www.calareszta.pl

Nasze życie to ciągły wyścig. Za pieniędzmi, za karierą, za mieszkaniem, za samochodem, nawet za mężem. W momencie, kiedy dowiadujemy się o ciąży, rozpoczyna się szaleńczy wyścig naszego dziecka. Musi sprostać wymaganiom poradników, koleżanek i oczekiwań sąsiadkowego świata. W końcu już w momencie urodzenia dostaje przecież punkty. Wychowanie dziecka to codzienne porównania.

I ja na początku dałam się wciągnąć w ten wyścig. Do pewnego etapu czytałam poradniki, porównywałam, sprawdzałam. A potem wszystkie je spakowałam i dałam koleżankom w ciąży. Gdybym się nimi przejmowała, chyba bym osiwiała! U mnie NIC nie było tak, jak w książce. Po pierwszej nocy przepłakanej przed komputerem, nie szukałam absolutnie żadnych odpowiedzi w Internecie. Moje dzieci według Internetowych ekspertów były umierająco chore, w najlepszym razie niedorozwinięte. Słuchałam tylko lekarza. Jak powiedział, że mam iść na rehabilitację, to poszłam. Jak zauważyłam coś niepokojącego u dzieci, pytałam.

Dzieciaki bardzo szybko nauczyły się jeść widelcem. Po prostu przy karmieniu ciągle mi go wyrywali, marudzili, pokazywali jak umieli, że chcą sami, więc kupiłam plastikowe i dałam do ręki. Nauczyli się momentalnie. A mieli wtedy niewiele ponad rok. Nikomu nie mieściło się to wtedy w głowie, ludzie mi gratulowali. A przecież nie zrobiłam nic oprócz odrobiny obserwacji i odwagi.

Ze smoczkiem pożegnaliśmy się przed pierwszymi urodzinami. Nie ze względu na przekonania, czy podpowiedzi mądrych książek. Z wygody. Dominik budził się 30 razy w ciągu nocy, za każdym razem, kiedy mu ten smoczek wypadł. Dziewczynki miewały niespokojne noce, do tego karmienie i na sen dla nas dużo czasu nie zostawało. Tak więc pozbyliśmy się smoczka. Dla siebie.

Przygodę z nocnikiem zaczęliśmy jak dzieci miały dwa lata i siedem miesięcy. Męczyliśmy ten temat pół roku. Wiedzieliśmy, że nie możemy się poddawać, choć było mega ciężko. Kto musiał zmienić w ciągu jednej nocy 5 razy pościel, 5 razy wykąpać przemoczone dziecko, zmienić mu ubranie i ponownie uśpić, ten może wie, co mam na myśli. Do teraz myślę, że dzieci nie były gotowe, choć już wszyscy naokoło uważali nas za rodziców patologicznych, a nasze dzieci za opóźnione. Dwa i pół roku i dalej w pieluchach? A ja po prostu obserwowałam dzieci i uważałam, że to nie ta pora. Nie przejawiały też absolutnie żadnego zainteresowania nocnikiem, toaletą, ani samodzielnością w tym zakresie. Sami też nie byliśmy gotowi na kolejne nieprzespane noce. Dlatego czekaliśmy. Nie przejmowałam się mitami o przedszkolu – żadne przedszkole nie ma prawa odmówić przyjęcia do placówki dziecka, które samodzielnie nie korzysta z toalety (informacja potwierdzona przez kuratorium w Krakowie).

Siadanie, raczkowanie, chodzenie, wzrost, waga – miałam to wszystko w głębokim poważaniu. Czy jestem nienormalna? Mało troskliwa? Czy jestem złą matką? Nie. Od początku miałam w domu trzy egzemplarze, trójkę zupełnie różnych dzieci, choć przecież urodziły się minuta po minucie, mają te same geny i stosujemy te same metody wychowawcze. Każde dziecko jednak na każdą rzecz reagowało inaczej. Mimo identycznej diety, jedno miało kolki, drugie nie. Jedno raczkowało, dwójka nie. Dwójka uwielbia pomidorówkę, trzecie nie. Dziewczynki bardzo szybko były na 90 centylu wagowo, a Dominik jest drobny. Nawet gdyby był najmniejszy w przedszkolu, nie martwiłabym się. Może po prostu będzie bardzo szczupły, jak jego wujkowie?

Są dorośli, którzy nigdy nie będą mieli prawa jazdy. Próbowali, ale się nie udało, nie potrafią pokonać strachu, nie potrafią się nauczyć. Powodów może być wiele. A przecież żyją, są szczęśliwi. Mają inne umiejętności. W szkole podstawowej moją zmorą był WF. Bardzo długo śnił mi się skok przez kozła. Oprócz nauczycielki, nikt z tego nie robił problemu, rodzice mnie nie zmuszali, nie ośmieszali, nie porównywali. Mama nawet przymknęła oko na to, że przestałam nielubianej Pani od WF mówić “Dzień dobry” jak wyszłam z podstawówki (a była to przecież jej koleżanka po fachu, z jednej szkoły). Kto by pomyślał, że 20 lat później przebiegnę maraton? Może jakby mnie zmuszali, do dziś sport byłby dla mnie traumą?

To, że podobno mówiłam i chodziłam przed pierwszymi urodzinami też nie miało znaczącego wpływu na moje życie. Nie wynalazłam prochu, chodziłam tak samo jak inni do podstawówki, liceum, a potem na uczelnię. Niczym szczególnym się nie wyróżniam.

Na tym nie przejmowaniu się chyba nieźle wyszłam. Do czwartego roku życia usypialiśmy dzieci. Jasne, że zazdrościłam innym rodzicom, kiedy opowiadali, że dają buzi, mówią dobranoc i wychodzą z pokoju, po czym dziecko grzecznie zasypia. Moje dzieci chyba by się utopiły w morzu własnych łez, gdybym tak zrobiła. Zawsze jedno z nas musiało głaskać, śpiewać (kto jeszcze nie wie, śpiewam zwykle “Lulajże Jezuniu” (sic!) i usypiać. Nieraz o tym dyskutowaliśmy i oboje uważaliśmy, że dzieci po prostu nie są na ten krok gotowe. Dalej więc robiliśmy swoje, olewając troski „życzliwych”. Aż do momentu, kiedy nadeszła właściwa pora. Pamiętając o dramacie z odpieluchowaniem, nastawialiśmy się na długą i ciężką batalię. A tu kolejna niespodzianka – od pierwszej nocy dzieci usnęły w przeciągu 10 minut. Wniosek – to był dobry czas, aby ich tego nauczyć.

Wniosek jest jeden – wychowanie dziecka to nie tor wyścigowy. Dziecko przychodzi do uporządkowanej już rodziny, nie wymaga od nas drastycznych poświeceń. Uwagi, miłości, rozwagi, cierpliwości, czasu, spokoju – tak. Stawania na głowie, szaleństwa i próbowania na siłę wpisać go w poradnik i sztywne normy – nie. Nie dajmy się zwariować, rodzice.

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:

  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i butów!
Written by calareszta.pl