie, które mija w czterech ścianach, na spacerkach i placach zabaw, jest zwyczajnie nudne. Pierwszy raz kiedy dziecko odkryje „a kuku” to nawet jest śmieszne i urocze. Po stu takich razach przestaje nawet być znośne. Podobno nudzi się tylko ten, kto sam jest nudny. No może. Jednak rodzicielska nuda jest z tych, które nie łatwo przekłuć w zajęcie kreatywne. To nuda pozostawiająca człowieka w letargu, monotonia czynności sprawia, że po całym dniu jest się wykończonym, jednocześnie nie umiejąc sobie przypomnieć nic konstruktywnego, co się dzisiaj zrobiło.

Ci, którzy posiedzieli chwilę w domu i szybciutko uciekli do pracy zastanawiają się jak ludzie (zwykle matki) mogą tak po prostu nie zwariować siedząc w domu. A ja mam się dobrze. I inne kobiety też. Choć chodzą na odmóżdżające spacerki, prowadzą rozmowy w kółko o tym samym, są wykończone ciągiem powtarzalnych czynności i rutyną, która boli do bólu. Teraz po prostu jest taki czas. Jak w każdej innej pracy. Nie zawsze robisz coś fascynującego, a większość zawodów to ciąg identycznych czynności powtarzanych codziennie. Z byciem mamą jest tak samo.

Jasne, prowadzę dom, muszę czasami sprzątać, gotować, robić pranie, być kierowcą, wstawać po nocach, robić zaopatrzenie do naszego domu, bawić się w sędziego, fotografa, trenera, bibliotekarza, lekarza, nauczycielkę, czy psychologa. Muszę doprowadzać się do porządku po ataku złości kilkulatka, liczyć do 10 kiedy zostawię dzieci na kilka minut same, wychodzić i stawać obok częściej niż kiedykolwiek myślałam, że można. Taka to jest praca. Wynagradza ją dziecko, poczucie misji i spełnienia. Jestem swoim własnym szefem, jeśli dobrze się zorganizuję, mogę się napić kawy w ogrodzie i nie muszę czekać na weekend, żeby iść z dzieckiem do parku. Właściwie mam czas na wszystko.

Siedzenie w domu to nie kara. To przywilej. A bycie mamą to też praca. Jak każda inna ma plusy i minusy.

Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:

– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

50 komentarzy

  1. Super tekst, czytam Twojego bloga od jakiegos czasu i jakbym czytala o sobie …. Taki tekst pomaga mi nie myslec o tym, ze siedzenie z dziecmi w domu (syn 8,corka 5,5 lat) to cos gorszego, choc spoleczenstwo nieraz probuje nam matkom to wmowic.

  2. Eh… przy bliźniakach nie jest lepiej, ale żona za wszelką cenę nie chciała siedzieć w domu. Chciała pracować i pracuje! Żłobek, przedszkole – to był cud, że dostaliśmy. Najbliższa babcia? 450 km w linii prostej i chociaż mieliśmy chłopaków dość, to miesiąc bez nich (byli u dziadków) zamiast radości, że byliśmy wreszcie sami, to sprawiał, że po tygodniu już tęskniliśmy (było na moim blogu). Co ciekawe, pomimo, że oboje pracujemy, to w domu jest porządek, chłopaki nie rozrzucają swoich rzeczy i dobrze wiedzą, gdzie jest kosz na brudną bieliznę. Deskę też opuszczają. Da się? Da się! Ale po prostu my tak chcemy – chcemy pracować, a ja obsługuję doskonale zmywarkę i radzę sobie z żelazkiem. Prasowanie mnie uspokaja 😉 Czy rodzic w domu (a co tata nie może) to coś gorszego? Absolutnie nie! To po prostu wybór – #lifestyle pełną gębą. Ważne, żeby robić co się lubi, a ty chyba lubisz być w domu z dziećmi? Prawda?

    1. Kiedyś bardzo czekałem na ten moment, kiedy starszy syn wyjedzie z dziadkami na wakacje. Odliczałem nawet dni. 3h po jego wyjeździe już tęskniłem. Było po prostu pusto i cicho. Nikt nie pytał co będziemy teraz, czy możemy w coś zagrać, albo dlaczego nie można podlewać kwiatów kilka razy dziennie.

      1. To jest choroba rodzicielska. Ja się już trochę wyleczyłam i wiele sobie poukładałam. W trakcie ostatniego weekendu bez dzieci zadzwoniłam do domu tylko 2 razy! Juppi 🙂

    2. Różnie. Raz lubię, raz nie. Nie za bardzo miałam wybór, dzieci chorowały, o nianię do trojaczków nie tak łatwo, musiałabym dawać jej 2/3 mojej wypłaty, pozostałą 1/3 na przedszkole i leki, a dzieci widywałam dwie godziny dziennie. No i wieczny stres, żeby wszystko pogodzić. Teraz też mam stresy, ale inne. Ambicja, rachunki itp. Jednak mam wrażenie, że mniej wszyscy się szarpiemy.

  3. Wspaniały tekst Dagmaro :):) Sama na szczęście mam już głęboko gdzieś to, co inni o mnie mówią. Szukam swojej drogi do szczęścia, nikt inny za mnie życia nie przeżyje 🙂

  4. Decyzja o pozostaniu w domu z dziećmi, najczęściej wynika z wyboru. Czasami też po prostu nie ma innego wyjścia, bo chociaż chciałoby się wrócić do pracy, to temat opieki nad maluchami jest z góry zaklepany. Mnie nie śmieszą, mnie wprost irytują teksty pod tytułem: ” ale ci fajnie, nie musisz pracować” , ” ty to masz dobrze, siedzisz sobie w domu”… Prowadzenie domu i wychowywanie dzieci to też praca. Ciężka i wyczerpująca jak ta na etacie, mogąca także dać kobiecie dużo satysfakcji i zadowolenia. Sęk w tym, by w tym wszystkim nie zapominać o sobie, o wyglądzie, rozwoju intelektualnym, o własnych potrzebach i ambicjach. Jedyny moim zdaniem minus tego wszystkiego jest taki, że kobieta decydująca się na pozostanie w domu, rzadko kiedy jest doceniana i rozumiana. Obecnie wszystko przelicza się na pieniądze, dlatego dopóki domowe czynności są wykonywane bez otrzymania wynagrodzenia, będą klasyfikowane jako nic nie warte. Nie masz pieniędzy za to co robisz? Znaczy nic nie robisz.

    1. Niestety, tak jest jak piszesz. I kobiety często później znajdują się w patowej sytuacji. Latami w domu nie rozwijają przecież swojej kariery, są zdanie na partnera, jeśli brak im przedsiębiorczości i środków, pomysłu na własny biznes. Smutne to, bo często dochodzi to tragicznych sytuacji. No i proszenie się o kasę, a przecież często podpierasz się nosem. No ale przecież nic nie robisz…

      1. Gorzej mają tylko pracujące kobiety u swoich mężów. Ani nikt nie docenia ich pracy w domu, ani w pracy. Tylko niezależność finansowa i osobne konta dają wolność. Ale nie każdy tak potrafi i nie każdy tak sobie wyobraża związek. Niektóre kobiety uważają, że wręcz partner powinien dominować finansowo i mieć ostatnie zdanie w sporze.

  5. Wszystkim ojcom, którzy uważają, że zajmowanie się domem i dziećmi to nie praca (choć nie dostaje się za to wynagrodzenia), polecam zostać z dziećmi na cały dzień lub na weekend bez mamy. Nic tak nie otwiera oczu jak własne doświadczenia. Małpi gaj czy sala zabaw to świetne miejsca na zabicie czasu i okazja by ojciec stał się bohaterem domu, ale potem trzeba wróć do rzeczywistości, zrobić obiad, posprzątać, przewinąć, położyć spać itp. A gdy dziecko ma zły humor, jest zmęczone czy chore, te zwykłe proste czynności są jak wejście na Rysy 🙂

    1. Myślę, że takich świadomych ojców jest wielu. To dlatego, że i oni nie są obojętni przemianom społecznym. I dobrze, bo wszyscy wiedzą, że choć bywają dni, kiedy można wszystko sprawnie ogarnąć, bywają i takie, kiedy zęby myje się o 13.

    2. Wiesz, ja nie uważam opieki nad dzieckiem i domem za pracę. To wakacje w porównaniu z trudną pracą. Jasne, że bywa męczące, ale to nadal nie ma z pracąnic wspólnego. To zwykłe domowe obowiązki, nic więcej. Mój partner na Twoje zdanie by się tylko zaśmiał, bo sporo czasu spędza z dzieckiem i nadal jest to dla niego mniej stresujące niż praca np. na infolinii.

      1. Tutaj pracownik infolinii – 10 lat – to allinclusive z drinkiem z parasolką w porównaniu z dzieckiem i domem na głowie 🙂 I jeśli ktoś spędza 10h w pracy a z dzieckiem 2 to szczerze? Nie ma pojęcia o tym, czym jest dziecko i dom. Codziennie. Przez rok, 20h na dzień. I nie powinien głośno nic na ten temat mówić. Tak jak ja nie piszę np. o pracy policjanta. Bo nic o niej nie wiem 🙂

        1. No widzisz, a mój facet woli 10 godzin z dzieckiem od 2 na infolinii. I co? Wracał z pracy niczym wrak. A teraz? Zajmuje się dzieckiem od kołyski, przewijał, karmił, robił zakupy i podcierał pupę, gdy ja na okrągło pracowałam tuż po porodzie. Żadne z nas by się nie zamieniło. 😀

          1. Wszystko zależy od dziecka i pracy (ale głęboka myśl :-)). Nasz młodszy syn (prawie 2 lata) jest bardzo „wymagający”. Bywają takie dni, ze po jednej godzinie w sobotę mam już wszystkiego dość. Non stop oczekiwania, pretensje, płacz i wszystko na już. A są też takie dni, że wieczorem czuję niedosyt, bo było taki miło 🙂

          2. Moja też jest bardzo absorbująca, 5 minut z nią to jak godzina z innym dzieckiem. Tylko jako niemowlak była spokojna. Odkąd nauczyła się chodzić, klękajcie narody. Awantura o ubieranie, o rozbieranie, o kąpiel, o wyjście z kąpieli, o zabawę, o bajkę, o wszystko. 😉

  6. Zachwycił mnie ten tekst. Jestem mamą „siedząca” w domu. Do pracy nie mam zamiaru wracać. Ktoś może pomyśleć, że nie mam ambicji. To jednak nie jest prawdą. Ciągle myślę o czymś, co będzie moje, chce sama być sobie szefem. Jest mi w domu dobrze. Podobnie jak Ty jestem lekarzem, psychologiem, bibliotekarzem itp. Spacer jest czymś co uwielbiam. W ciągu dnia nie mam czasu dla siebie,ale poświęcając się dzieciom w ciągu dnia, swój czas mam od 20 kiedy idą spać. Kocham ich, kocham męża, kocham ŻYCIE i kocham tego bloga. Miłego dnia.

      1. Dziękujemy 🙂 Te spacery sprawiają, że mam okazje sie ubrac z dresu w jeansy 😉 Ostatnio przeczytałam tu dużo wpisów, ale nie trafilam akurat na recepte na tak plaski brzuszek 🙂 poprosze… 🙂

      1. Jak się ma taką pracę. W korpo często nie ma takiej opcji. A co z osobami np. pracującymi w sklepach? Nie każdy zawód da się wykonywać na własną rękę.

        1. Nadal praca nie zwalnia od obowiązków domowych. Mama pracująca też często gotuje, sprząta i tak dalej. Po prostu robi na dwóch etatach, o ile ma pecha do partnera. U nas na szczęście króluje gender i ja w zasadzie tylko zmywam i piorę swoje ciuchy i dziecka, partner gotuje, robi zakupy, zabiera dziecko na plac zabaw i pierze swoje rzeczy. Myślę że mu kurowanie domowe nawet trochę pasuje. Na pewno bardziej niż dwie godziny w pociąhu i praca w ciągłym stresie na śmieciówce.

  7. Wydaje mi się, że w tym wszystkim kluczowy jest wybór. Najgorsze siedzieć w domu z musu, bo jest się na utrzymaniu męża, ale mąż zarabia za mało,żeby starczyło na służbę. W domu nie pomaga, bo uważa, że skoro pracuje cały dzień, to reszty nie musi robić. Trochę racji ma, ale nie do końca. Żebym jeden taki związek widziała. Rok za rokiem mija, frustracja rodzicielki rośnie, koleżanki robią kariery, dzieci oddają do żłobka, a ona siedzi w domu i gnije. I od lat nie kupiła sobie żadnej sukienki, bo o każdą rzecz musi pytać męża. To jest chore, ale to bardzo częsty scenariusz prekariatu nabitego w rozmnażanie. Niby jest równouprawnienie, ale nagle się okazuje,że niekoniecznie. Dlatego kocham swoją pracę, niezależnie od partnera (który na szczęście trafił się normalny i mogę na niego liczyć). Mam swoją kasę, nie muszę się tłumaczyć z wydatków, nikt mi dwudziestej kiecki nie wypomni, ani drogiego ciucha dla dziecka. Tak lubię, ale szanuję wybór innych kobiet, o ile rzeczywiście jest on wyborem, a nie dorobieniem ideologii do czegoś, na co nie miały żadnego wpływu.

      1. Toteż nie krytykuję, tylko dla mnie wybór siedzenia w domu to mit. Większość kobiet siedzi w domu, bo musi i ma przekichane. Dorabianie do tego ideologii, że tak wolą, że tak chcą, że tak jest lepiej dla nich i ich rodzin to fikcja. Tak naprawdę nieliczny odsetek kobiet świadomie zrezygnował z pracy, by zająć się dziećmi. W praktyce po prostu nie dało się inaczej. Każda, która ma realny wybór i możliwości, na jednej nodze wraca do pracy.

        1. Ja się z tym totalnie nie zgadzam. Nie miałam wyboru bo dla mnie to był jedyny wybór i świadoma decyzja. Zawsze jest inna opcja. Nie uważam, że ktokolwiek ma przekichane siedząc w domu i marzy o szybkim powrocie do pracy. Ja swoich dzieci nie „wyplułam” na szybko, żeby tylko oddać je nianiom i instytucjom. W imię czego? Kariery? Poczeka. No chyba, że ratujesz życie ludzkie i pracujesz nad wynalezieniem szczepionki na raka. Inaczej to te za przeproszeniem kariery nie są warte chwili bycia z nowonarodzonym dzieckiem, która nigdy nie minie. I tak, jest tak lepiej dla dziecka. Współczuję tym, które widzą swoją matkę godzinę dziennie. Otaczam się chyba innymi ludźmi, bo moje koleżanki i przyjaciółki z bólem serca wracały do pracy. Musiały, bo trzymały je kredyty. Nie było to na zasadzie „na jednej nodze”.

          1. A miałaś szansę na karierę? Czy pracowałaś przed ciążą za niską kwotę lub byłaś bez pracy?

          2. Miałam karierę. Pracowałam dla firmy Google. Zarobki 5 cyfrowe i kierownicze stanowisko, możliwości właściwie nieograniczonego rozwoju.

          3. Czyli de facto nie pracowałaś w Polsce i nie masz pojęcia o problemach typowej Polki. Nie ma o czym gadać.

          4. Ale to nie ma nic wspólnego z życiem zwykłej kobiety w Polsce. Żyjesz w bańce i nie masz pojęcia o świecie.

        2. Ciekawe na czym opierasz swoją tezę ze nieliczny odsetek kobiet świadomie rezygnuje z pracy by zająć się dziećmi? Na tym że Twój wybór był inny? Piszesz ze widziałaś niejeden związek gdzie kobieta zajmuje się dziećmi jednocześnie pozostajac na utrzymaniu męża. Ale dlaczego zakładasz że to nie jest wybór tylko mus? Dlaczego zakładasz że niezależność finansowa dla tych kobiet jest ważniejsza niż 2-3 lata spędzone w domu z dzieckiem? Dlaczego z góry zakładasz że takie kobiety są nieszczęśliwe? Przecież gdyby chciały mogłyby wrócić do pracy „na jednej nodze” a dziecko oddać do żłobka. Większość z nas może dokonać wyboru tak żeby było mu dobrze. Tylko dlaczego zaraz krytykujemy i oceniamy tych którzy wybrali inaczej? Mamy które pracują zarzucają tym domowym ze gniją, mają przekichane i na pewno były zmuszone do zajmowania się własnym dzieckiem a te domowe uważają matki pracujące za wyrodne. Mnie właśnie kończy się urlop rodzicielski i będę korzystać z wychowawczego. Bo tak chcę. Chce byc w domu z moimi dziecmi. Nikt mi nie każe. Możesz mnie dodać do tego odsetka świadomych:) A do zawodu wrócę,moje życie nie kończy się tu i teraz. Mam kilkunastoletnie doświadczenie, troje dzieci, wiem czego chcę. Myślę ze takich kobiet jest więcej niż Ci się wydaje:)

          1. Wybór jest wtedy, kiedy kobieta ma świetną i dobrze płatną pracę z możliwością awansu, a rezygnuje z niej dla dzieci. A nie wtedy, gdy zarabia 700zł w Biedronce i wielka dama z pracy rezygnuje, a mąż tyra na trzech etatach,albo w tartaku w Norwegii, by ją i dzieci wyżywić, a sam tej rodziny prawie nie widuje. Czujesz różnicę? Wybór jest wtedy, kiedy się go ma, a nie musi zostać w domu z braku lepszych perspektyw. 1/3 polskich matek jest bezrobotna. Zaręczam Ci, że nie z powodu wyboru, ale z braku możliwości oddania dziecka do placówki lub z braku możliwości znalezienia sensownej pracy, z której nikt jej nie wywali ze strachu, że zajdzie w kolejną ciążę i zniknie na rok.

          2. Mam nieodparte wrażenie, że wrzucasz kobiety pracujące w Biedronce na półkę nieambitne, leniwe damulki. Nie każdy jest stworzony do kariery, nie każdy mieszka w dużym mieście, w końcu nie każdy miał szansę na wykształcenie. A coż złego jest w tartaku w Norwegii i tradycyjnym podziale ról? Jeśli komuś tak jest dobrze? Możliwe, że wychowanie dzieci jest lepszą perspektywą. Zaręczam Ci, że Twoje poglądy są krzywdzące. Przynajmniej dla tych, którzy egoistycznie nie wrócili na jednej nodze do pracy udając, że w ich życiu nic po urodzeniu dziecka się nie zmieniło.

          3. Nie zgodzę się Tobą. Dla przykładu dla mnie oddanie dziecka do żłobka lub pod opiekę niani było oczywiste do chwili kiedy zwiedziłam kilka takich placówek i przeprowadziłam kilka spotkań z ewentualną opiekunką. I nagle stało się dla mnie jasne, że nie chcę go zostawiać gdzieś z kimś na większość część dnia. Uświadomiłam sobie to o czym już wcześniej pisałam, ze moja praca może poczekać. Mogę sobie pozwolić na bycie w domu z dziećmi. Czy dla Ciebie rola matki ogranicza się do wydania na świat potomstwa a następnie oddanie go na wychowanie państwu? Dziecku nie są potrzebne Twoje miliony na koncie jeśli Ciebie przy nim nie ma. Nie podoba mi się że dzilisz ludzi na tych bogatych na wysokich stanowiskach i resztę. Tym pierwszym dajesz prawo wyboru a odmawiasz go innym. Podajesz dane z sufitu, wiesz ilu jest bezrobotnych mężczyzn? Ta liczba jest niewiele niższa od liczby bezrobotnych kobiet. Jaki z tego wniosek? Mężczyźni nie zachodzą w ciążę, nie rodzą, niewielu korzysta z uprawnień rodzicielskich, z zasiłku opiekuńczego. Nie w tym tkwi problem. A poza tym chyba nie o tym jest ten post. Mamy które podjęły decyzję o pozostaniu z dziećmi w domu odwalają kawał dobrej roboty nie oglądając się na innych i nie oczekując, aż ktoś ich w tym wyręczy. To się nazywa świadome macierzyństwo. Ponieważ mamy inne priorytety patrzymy w inne strony chyba nie ma sensu dalej ciągnąć tego tematu. Pozdrawiam.

          4. Nie mówię o żłobku, tylko o przedszkolu bardziej, ale. Żłobków tak naprawdę nie ma, nieliczni się tam dostają z braku miejsc. We Francji masowo dzieci oddaje się do żłobków i jakoś nikt nad tym nie płacze. Polska matka jest nadopiekuńcza i na własne dzieci zwala swoje życiowe niepowodzenia. Nie ma porządnej pracy? Nie, skąd, poświęca się dla dziecka. Nie szuka jej nawet? Ona kocha dziecko bardziej, więc musi z nim siedzieć do matury. Oczywiście, kiedy dziecko idzie do szkoły, rwie włosy z głowy, bo wreszcie skończą się wymówki, że nie pracuje dla niego. Ja podaję suche statystyczne fakty. 1/3 polskich matek jest bez pracy i to jest fakt. Bo tak wybrały? Akuracik.

          5. Francuski należą do najbardziej nieczułych matek chyba na świecie. Jest o tym wiele publikacji. Nie wiem czemu mamy z nich brać przykład? Martwić się tylko o rozmiar talii i o to, żeby dzieci „nie przeszkadzały”. Jeszcze raz pytam – po co komu dziecko, skoro tylko przeszkadza?

          6. A dlaczego nie? Czy Francuzi są nieszczęśliwymi ludźmi? Nadętymi i obrażonymi na cały świat, tak jak Polacy, chowani przez nadopiekuńcze matki? Raczej przeciwnie. 🙂 Są badania naukowe, które mówią, iż dzieci matek pracujących są o wiele szczęśliwsze od dzieci matek niepracujących. Powód? Cicha frustracja, której kobiety spędzające żywot w domu nawet nie są świadome. Zatruwają życie sobie, a zaraz potem dzieciom, nawet nie wiedząc o tym.

          7. Tak samo jak badania, które mówią o dzieciach odrzuconych przez matki. Nie odpowiedziałaś na pytanie – skoro kariera ważniejsza po co to dziecko?

          8. Lavinka ma racje, nkje sasiadki niepracujace od lat sa tak sfrustrowane, ze mają wpasna2 klike, a jak sie zagaduje to mowia, by im nie mowic nawet dzien dobry, sa niemile, jak jedna pytalam czym zgrzeszylam, ze tak sie odzywa powiedziała, ze to stalking i poda mnie na policję, bo ona nie chce rozmawiac z wygodnymi kobietami, ktore poszły do pracy:( A niestety jej dzieci orlami tez nie sa

          9. Kamila, jest dużo więcej. Ja jestem jedną z nich. Moje dzieci będą małe kilka lat, a pracuje się kilkadziesiąt. Poza tym zastanawiają mnie kobiety, które z wyboru natychmiast wracają do pracy. Po co im było to dziecko? Bo już czas był? Bo wszyscy mają? A może taki trend i modnie mieć? Presja rodziny? Nie kumam. Szanuję obie strony, ale nie lubię wrzucania do wora nieambitne i leniwe. Każdy wybór ciężki, ale własny przecież. Odkąd mam dzieci nie mogę myśleć tylko o sobie, jestem odpowiedzialna. Robię tak, żeby nikt nie ucierpiał.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *