Wróg publiczny numer jeden. Katar.

Sezon chorobowy w pełni, co krok czytam historie rodem z horroru, w których główną rolę gra wróg publiczny numer jeden. Katar. Te dramatyczne postulaty, żeby z katarem dziecka nie posyłać do przedszkola i do szkoły. Ech. Ten straszny, demoniczny katar, od którego można umrzeć, a przynajmniej zarazić się groźną chorobą. A przecież wystarczy pięć kurtek, reklamówka leków i dwa tygodnie w domu i samo przejdzie!

Cieszę się, że istnieją miejsca, w których dziecko z katarem nie jest dzieckiem obłożnie chorym, które musi przesiedzieć w domu, najlepiej pod ciepłą kołdrą, przynajmniej z dziesięć dni. Kwestia opieki nad nim pozostaje drugorzędna. Przecież zawsze „ktoś się znajdzie”. Gorzej, jeśli się nie znajduje.

Jasne, kumam. Szlag Cię trafia, jeśli właśnie dwa tygodnie przekiblujesz z chorym dzieckiem w domu, w końcu dmuchając i chuchając, zaprowadzasz do przedszkola, a tam w szatni obok Ciebie dziecko właśnie wymiotuje od kaszlu, a jego matka twierdzi, że się zakrztusiło. A inna mamusia podaje antybiotyk. W samochodzie przed przedszkolem zbijanie gorączki, w szatni dawka antybiotyku i może dziecko kilka godzin pociągnie, a matka zrobi co ma zrobić, zanim zadzwonią z przedszkola, że dziecko chore. Kumam. Wiem, jak to jest, bo widziałam takie akcje na własne oczy. 

Rodzice często nie robią tego ze złej woli. Robią tak, bo nie mają wyjścia. Zwolnienie z pracy ze względu na opiekę nad dzieckiem to nadal jest tylko pięknie wyglądająca teoria w wielu miejscach pracy. Byłam w takiej sytuacji, kiedy w młodym zespole, moja bezdzietna szefowa nie kumała tego, że opieki nad trójką stale chorych dzieci nie da się łatwo „skombinować”. Nie kumała też tego, że kiedy zostajesz matką, Twoje priorytety bywa, że się zmieniają, i dedlajny to ja miałam w nosie, kiedy moje dziecko pół nocy wymiotowało. Po prostu nie kumała tego, że kariera jest dla mnie w taki dzień na ostatniej pozycji, gdzieś daleko za zdrowiem dziecka, wizytą u specjalisty, posprzątaniem nocnego bałaganu, kilkoma godzinami snu i przeżyciem kolejnej doby. I taka sytuacja jest w wielu domach. Co nie jest oczywiście żadnym wytłumaczeniem dla przyprowadzania ledwo żywego dziecka do żłobka, przedszkola czy szkoły. Ale już w moich oczach jest akceptowalna dla dziecka ze zwykłym katarem, który nie jest zwiastunem niczego gorszego. Katar jest WSZĘDZIE. Nie uciekniesz od niego, choćbyś zamknął dziecko w domu na cztery spusty. W sklepie, w aptece, w pracy, masz stale kontakt z osobami, które mogą Cię zarazić. Jak te żołnierzyki ze zdjęcia, nie jesteś w stanie wszystkich z katarem powystrzelać. Takie uroki zimy. 

Jako matka trójki aż dzieci, bardzo szybko wiedziałam, czy wymioty są od czegoś, co się zjadło, nic ich nie poprzedza, nic się nie dzieje po, nie ma żadnych objawów towarzyszących, a dziecko po pawiu domaga się bułeczki. Jako matka, bardzo szybko wiedziałam, czy jednorazowa biegunka jest nieszkodliwa, czy jest wstępem do rota. Bardzo szybko też potrafiłam rozpoznać kaszel, który budził mnie w nocy. Groźny czy niegroźny, wiedziałam praktycznie automatycznie i bezbłędnie.

Chyba każdy rodzic poznaje, czy dziecko ma temperaturę, czy ten kaszel to jest tylko od chrypki, czy już od dróg oddechowych i czy katar jest zwykłym przeziębieniem, czy też zielonym glutem do kolan, świadczącym o chorobie. Jest to tylko i wyłącznie kwestia chęci i szczerości w stosunku do samego siebie. A jeśli rodzic tego nie wie, to jego zakichanym obowiązkiem jest wizyta u lekarza, który pomoże mu to stwierdzić. W Krakowie chodziłam do wielu specjalistów, którzy głośno mówili – katar w zimie po prostu jest i będzie. I koniec. Na katar się nie umiera. Bali się bardziej biegunek, kaszlu i innych „delikwentów”.

Chyba każdy z nas chce dobra swojego dziecka i widzi, kiedy ono po prostu przelewa się przez ręce i nie ma serca, żeby w takim stanie, dziecko, które zwyczajnie źle się czuje, wlec na kilka godzin do placówki, w której będzie ono ciągane od zajęć do zajęć. Nie ma sensu wieź dziecka do przedszkola licząc na cud. Tam na pewno nie wyzdrowieje! Serio, nie ma sensu próbować. 

Nie róbmy jednak z dzieci z katarem obłożnie chorych. Są dzieci, które mają katar zawsze. Są dzieci, które nie są w stanie usiedzieć z katarem w miejscu. Są dzieci, które tak bardzo wszystko „łapią”, że gdyby z każdym katarem zostawiać je w domu, trzeba by po prostu wypisać je z przedszkola lub szkoły. Są w końcu dzieci, które kataru w ogóle nie zauważają i on zwyczajnie im nie przeszkadza. Nie powoduje obniżenia nastroju, nie spowalnia i bynajmniej nie odrzuca od jedzenia, psikusów i chęci zabawy.

Są rodzice, którzy twierdzą, że katar jest zawsze sygnałem choroby. Ano nie jest. Na przykład moje dzieci mają zawsze po kąpieli w basenie lub zimnym morzu katar. Mija po dwóch dniach i absolutnie nic nie znaczy, choć z boku może wyglądać kiepsko.

Tutaj, gdzie mieszkam teraz, w sezonie zimowym wszystkie dzieci miały katar. Wszystkie. I wszystkie, jak jeden mąż, biegały po trawie na boso, bez czapeczki, bez kurtki, a bywało, że temperatura nie przekraczała 12 stopni, a my, dorośli, byliśmy zapakowani w kurtki i szaliki. Z zimna jeszcze nikt nie umarł, to tylko śpiki, muszą się uodpornić, padały zdania od matek, babć i nauczycielek, choć bywało, że ten katar był zielonym glutem. Kiedy raz córka z katarem dodatkowo poskarżyła się na ból głowy, nauczycielka zadzwoniła z tą informacją, ale jednocześnie powiedziała, że wszyscy są zakatarzeni i żebym podała jej na wieczór syrop i może coś przeciwgorączkowego i niech sobie odpocznie, do jutra pewnie przejdzie. Oj tam, oj tam, taka zima, wszyscy mają gluty, skwitowała. Zachowuje się normalnie, nic jej nie jest. Co dziwne, żadne z moich dzieci nie było w tym roku chore, żadne nie brało w tym roku lekarstw, zapomnieliśmy co to inhalacje, antybiotyki, probiotyki. I kiedy rozglądam się naokoło, inne dzieci też były okazami zdrowia. Jasne, miały katar raz czy dwa, ale na tym się to skończyło. Ja też miałam katar. Nie położyłam się jednak do łóżka, nie spisywałam testamentu i nie faszerowałam się chemią. Samo przyszło, samo przejdzie, jak to mówią, katar leczony trwa tydzień, nieleczony siedem dni. Możliwe, że w Australii (i z tego co wiem to samo jest w UK, w Niemczech, w Kanadzie) panuje moda na zimny chów, a może to po prostu zdrowy rozsądek? Przecież kiedyś trzeba dać organizmowi szansę na samodzielną walkę. Nie da się leczyć KAŻDEGO kichnięcia! Dlaczego dzieci w Polsce tak bardzo chorują, choć dmucha się na nie i chucha, a tutaj wręcz przeciwnie i nie chorują? Mój mąż, Australijczyk, zawsze żartował, że przemysł farmaceutyczny w Polsce kwitnie. Za każdym razem, kiedy poszedł do lekarza, dostawał siatkę lekarstw, od witamin, probiotyków, po kropelki na kaszel, syropki, pastylki i tak dalej. Nie mówiąc już o zwolnieniu przynajmniej na tydzień! A miał tylko ostrzejsze przeziębienie i po dwóch dniach w domu wracał do pracy. 

Wiem, że okaże się to może szokujące, ale tutaj dziecko posyła się do przedszkola NA ANTYBIOTYKACH, twierdząc, że tylko wtedy ma wystarczającą ochronę przed chorobami i może nabrać odporności. To samo tyczy się przeziębień. Zamiast stale rozwieszać karteczki w szatni i na zebraniach straszyć konsekwencjami przysyłania dzieci z katarem do placówek, może czas zaakceptować ten fakt i zwyczajnie przestać bać się kataru, jakby co najmniej był śmiertelną epidemią. A rodziców, którzy zwyczajnie robią sobie jaja, brać na stronę i tłumaczyć, czym grozi posyłanie dziecka, które ledwo żyje do placówki? Może warto edukować dzieci jak przestrzegać higieny? Myć ręce, chusteczki wyrzucać do kosza, kichając zamykać usta, nie całować kolegów, itp.? Może warto w domu dbać o odporność, nie przegrzewać i dbać o higieniczny tryb życia, na czele z dietą i aktywnością fizyczną? 

Śmieszyła mnie konieczność przynoszenia do przedszkola zaświadczeń, że dziecko jest zdrowe. Przykro mi, ale z dzieckiem, które dwa razy zakaszlało, nie pójdę w sezonie chorobowym do lekarza, żeby zaraziło się od dzieci chorych, tylko po to, żeby do przedszkola zanieść świstek, który po 3 minutach od wyjścia z gabinetu traci ważność. Demonizujemy przedszkole, żłobek i szkołę, a dzieci zarażają się tak samo pięknie w supermarketach, salach zabaw i w kinie. Taki urok chorób. Dziecko znajomych zaraziło się od ojca, który z pracy przyniósł chorobę. Rozumiem, że dorośli też powinni z katarem zostać w domu? 

Każdy wie, jak wygląda chore dziecko. Ma gorączkę, jest apatyczne, ma podkrążone, szkliste oczy, nie ma apetytu i jest rozdrażnione. Tak samo jak i dorośli, powinno w takim stanie zostać w domu, odpocząć, nabrać sił, być pod obserwacją rodzica, który zdecyduje, czy to choroba, którą trzeba skonsultować z lekarzem i leczyć, czy tylko niegroźnie przeziębienie.

Są rodzice, którzy twierdzą, że innym zawsze się wydaje, że ich dziecko nie jest chore i skąd, będąc laikiem, wiadomo, że ten akurat katar jest zwiastunem choroby, a inny nie?

Moje dzieci chorowały non stop przez dwa lata, w wieku od 2 do 4 lat. Wyrwałam sobie wtedy prawie wszystkie włosy z głowy, zrezygnowałam w końcu z pracy, bo moje nieobecności w pracy stały się częstsze niż dni, w których w pracy byłam, jeździłam po sanatoriach, odwiedziłam  chyba wszystkich liczących się laryngologów i pediatrów i wydałam małą fortunę na leki. Po jakimś czasie, po rozmowach z lekarzami, po wnikliwej obserwacji moich dzieci, po wielu przebytych katarkach, przeziębieniach, a w końcu chorobach dużego kalibru, typu zapalenie płuc, po prostu wiedziałam, który kaszel i który katar nie wróży nic dobrego, a który można zignorować. Nie byłabym w stanie z każdym prychnięciem biegać do lekarza! To z resztą, w Krakowie, w sezonie, nie było do końca możliwe na zawołanie. I żadne piorunujące spojrzenia innych, oburzonych moim dzieckiem opróżniającym nos, matek, nie były w stanie zmienić mojej diagnozy. Jak się coś rozwijało, to nie puszczałam do przedszkola, a wolałam trzymać w domu, bo i tak miałam dwóch innych osobników, którzy łapali prędzej czy później i jeśli zadziałałam szybko, poważniejszej choroby udało się uniknąć. 

Sam katar nie był jednak dla mnie nigdy chorobą. Dzieci muszą w jakiś sposób nabyć odporność i rzeczywiście, z perspektywy czasu, myślę, że większość dzieci musi swoje „wychorować”. Nie da się dzieci trzymać pod kloszem, w zimie zawijać w trzydzieści warstw i od pierwszego wiaterku zakładać czapkę, nawet jeśli nadal jest 20 stopni i wrzesień. Nigdy tak nie robiłam, sweter u mnie w domu to nie jest coś, co zakładam dziecku, jak mnie jest zimno. Dobrze na tym wychodziliśmy. Bywało jednak, że po chorobach,  szczególnie w okresie zimowym, kiedy zarazki i bakterie można wręcz było zobaczyć, jak wirowały w żłobkowo-szkolnej atmosferze, czasami po jakimś mało znaczącym objawie, zapalała mi się lampka matczynej intuicji i leciałam osłuchać dziecko. I jak najbardziej polecam – wszystko, co budzi niepokój, warto skonsultować, nie na forum w necie, a w gabinecie u lekarza. Nawet jedną podejrzaną kropeczkę, czy „brzydki” kaszel. Wolno Ci. Nie ma czegoś takiego jak przewrażliwiona matka, bo lepiej, moim zdaniem, dmuchać na zimne i nikomu nic do tego, że martwisz się o swój cud świata.

Nie bój się jednak każdego kataru. I ponad wszystko, szanuj swoje dziecko i innych rodziców. Jeśli Twoje dziecko wymiotuje, ma biegunkę, gorączkę i słania się na nogach – nadaje się do przychodni, a nie do przedszkola. Olewając to, robisz krzywdę dziecku, innym dzieciom i świństwo ich rodzicom.

Zdjęcie: źródło

Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:

– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

19 komentarzy

  1. Mam wrazenie, ze my w kraju bardzo, bardzo mocno chuchamy na nasze dzieci i jako dorosli sa stale chore. Zupelnie inna jest kultura anglosaksonska. Akurat mieszkam na emigracji (we Francji) i Francuzi tez maja podobny wychow jak my. Ale za to Anglicy, biegaja w podkoszulkach po mrozie i nigdy nie jest im zimno…. Ale tez rzadziej choruja… Bo okazuje sie, ze mozna przestac sie bac i sie zahartowac. Pozdrawiam serdecznie Beata

  2. Super jak zwykle! I muszę napisać że Polska jak powiedział Twój mąż jest przeładowana lekami uświadomiłam sobie to dopiero mieszkając w Irlandii tu nie ma reklamówki leków po każdej wizycie u lekarza nie dają syropków i innych witaminek jeśli jest temperatura u dziecka to mówią kupcie CALPOL i obserwujcie jeśli będzie się działo coś niepokojącego wróćcie A jak jestem w Polsce to jestem bombardowana reklamami leków na różne schorzenia i dolegliwości nawet takie o których nie słyszałaś nigdy przez 40 lat swojego życia I myślisz sobie ja muszę to kupić może to się przyda i masz po 10 minutach takich reklam wszystkie dolegliwości i braki różnych witamin które musisz uzupełnić natychmiast A wracając do kataru to moje dzieci mają go właściwie non stop w ogóle nie wychodziły by z domu gdyby to była choroba nie mogłyby chodzić do szkoły i przedszkola Życzę zdrówka dla Waszej rodzinki i nie dajmy się zwariować bo katar to nie choroba

    1. Może mają alergię, może warto to sprawdzić, po co się mają męczyć, a Ty lubisz chodzić non stop z katarem?

      1. Eugenia, dlaczego skasowałaś poprzedni komentarz? Rzeczywiście, nie jestem lekarzem, a rodzicem. I mogę nie znać się na medycynie, prawie, czy dietetyce. Co nie oznacza, że nie mam oczu i nie widzę, co się dzieje. A wiele matek w PL nakazałoby dzieciom co najmniej od września do maja siedzenie w domu. Oczywiście pod ciepłą pierzyną. Tymczasem na świecie już to tak dawno nie wygląda. I dzieci NIE CHORUJĄ, choć wydawać by się mogło, że przecież są ciągle NARAŻANE na nie wiadomo co. Może też warto to przemyśleć?

        1. To chyba ten disqus nawala, bo cały czas znika komentarz, a słowo daję, że się uparłam i wklejałam go na nowo.Temat jest dość grząski. Jestem przeciwna demonizowaniu kataru, ale też jako mama starałabym się wyjaśnić przyczynę, bo może być fizjologiczny, może być naczynioruchowy, a może też zwiastować grypę na przykład i dlatego nie wolno kataru lekką ręką bagatelizować(częstym powikłaniem kataru jest też zapalenie ucha). Natomiast hartowanie, nieprzegrzewanie, nieprzesadzanie z sterylnością jak najbardziej! Jestem za tym, żeby zapobiegać! Szczepienia i te sprawy 🙂 Artykuł spoko, zdroworozsądkowy 🙂 w komentarzu było parę merytorycznych, absolutnie niezłośliwych uwag odnośnie użytych pojedynczych pojęć, a nie do całego artykułu, z którym się zgadzam. A chciałam to wyjaśnić, bo cały czas słyszę powielane błędy i w pracy i w internetach. Otóż ludzie klasyfikują przeziębienie jako dolegliwość nie wiadomo skąd, a to regularna choroba wirusowa, można się zarazić. Druga uwaga co do zielonego gluta-to nie oznaka, że choroba jest poważna, a raczej, że leukocyty wkroczyły do akcji, nie ma nic wspólnego z bakteriami. Początkowo katar jest bezbarwny, wodnisty, surowiczy, wtedy są wydalane duże ilości wirusów z organizmu (pytanie, czy warto hamować taki katar, skoro to jeden z mechanizmów samooczyszczania). Potem przechodzi w drugą fazę, zmienia się w gęsty, ropny-efekt „pracy” leukocytów. No i trzecia uwaga do dorosłych, którzy zamiast odchorować na zwolnieniu, łażą do pracy i zarażają resztę. Ech. Noo

  3. To ma nawet odbicie w języku – słowo „smarkacz” jako określenie małego dziecka nie wzięło się z powietrza.

  4. Katar katarowi nierówny, może być po zupie a może być też objawem grypy. Przeziębienie to choroba wywołana przez wirusy, można się zarazić. Początkowo wodnisty katar z czasem staje się gęstszy i często ma ropny charakter (żółte lub zielonkawe zabarwienie), zmiana charakteru kataru na ropny zwykle nie świadczy o tym, że choroba
    jest spowodowana przez zakażenie bakteryjne, ale jest objawem aktywacji
    sił obronnych organizmu. W wydzielinie z nosa pojawiają się liczne
    leukocyty (białe krwinki), które nadają jej żółte zabarwienie. Dlatego
    ropny wygląd wydzieliny z nosa nie jest wskazaniem do stosowania
    antybiotyków.Lek lekowi nierówny, przy przeziębieniu można stosować te zmniejszające objawy, ale nie stosując żadnych leków na to samo wyjdzie tylko przebieg będzie cięższy do zniesienia. Lubię czytać Twojego bloga, ale jak zaczynasz zahaczać o medycynę, to czuć, że się na tym nie znasz, więc albo nie pisz, albo daj do przeczytania jakiemuś medykowi przed publikacją.

  5. Aż boje się napisać ale moje dzieci mało chorują za to katar w okresie jesienno-zimowym mają średnio raz w miesiącu. Nie licząc 2 dniowego po basenie 😉 Uważam że o ile nie jest to bakteryjny wstrętny zielony katar to dziecko spokojnie może chodzić do przedszkola/szkoły! Myślę ze zdecydowanie większość rodziców przesadza i wolą od razu podać jakieś leki niż 2 lata „odchorować”. Niestety od lekarstw nikt jeszcze nie nabrał odporności a od braku czapki czy nie leczonego kataru to i owszem.

  6. Według mnie najwięcej zależy od tego, gdzie mieszkamy. Znam wiele przypadków nagłego uodpornienia się chorowitych dzieci po wyprowadzce z Polski 🙂 Może to kwestia klimatu, a może chowu, ale myślę, że to jednak te zanieczyszczone miasta robią swoje. A jak już dziecko nie łapie poważniejszych chorób przy każdym katarku, to i rodzice przestają się przejmować ubiorem. Bieganie na boso w zimie? Czemu nie, skoro skończy się to co najwyżej katarem. Niestety dla nieodpornego dziecka taki katar może skończyć się zapaleniem płuc, więc wtedy takie chuchanie wcale mnie nie dziwi.
    A jeśli chodzi o katar, to nawet te smarkającego cały rok dzieci łapią infekcje i wtedy wyraźnie widać, że to coś nowego i dziecko mogłoby zostać te 2-3dni w domu, aż katar przestanie lać się ciurkiem z nosa. Tylko żeby jeszcze tak łatwo było załatwić sobie zwolnienie na te 2 dni co miesiąc 😉 No ale dzięki temu i te słabsze odpornościowo dzieci miałyby szansę nie łapać co i rusz nowych chorób.
    Jak dla mnie to największym problemem w PL jest brak przymusowych spacerów w przedszkolach. Wystarczy silniejszy wiatr, deszcz, czy śnieg i już paniom nie chce się wyjść… A to powinien być obowiązek. I ustalona jakaś rozsądna temperatura w salach. A nie 25C i 25 biegających po sali dzieci…

    1. Ku mojemu zdziwieniu u nas było odwrotnie. Sprowadziliśmy się z Barcelony do Warszawy. Oczami wyobraźni widziałam moje dziecko z permanentnym zapaleniem ucha, które w jej przypadku pojawiało się w czasie kataru za każdym razem. Za każdym razem katar kończył się antybiotykiem, 2 tygodniami w domu itp. Tymczasem od przyjazdu do Polski dostawała antybiotyk jeden raz, 1.5 roku temu i to tylko dlatego, że trafiliśmy na kiepskiego pediatrę. Pediatrzy i laryngolodzy w PL są chyba mistrzami w leczeniu wikłającego się kataru. W Hiszpanii zalecali płukanie solą fizjologiczną, wyciąganie glutów, a potem antybiotyk. Można się śmiać z siatki leków, z którą wychodzi się od lekarza w Polsce, ale akurat wolę dać dziecku mukolityk, krople do nosa, a w ostateczności miejscowo steryd, niż kolejny antybiotyk. Dzięki tym „terapiom kataru” w końcu przestaliśmy się nim aż tak przejmować a córka w końcu nabrała odporności.

  7. Ja myślę, że ten strach przed katarem wynika z tego, że panuje powszechne przekonanie, że katar jest ZAWSZE pierwszym krokiem do dalszej choroby. A nie że to coś, co może ot tak przejść. I jeśli żyjemy w tym przeświadczeniu no to cóż. Wszyscy boją się jak ognia. Potrzebna jest edukacja.

  8. Wykluczajac dzieci naprawde chore, ktore jak powiedzialas przelewaja sie przez rece, dziecko z goraczka czy katarem, kaszlem, ktore pojdzie do przedzszkola czesto bedac caly dzien aktywne i na nogach lepiej radzi sobie z infekcja niz to, ktore lezy w lozku w domu, i ktoremu podczas drzemki zasypia rowniez uklad opornosciowy podnoszac goraczke. Wiem to z wlasnego doswiadczenia. Ja sama rowniez jak jestem przeziebiona i poloze sie popoludniu do lozka, po wstaniu czuje sie znacznie gorzej niz kiedy staram sie byc mimo wszytko aktywna. Uslyszalam od lekarza, ze kiedy spimy „zasypia’ rowniez uklad odpornosciowy, a kiedy jestesmy aktywni adrenalina pozwala nam przezwyciezyc chorobe.

  9. Katar to walka o życie! Jak się jest tatą 🙂 Właśnie to przeżywam. A dzieci sobie radzą nawet z katarem. Jedyny minus to, że zużycie chusteczek rośnie drastycznie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *