Teraz już nie powiedziałabym “tak”, bo na co komu ślub i wesele? Wydawanie wielkiej fortuny na kieckę, którą założysz tylko jeden raz, zapraszanie dalszej rodziny, z którą nawet na zdjęciu dobrze nie wychodzisz, nerwy, stres i całe miesiące przygotowań, po to tylko, żeby kilka godzin trzymać fason i całować się na coraz mniej zrozumiałe okrzyki “ona temu winna, ona temu winna”.

Teraz już nie powiedziałabym “tak”, bo wiem, że wesele nic nie daje. To, że sobie przysięgasz przed tłumem odpicowanych gości, że zawsze, że do śmierci, że do końca życia, wcale nie gwarantuje, że nie pójdziesz w długą z przystojnym sąsiadem, że on będzie ją kochał nawet z 30 kg na plusie i mamusią na liczniku, że nie przerosną ich dzieci, nie zjedzą kredyty, a proza życia nie zabije wszystkich innych uczuć. Ta ceremonia nie zagwarantuje wcale, że to uczucie będzie trwało na zawsze.

Teraz już nie powiedziałabym “tak”, bo dojrzałam do poglądu, że w życiu trzeba się kierować trochę własnym dobrem i samopoczuciem i wychodzenie za mąż, aby zrobić przyjemność babciom i ciotkom, ewentualnie rodzicom, to kiepski pomysł, który szczęśliwego pożycia wcale nie gwarantuje. A pytania o to, kiedy w końcu ślub się skończą. Zastąpią je za to pytania o to, kiedy dziecko!

Teraz już nie powiedziałabym “tak”, bo nie mam ochoty po raz kolejny wystawiać się na krytykę i czyjeś oczekiwania dotyczące mojego wyjątkowego dnia. Ciotki, która uważa, że wesele to tylko siedzenie za stołem, który się ugina od jedzenia, od wujka, który spuścił się z łańcucha, opowiada polityczne żarty i o 17 przysypia, od koleżanki, która lubi disco polo i nie bawi się przy innej muzyce, od kolegi, który nie chce siedzieć przy swojej eks, która nadal jest wspólną znajomą, od kuzynki, która ubrała się w długą, białą sukienkę i konkuruje z panną młodą, od masy gości, która zignorowała prośbę na zaproszeniach, aby zamiast kwiatów przynieść pluszaki dla dzieci z domu dziecka, od koleżanki z pracy, która nie wierzy, że można iść do ślubu bez welonu.

Teraz już nie powiedziałabym “tak” bo ilość rozwodów stale rośnie i sprawia wrażenie, jakoby niemożliwym byłoby stworzenie szczęśliwego związku. Po co brać ślub, skoro zaraz będzie rozwód? Papierek niczego nie zmienia. 

Teraz już nie powiedziałabym “tak”, bo ślub i wesele to miesiące ciężkiej harówki! Znalezienie sensownej sali, która akurat ma wolny termin, zgranie tego z Kościołem, zespół, zaproszenia, hotel dla gości, sukienka, garnitur, wybranie świadków, menu, auto, ozdoby na stół, kwiaty, buty, prezenty dla gości. Olaboga. Na co to komu? Nie lepiej leżeć i odpoczywać, zamiast się stresować tym, jakie ciasta będą na stole i czy na jednego gościa liczyć pół litra, czy może zero siedem?

Teraz już nie powiedziałabym “tak”, bo zmiana stanu cywilnego to komplikacje! Wymiana dokumentów, wspólne konto w banku, podział majątków, a w końcu coroczny problem – u kogo Święta? Bez papierka te problemy nie istnieją!

Teraz już nie powiedziałabym “tak”, bo wiem, że GPS na palcu to mit. Wybierany miesiącami, za grubą kasę, jeden utopił się w falach oceanu, a drugi zrobił się niebezpiecznie za ciasny.

Teraz już nie powiedziałabym “tak”, bo ludzie po ślubie spoczywają na laurach. Bo w małżeństwie zwykle jest tak, że ona liczy na to, że on się po ślubie zmieni, a on na to, że ona się nie zmieni w ogóle. I tak oboje są zawiedzeni.

No dobra. Myślę, że wszystkich już przekonałam co do tego, że ślub to kiepski pomysł. Ha! Zwiodłam Was tym tytułem! Przyznaję bez bicia. Teraz już nie powiedziałabym “tak”, bo skacząc pod sufit, krzyczałabym “tak, tak, tak”! I gdybym mogła za mąż wychodziłabym co kilka lat, żeby znowu to wszystko móc przeżyć! 

Chciałam ślubu i wesela i choć minęło już 9 lat, dziś zrobiłabym tak samo. Może nawet z jeszcze większą pompą. Dodałabym ze dwa dni do tego jednego jedynego dnia, żeby jeszcze dłużej celebrować te cudowne chwile. Chciałam tej sukienki, która naprawdę była na jeden raz i była najpiękniejszą suknią, jaką miałam i nigdy potem nie miałam okazji poczuć się w kawałku materiału tak wyjątkowo. Chciałam, aby nasze rodziny mogły przeżyć z nami ten dzień. Chciałam tego spotkania znajomych z rodziną, ludzi z kilku krajów, którzy zjechali się na tą jedną okazję. Chciałam wspomnień z początku naszej miłości. Chciałam usłyszeć przemówienia rodziny i znajomych. Chciałam zatańczyć tango z “Zapachu kobiety”, chciałam mu zaśpiewać, że jest “Simply the best”. Chciałam rzucać bukietem. Chciałam przeanalizować wszystkie ważne piosenki w moim życiu i wybrać listę hitów na ten jeden dzień. Chciałam próbnych fryzur, białych paznokci i grosika schowanego w białych szpilkach. Chciałam tych łez wzruszenia i morza dobrych życzeń. I do końca chyba życia, w każdą słoneczną sobotę, przemknie mi przez głowę myśl, że jest dobra pogoda na wesele! Uwielbiam wesela, przeżywam właśnie wesele koleżanki, czekam na wesele kuzynki, kibicuję. Gdybym na swoim weselu nie mogła zatańczyć, chyba czułabym, że coś mnie ominęło. 

Chciałam, aby mąż mógł mnie odwiedzić w szpitalu, decydować o rzeczach, które dla mnie są sprawami życia i śmierci. Dosłownie. Chciałam, aby ten człowiek stał się moją rodziną. Taką najlepszą, bo wybraną. Chciałam mieć to samo nazwisko. I kiedy urodzą się dzieci, nie chciałam, aby one miały nazwisko męża, a ja inne, że może niby kuzynka, sprzątaczka, czy kto? Chciałam, aby inni traktowali nasz związek poważnie. Nie chciałam spać w innym pokoju na rodzinnych wyjazdach, nie chciałam, aby mojego ukochanego przedstawiano jako “kolegę”, nie chciałam żyć ani na kocią łapę, ani na kartę rowerową, nie chciałam partnera, chłopaka, konkubenta, niemęża. Choć nie mam nic przeciwko i miłość to miłość, a ślub nie jest wcale dla nikogo obowiązkowy.

Przede wszystkim jednak chciałam móc całemu światu wykrzyczeć, jak bardzo się kochamy. Chciałam mu przy świadkach przyrzec, że go nie zostawię, choćby los nie okazał się dla nas łaskawy. Me and you just us two, ja i Ty, tylko my. Chciałam przeżyć ten triumf miłości i celebrować go hucznie w wybranym gronie bliskich osób. Chciałam stworzyć jedną, podstawową komórkę społeczną z gościem, bez którego nie wyobrażam sobie życia. Wszyscy wiedzą, że wspólne życie nie jest takie proste, dlaczego więc nie celebrować tego, że jednak jesteśmy razem, kochamy się, udało się nam znaleźć swoją drugą połówkę? Tak wiele osób nadal nie może sobie na to pozwolić. Chciałam móc zacząć kolejny etap naszego wspólnego życia. Chciałam magii wspomnień, które do końca życia będą nas grzać swoim żarem i przypominać nam ten jeden dzień. Bo tego dnia się nie zapomina, nigdy.

Nie przeliczam tego dnia na oszczędności, które moglibyśmy mieć, czy ilość pracy, którą mogliśmy zaoszczędzić. To, co udało nam się w ten dzień przeżyć, jest bezcenne. Prawda? 🙂

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:

  • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
  • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
  • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
  • Zapisz się do Newslettera. Dzięki temu prosto na swoją skrzynkę dostaniesz info o nowościach i będziesz zawsze na bieżąco.
  • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i plaży.
Written by calareszta.pl